![]() |
|
328. Samoloty jak gwiazdy.Rossija, Rossija - ty moja zwiezda Znów spadł śnieg. Pierwszy tego roku i pierwszy prawdziwy tej zimy. Spadł śnieg i napełnił mnie taką dziecinną radością, że musiałam pod byle pretekstem pobiec do babci /pretekst się znalazł - co będę jutro biegać z komputerem i książkami na wtorek, zostawię je u babci/. Wyszłam, nie sprawdzając nawet, o której podjedzie autobus. W efekcie stałam na przystanku pół godziny, czytałam Karasimeonowa, śnieg padał, a ja śmiałam się, jakbym znowu miała sześć lat. Jakby nic tak naprawdę się nie zmieniło... Może się nie zmieniło? Brzydkie kaczątko musiało się kiedyś stać łabędziem, a gąsienica wylazła z kokonu jako barwny motyl, ale to wciąż ta sama istota. Mam wciąż duszę gąsienicy? A może nawet jako gąsienica duszą byłam motylem? Nie wiem i chyba przestaje mnie to obchodzić. Nie warto za dużo myśleć, to skutkuje depresjami i innymi mało przyjemnymi efektami ubocznymi /nie/trzeźwości. Ten Karasimeonow wyszedł przypadkiem. Znalazłam go na kiermaszu, a wiecie, jak działam na kiermaszu - biorę wszystko, co uznam za "może-się-przydać". Inaczej w życiu bym nie kupiła książki pod tytułem "Miłość", która w dodatku jest napisana jako pamiętnik młodej dziewczyny. Wbrew temu, co pewnie czasem lansuję albo przeciskam między wierszami, ja też mam uprzedzenia. Jak każdy. I w myśl tych uprzedzeń nie tknęłabym czegoś takiego, gdyby nie chęć zaprzyjaźnienia się ze współczesną /to znaczy - powstałą po IIWŚ, żeby nie było niedomówień/ literaturą bułgarską. Wzięłam na przystanek... i na przystanku przeczytałam połowę. Banalne, ale ładne. Nawet piękne. Dawno nie spotkałam się z taką wrażliwością i takim zmysłem obserwacji. Ja to kupuję. Nie kupuję za to Sorokina, ale o tym będzie w felietonie, o ile felieton doczeka się publikacji /wierzę, że Naczelnictwo pozwoli mi głosić me jakże kontrowersyjne poglądy/. Mam ostatnio dziwne sny. Różne rzeczy się w nich pojawiają. A to akademiki, popijawy i tajemnicza Wana mieszkająca za ścianą, a to wilkołaki z KGB /ale to już było.../, a to dziadek i choinka... ale jedno jest niezmienne. Od pewnego bardzo konkretnego wydarzenia w snach powtarza się jeden i ten sam element. Mniejsza o wydarzenie, bo kto nie zna okoliczności, i tak nie zrozumie istoty sprawy, a kto okoliczności zna, ten i wie o wszystkim. W każdym razie co noc śni mi się, że wychodzę na środek sali /obojętnie jakiej/ i głośno a dobitnie mówię, że ja się na świat nie zgadzam. Nie zgadzam się na taki świat, jaki mi się serwuje pod płaszczykiem nauki krytycznego myślenia. Nie zgadzam się na szablon i na powtarzanie cudzego zdania. Tak. Widać, że mnie zabolało. A wiecie, co zabolało najbardziej? Wcale nie to, że ktoś się z moimi poglądami nie zgadza. Zabolało mnie nazwanie tego, co uważam "powtarzaniem obiegowych opinii". Więcej - szlag mnie trafił na tę niesprawiedliwość, bo ile ja się nawalczyłam, żeby w ogóle wolno mi było na głos wypowiedzieć moje zdanie... A teraz słyszę, że to obiegowa opinia, bo nie zgadza się z opinią "góry", więc trzeba ją zdyskredytować.Nie lubię niesprawiedliwości. Ale może nie o to w życiu chodzi, żeby kopie kruszyć i dławić się własnym jadem. Może sens jest w czymś innym - we wspólnym oglądaniu skoków kobiet /"Lindsey Vonn?!"/, w nauce gry w bilard /"No, jak tak dalej pójdzie, to w końcu cię pokonam... o ile wcześniej nie pokona mnie Parkinson"/, w stosie książek na biurku, wysokim poziomie abstrakcji na zajęciach i w tych wszystkich konferencjach, na które pojadę lub nie, w których wezmę udział lub nie. Jest tak jak rok temu o tej porze... i jest zupełnie inaczej. Zamiast tej radości tak wielkiej, że aż boli, zamiast eskcytacji i nowego Wszechświata rozrywającego od wewnątrz przyszedł spokój. Spokój osoby która wie, że będzie dobrze. Teraz płynę z prądem - jak byle łajno - ale w przeciwieństwie do łajna, ja decyzję o płynięciu z prądem podjęłam w pełni świadomie. Chcę zobaczyć, dokąd mnie to zaprowadzi. Nie potrzebuję manifestować mojej wolności. Prawdziwej wolności nikt mi nie odbierze, bo ona jest we mnie, tam głęboko, w samym środku serca. I będzie, dopóki będę jej pragnęła. Bo moją wolnością jestem ja sama.
