![]() |
|
330. Oceń-oceń*Ktoś, kto doskonale wie, czego chce, i zna cenę, którą będzie musiał zapłacić za spełnienie pragnień Bardzo mi się do przeszłości wraca. Ja już nie mówię o tym, że mam dziką fazę na pokemony /naprawdę dziką - tak wyglądało całe moje wolne, z przerwami na pracę umysłową/ i że nosi mnie na przeczytanie n-ty raz "Dzieci z Bullerbyn", ale niedzielne spacery z Bzpr przypomniały mi stare, dobre czasy. Czasy wylazły dziś w mandali /doprowadziła mnie do łez/, ale w ogóle to wyłaziły wcześniej, już podczas spacerów z Rudą po parku. Moim parku. Naszym parku. Moim i tego pana, którego uwiecznię w "Jego portret, jej portret". O ile starczy mi na to sił. *wypada wyjaśnić, bo jakoś powątpiewam, że ktoś czytał "Bolszego Szmona" Znamienskiego. Otóż w "Szmonie" był taki Chińczyk, który próbował mówić po rosyjsku i średnio mu wychodziło, więc zamiast "oczeń-oczeń" mówił "oceń-oceń" /na nasze to będzie "badzo-badzo" albo nawet "baco-baco", aby dwuznaczność zachować/ **dygresja. Sen o Różyckich był pierwszym - i jak dotąd jedynym - w moim życiu snem kryminalnym z pełną fabułą, wyraźną linią zbrodni, śledztwem, czerwonymi śledziami, rozwiązaniem, a nawet wstawką typu "dziesięć lat później". Niestety, ze snu nie ostały się żadne notatki, ale jeżeli kiedyś odkopię ten koncept i go spiszę, może wyjść ciekawie. Z kolei "Demon w carskiej skórze" to, jak niektórzy już się spodziewają, owiana mroczną tajemnicą trzecia część Neocarskiej Trylogii. Tak, wiem, że wiedzieliście, że do tego dojdzie. ***właśnie zdałam sobie sprawę, że mam kretyńskie skojarzenia z tym czasownikiem Lill, ta fioletowa 10/04/2012 23:46:19 [komentarzy 4] Jakieś pytania? 329. Ja - russkaja!W Rosję można tylko wierzyć - nigdy zrozumieć Są takie dni, bardzo rzadko, ale jednak się zdarzają. Zrobisz wszystko to, co zaplanowałeś. Zrobisz jeszcze więcej. Usłyszysz jedno słowo i już jakby skrzydła wyrosły u ramion. Czego by nie mówić, dziś właśnie - kolejny poniedziałek z rzędu - jest jeden z tych dni. Rozumiem. Może nawet rozumiem zbyt wiele. Ostatnia cegiełka dziś wskoczyła na swoje miejsce, dopomogły jej w tym dwie osoby. Mogę mieć wpisane w paszporcie/dowodzie/czymkolwiek, że narodowość polska i tak dalej... ale moja dusza jest rosyjska. Nie wiem, jak to możliwe i czy to możliwe w ogóle. W moją duszę ktoś wpisał to samo, co w Rosję - paletę barw i liczb, słów i dźwięków, i obrazów od zera absolutnego do nie mniej absolutnej nieskończoności. Miłość spleciona nierozerwalnie z nienawiścią, okcydentalizm przytulony do słowianofilstwa, naród i jednostka... Im więcej się uczę, im więcej poznaję, tym bardziej dostrzegam w sobie zbieżność z tym bezmiernym obszarem. Rosja, którą rządzą emocje. Rosja, która - jak to kobieta* - zmienną jest. Wielka Rosja i Rosja upodlona, na kolanach. Przecież ja to wszystko skądś znam... Ta wizja powstawała we mnie od dawna, może nawet dłużej niż zaczęłam być jej świadoma. Ale definitywnie ukończona została właśnie dziś, za sprawą osoby, do której jeszcze kilka dni temu żywiłam potworną urazę. Dziś ta sama osoba dodała mi skrzydeł i sprawiła, że pomyślałam: "było warto". A chciałam się już wycofać, zwątpić, szukać innego rozwiązania... Myślałam, że dojrzałość polega na elastyczności, a nie na upartym trzymaniu się wytyczonej ścieżki. No to trudno. Jestem niedojrzała, sorry