Lill, ta fioletowa 15/01/2012 20:53:16 [komentarzy 3] Jakieś pytania? 327. 1826 dni.- Jak rzyć, panie premierze? (rusycyści o poranku)
Dawno mnie nie było. Dużo się w tym czasie działo złego i dobrego, aż trudno o tym wszystkim napisać w jednej notce. Chyba nie porwę się na to ambitne działanie, tym bardziej, że w perspektywie jeszcze xyz czynności do wykonania, a wena jak zwykle przyszła w wysoce niestosownym momencie. Takie życie, niczego nie podiełajesz. Pewnie są tu tacy, których interesuje moja egzystencja studencka. Specjalnie dl nich komunikuję: jest k.z. (jak ktoś nie wie, co to znaczy, to niech przejrzy notki z października 2008). Znalazłam moje miejsce na świecie. Nic to, że nagle tej nauki zrobiło się jakoś dużo za dużo, że spędziłam uroczy długi weekend z historią Rosji /Iwan Groźny, mhrrr/, że nie wiem, jak napiszę trzy kolokwia jednego dnia... Nieważne po stokroć, bo ważne jest to, że mam niewiarygodne szczęście. Ludzie latami szukają tego jedynego kierunku i wcale go nie znajdują - a ja znalazłam go zaraz po maturze. Po pół roku stwierdzam z całą stanowczością: tym chcę się zajmować przez resztę życia. I niechaj się tak stanie. Ale, ale, nie traćmy z oczu sprawy dziś najważniejszej. Dlaczego ta notka właśnie teraz? Nie, nie dlatego, że coraz bliżej sesja i robię wsyzstko, byleby się tylko nie uczyć. I nie dlatego, że żal mi się zrobiło Świerszcza, że odłogiem leży. Kochani, dzisiaj, 10 stycznia, mija dokładnie 5 lat od czasu powstania Spaliłam-Świerszcza. Pięć lat, 327 notek i wybaczcie, ale nie policzę, ile komentarzy. Ładny, okrągły jubileusz i to, jak na ironię, w momencie najdłuższej przerwy w historii. Wybaczcie tę przerwę, ale nie mieszczę się w dobie. Mam strasznie dużo do przeczytania. Na stosie leży 20 książek + "Cukrowy Kreml", który zaparłam się, że skończę, chociaż powinno się go czytać wyłącznie w klozecie. Jestem "nieoczytaną idiotką" /wnioskując po słowach jednego z recenzentów/, ale do mnie ta książka nie trafia. Dla mnie taki alkopornol bez ładu i składu nie ma w sobie nic ciekawego /poza Mrocznym Iluzjonistą, który pojawił się w... szaleństwo... jednym zdaniu/. Dla reszty rusycystycznej zgrai też, ale może my się nie znamy na Prawdziwej Literaturze. Przynajmniej rozwiązałam problem, o czym będzie mój nowy felieton dla "Konturów" /pierwszy literacki, ale napiszę go chyba w równoległej rzeczywistości/. Mam strasznie dużo wiadomości, na które trzeba odpisać. Ruszył się Alosza, i to po rusku, Jewgienij to w ogóle czeka już RUSKI rok, Vicktoria tak samo... Dziwić się, że nie mam kiedy notek pisać, jak co dopadnę kompa, to albo czytam teksty na historię literatury rosyjskiej/bułgarskiej, albo odpisuję ludowi. Ludu jest dużo i lud uwagi się doprasza, niczego nie podiełajesz. Mam strasznie dużo nauki. Koło za kołem, a jeszcze egzaminy. One mnie przerażają, zwłaszcza gramatyka opisowa. Im bliżej egzaminu, tym bardziej nic nie umiem. A wykłądowcy nie odpuszczają z okazji "coraz-bliżej-sesji" i dowalają jakieś prace-nie-prace, Bóg-wi-ca. Nie chce mi się czytać Radiszczewa, nie chce mi się nadrabiać Wazowa... i robić referatu na kulturę też mi się nie chce, choć temat mam zacny. Mam strasznie dużo do obejrzenia. Zostało mi dwanaście odcinków Kamieńskiej i nie wiem ile Gry o Tron. Plus kreskówki, które sobie zażyczyłam natchniona prysznicem. Mam w ogóle strasznie dużo działań do podjęcia. USOS mnie wzywa, bo za 12 dni logujemy-się-logujemy i rejestracja na drugi semestr mode on. Muszę przetłumaczyć do końca Anię, napisać parę artykułów dla Konturów, zainteresować się działalnością zarobkową, a jeszcze jest nadzieja na konferencję w Warszawie. Wtedy należałoby przygotować wystąpienie. Ale chcę. Marzy mi się zostać najmłodszą uczestniczką konferencji. I, skoro już tak marzę bezkarnie, to oprócz gwiazdki z nieba marzy mi się jeszcze, żeby wrócić z tej konferencji i skoczyć pod sufit z radości. I średnia 5.0. I żeby mieć czas na norweski. A co? Przynajmniej marzenia nie kosztują /w przeciwieństwie do ksera/. No i urodzinowe marzenia winny się spełniać, c'ni? To ja jeszcze poproszę o Kryształową Kulę dla Pettera i Marit, mistrzostwo świata w lotach dla Norwegów, mistrzostwo dla Bjoerndalena, i jeszcze żeby Nicki i Duny też zostali mistrzami. No, co się będę ograniczać.
Sto lat niech nam żyje Świerszcz Spalony! Hell MOOH!
Lill, ta fioletowa 10/01/2012 21:05:56 [komentarzy 5] Jakieś pytania? 326. Jeśli to sen, to proszę, nie budź mnie...I’m going out in the world to save our planet (Paradise Oscar, "Da da dam")
Kwitnie we mnie kwiat paproci przekonania, że czas się obudzić. Że ten przeklęty budzik MUSI zadzwonić, tak jak zadzwonił dwudziestego siódmego grudnia i tak jak dzwonił wiele razy. Ale jednocześnie jest iskierka nadziei - przecież był taki czas, że budzik miał zadzwonić. Nie zadzwonił. Zapomniało mu się i nie dzwoni do dziś. Dogłębnie odczuwam jakiś taki surrealizm sytuacyjny. Nie wiem, kiedy to się zaczęło, ale dziwnie mi z tym, że wreszcie ktoś rozumie moje dowcipy, rosjoaluzyjki, że nauka rosyjskiego zaczęła iść w parze ze skonkretyzowanym systemem kontroli postępów, że można dostawać plusy za to, że człowiek powypowiada się na ukochane tematy... Właściwie gdyby nie to, że czasem coś boli, a najczęściej głowa od burdelu administracyjnego, obawiałabym się, że umarłam i trafiłam do nieba. Chociaż z moimi poglądami politycznymi... Dobrze, ale może od początku. Studiuję, jak wiadomo niektórym. Studiuję intensywnie, bo łączone filologie: bałkańską i rosyjską /kolejność alfabetyczna, kolejność podle priorytetów jest nieco inna/, więc zachrzaniam za dwóch. Mój czas jest nonexistent, z pisaniem może być ciężko, ciskam się między wydziałami, załatwiam sryliard papierków, których nikt potem nie przeczyta i wściekam się, że nadal nie ma minimum programowego /aż mi się przypomina tekst: "Mają być pod koniec października... ale nie powiedzieli, którego roku", chociaż on akurat nie minimów się tyczył/. Ogólnie pierwszego dnia wróciłam z zebrania organizacyjnego późną nocą, spłakana i z przekonaniem, że chrzan, bo chociaż ja fizycznie dam radę, to głupie przepisy i głupi USOS zablokują moją przyszłą karierę. Na szczęście stosowne organy mi wytłumaczyły, że USOS to se może, a póki co mam się nie przejmować i brać, ile wlezie. I na ile sił starczy. Zatem biorę. Jest cudnie, chociaż jak było dane ujrzeć niektórym, momentami z wyrabianiem jest ciężko - ale to kwestia do dopracowania. Poligon doświadczalny trwa, koszta idą w górę /ksero + żarcie = Absolutny Brak Kasy/, na razie jeden wydatek był zabójczy - "Historia Rosji" Riasanovsky'ego i Steinberga za osiem dych /promocyjna cena/, ale warto było, a co! Ogólnie warto. W każdym razie w momentach, gdy nic mnie nie boli i gdy nie denerwuję się, że znowu czegoś nie mam albo że znowu trzeba pójść do ksero i świecić oczyskami, bo się przyniosło 400-stronicową książkę, czuję, że to sen. Jest za... za inaczej. Znaczy, nie to, żeby dotąd nie było fajnie - jak sobie przypomnę liceum, to morda się śmieje... Ale w liceum byłam raczej oryginalna z poglądami, z upodobaniami, z całą rusofilią - a tu trafił swój na swego, a nawet na wielu swoich. Mam nadzieję, że nie przejedzą mi się w końcu dialogi o "agientach", dowcipy polityczne i wzdychanie do Matuszki Rossii. A przez przedmiot pod tytułem Kultura Rosji bardzo chcę do Moskwy. I do Petersburga. Jak wygram te miliony... Bałkaniści niech