Winnetou. Jestem niedojrzała i jest mi z tym nieziemsko dobrze, bo mimo wszystko moja próżność nie ma granic i bardzo lubię słyszeć, żem genialna. Tym bardziej od osoby, która coś znaczy: i dla mnie, i dla świata w ogóle /a może dla wycinka tegoż świata, co za różnica, skoro w wycinku zawiera się moje poletko/. Warto było i nie żałuję nawet kasy wydanej na czekoladę z mlekiem /była bardzo dobra, czekolada, nie kasa/. Spotkałam dziś jedną osobę, którą bardzo chciałam spotkać, oraz kilka osób, których spotkać bardzo nie chciałam. Na przykład - Pana Buca. Od zeszłego tygodnia Pan Buc jest przeze mnie traktowany jak cuchnące powietrze, nie wiem, jak sobie poradzę z przebywaniem z tym czymś w jednym pomieszczeniu. Okazało się, że z puli Tych, Których Lepiej Nie Spotykać W Taki Dzień, Pan Buc to jedyna jednostka, której naprawdę lepiej nie spotykać. Pożyczyłam "Duszę rosyjską" /ale to brzmi w kontekście wynurzeń z początku notki/, zmęczyłam w tramwaju Czaadajewa /wnioski: nie lubię go/, a po powrocie do domu dowiedziałam się, że to wszystko na marne, bo RMF-u** jutro nie budiet. Radować się czy płakać? Tak po prawdzie, wolałabym, żeby nie było go za tydzień, ułatwiłoby mi to logistykę. Ale co tam: jak się nie ma, co się lubi... Pożyczyłam też coś tam o kulturze, rządzeniu i instrumentarium /pamiętam tytuł, ale jakoś strasznie mi się podoba to "coś tam..."/. Coś Tam zadecydowało, że wielkodusznie wybaczam panu A. L. tego niefortunnego "Włodzimierza"***. Nie, nie jestem wspaniałomyślna. Jestem pragmatyczną zołzą albo zołzowatą pragmatyczką, jak komu bardziej po drodze. Po prostu doszłam do wniosku, że nie można obrażać się o takie bzdety na kogoś, z kim summa summarum gram do jednej bramki. Bramka dostała nazwę: "Przyczyny sukcesu..." et caetera. Upublicznię, jak przestanie to grozić konsekwencjami. Zresztą, kto ma wiedzieć, i tak wie, a jak nie wie, może spytać. Na marginesie Wszechświata mignęła mi dzisiaj Myśl. Dziewiętnaście dni. Z gracją odsunęłam ją z pola widzenia. W tym momencie historycznym doprawdy ostatnie, czego mi trzeba, to robienie sobie nadziei. *nie wiem, gdzie posiałam Lyncha, więc nie zacytuję, ale u Lyncha był cytat z któregoś rosyjskich polityków, który to polityk powiedział o Rosji: "she". Straszliwie mnie się to spodobało. Lill, ta fioletowa 12/03/2012 16:54:14 [komentarzy 7] Jakieś pytania? 328. Samoloty jak gwiazdy.Rossija, Rossija - ty moja zwiezda Znów spadł śnieg. Pierwszy tego roku i pierwszy prawdziwy tej zimy. Spadł śnieg i napełnił mnie taką dziecinną radością, że musiałam pod byle pretekstem pobiec do babci /pretekst się znalazł - co będę jutro biegać z komputerem i książkami na wtorek, zostawię je u babci/. Wyszłam, nie sprawdzając nawet, o której podjedzie autobus. W efekcie stałam na przystanku pół godziny, czytałam Karasimeonowa, śnieg padał, a ja śmiałam się, jakbym znowu miała sześć lat. Jakby nic tak naprawdę się nie zmieniło... Może się nie zmieniło? Brzydkie kaczątko musiało się kiedyś stać łabędziem, a gąsienica wylazła z kokonu jako barwny motyl, ale to wciąż ta sama istota. Mam wciąż duszę gąsienicy? A może nawet jako gąsienica duszą byłam motylem? Nie wiem i chyba przestaje mnie to obchodzić. Nie warto za dużo myśleć, to skutkuje depresjami i innymi mało przyjemnymi efektami ubocznymi /nie/trzeźwości. Ten Karasimeonow wyszedł przypadkiem. Znalazłam go na kiermaszu, a wiecie, jak działam na kiermaszu - biorę wszystko, co uznam za "może-się-przydać". Inaczej w życiu bym nie kupiła książki pod tytułem "Miłość", która w dodatku jest napisana jako pamiętnik młodej dziewczyny. Wbrew temu, co pewnie czasem lansuję albo przeciskam między wierszami, ja też mam uprzedzenia. Jak każdy. I w myśl tych uprzedzeń nie tknęłabym czegoś takiego, gdyby nie chęć zaprzyjaźnienia się ze współczesną /to znaczy - powstałą po IIWŚ, żeby nie było niedomówień/ literaturą bułgarską. Wzięłam na przystanek... i na przystanku przeczytałam połowę. Banalne, ale ładne. Nawet piękne. Dawno nie spotkałam się z taką wrażliwością i takim zmysłem obserwacji. Ja to kupuję. Nie kupuję za to Sorokina, ale o tym będzie w felietonie, o ile felieton doczeka się publikacji /wierzę, że Naczelnictwo pozwoli mi głosić me jakże kontrowersyjne poglądy/. Mam ostatnio dziwne sny. Różne rzeczy się w nich pojawiają. A to akademiki, popijawy i tajemnicza Wana mieszkająca za ścianą, a to wilkołaki z KGB /ale to już było.../, a to dziadek i choinka... ale jedno jest niezmienne. Od pewnego bardzo konkretnego wydarzenia w snach powtarza się jeden i ten sam element. Mniejsza o wydarzenie, bo kto nie zna okoliczności, i tak nie zrozumie istoty sprawy, a kto okoliczności zna, ten i wie o wszystkim. W każdym razie co noc śni mi się, że wychodzę na środek sali /obojętnie jakiej/ i głośno a dobitnie mówię, że ja się na świat nie zgadzam. Nie zgadzam się na taki świat, jaki mi się serwuje pod płaszczykiem nauki krytycznego myślenia. Nie zgadzam się na szablon i na powtarzanie cudzego zdania. Tak. Widać, że mnie zabolało. A wiecie, co zabolało najbardziej? Wcale nie to, że ktoś się z moimi poglądami nie zgadza. Zabolało mnie nazwanie tego, co uważam "powtarzaniem obiegowych opinii". Więcej - szlag mnie trafił na tę niesprawiedliwość, bo ile ja się nawalczyłam, żeby w ogóle wolno mi było na głos wypowiedzieć moje zdanie... A teraz słyszę, że to obiegowa opinia, bo nie zgadza się z opinią "góry", więc trzeba ją zdyskredytować.Nie lubię niesprawiedliwości. Ale może nie o to w życiu chodzi, żeby kopie kruszyć i dławić się własnym jadem. Może sens jest w czymś innym - we wspólnym oglądaniu skoków kobiet /"Lindsey Vonn?!"/, w nauce gry w bilard /"No, jak tak dalej pójdzie, to w końcu cię pokonam... o ile wcześniej nie pokona mnie Parkinson"/, w stosie książek na biurku, wysokim poziomie abstrakcji na zajęciach i w tych wszystkich konferencjach, na które pojadę lub nie, w których wezmę udział lub nie. Jest tak jak rok temu o tej porze... i jest zupełnie inaczej. Zamiast tej radości tak wielkiej, że aż boli, zamiast eskcytacji i nowego Wszechświata rozrywającego od wewnątrz przyszedł spokój. Spokój osoby która wie, że będzie dobrze. Teraz płynę z prądem - jak byle łajno - ale w przeciwieństwie do łajna, ja decyzję o płynięciu z prądem podjęłam w pełni świadomie. Chcę zobaczyć, dokąd mnie to zaprowadzi. Nie potrzebuję manifestować mojej wolności. Prawdziwej wolności nikt mi nie odbierze, bo ona jest we mnie, tam głęboko, w samym środku serca. I będzie, dopóki będę jej pragnęła. Bo moją wolnością jestem ja sama.
Lill, ta fioletowa 15/01/2012 20:53:16 [komentarzy 3] Jakieś pytania? |
Stare papierki Galeria twarzy Autobiografia Literatura podmiotu Literatura przedmiotu Notka
|