się nie czują odrzuceni. Z nimi też odczuwam głęboką więź emocjonalną, choć może nie aż tak głęboką jeszcze, jak z rusycystami /z czysto technicznego powodu - rusycystów widuję CZĘŚCIEJ/. "Pani J. niama" i takie tam w końcu. Chociaż narzekań na serbski słucham z perspektywy osoby trzeciej, uczącej się na cudzych błędach - serduszko poczęło mnie ciągnąć w stronę albańskiego. Będzie bezpieczniej. A na wykładach u dr Ż. stałam się podejrzanie aktywna od czasu lektury "Historii literatury bułgarskiej". Oby mi się kiedyś te słowiańskie literatury nie pochrzaniły dokumentnie. W ogóle, moja aktywność to zagadka, wziąwszy pod uwage, że w liceum zazwyczaj nie byłam aktywna, bo mi się nie chciało. No ale w liceum nikt nie obiecywał zwolnień z kolokwium za ADHD. Moje ADHD powinno mnie zwolnić ze wszystkiego. Tym bardziej, że oprócz dwóch dziwnych kierunków śpiewam w zespole /no, praktycznie jeszcze nie śpiewam, wszelako liczą się szlachetne zamiary/, powieści piszę /tak, dzisiaj nawet coś zaczęłam/, mam w planach cykl genialnych spotkań /nadal mi się wydają genialne/, dziennikarzę, aż dziwne, że flamenco nie tańczę. Byłoby do kompletu. Ta nadaktywność o tej porze roku to element surrealizmu. Ale apogeum nastąpiło wczoraj/dzisiaj... Środa, 20:30. Dzwonię do R. /nowej ofiary wywiadu, na wszelki wypadek personalia chronione/, bo mu wczoraj obiecałam /prosił, żebym zadzwoniła "Wednesday night", uznałam, że 20:30 to już night/. R. informuje, że jest zajęty i oddzwoni za pół godziny. Środa, 21:30. R. milczy, więc dzwonię ja. Nie odbiera. Środa, 22:30. R. milczy. Piszę do Oli, czy załatwili, żeby bułgarskiego nie było /lubię, ale dzisiaj wybitnie mi się nie chciało na niego iść/. Ola milczy. Czwartek, 00:03. Kładę się spać zestresowana, bo wszyscy mnie zlewają. Na noc biorę nervosol i mam wrażenie, że ktoś mi wypalił przełyk. Nie mogąc zasnąć, dręczę Mal. Czwartek, 07:53 Zadaję rusycystom pytanie fundamentalne: czy mnie się zdawa, czy pół godziny to termin, zaiste szeroki. Czwartek, 08:59. R. oddzwania. Co za radość, wreszcie wiem, ile trwa jego pół godziny. Szkoda, że jestem w środku ruskiego i za Chiny nie odbiorę. Czwartek, 12:08. Wychodzimy ze skróconego bułgarskiego i ruszamy na miasto. Czwartek, 12:18. W "I am" z Gosią i Martą przeglądamy ofertę obiektów przecenionych. Napomykam o pierścionku z tarczą zegara, który /pierścionek, nie zegar/ śni mi się po nocach, taki jest cudny. Czwartek, 12:23. W New Yorkerze Marta znajduje rzeczony pierścionek. Cena: 3,95zł. Chwała Bogu, że jest za mały na palec Marty. Czwartek, 12:34. Krążymy po New Yorkerze. Dzwoni R. Przeprasza, tłumaczy się często-gęsto, staje na tym, że mam krążyć po mieście, on się odezwie i "jakoś się zgadamy". No to krążymy, pamiętając, że mam zapłacić za pierścionek, a nie wynieść go ze sklepu na palcu. Czwartek, 12:38. Postanawiam "jakoś wyglądać" i w popłochu szukam ostrzynki od kredki do oczu. Nie pytajcie, po co mi w torbie kredka do oczu, skoro do dzisiejszego popołudnia nie potrafiłam się nią posługiwać. Czwartek 13:15. Siedzę w Macu, spożywam obiad i zaczynam pisać na netbooku. Z nudów. Czwartek, 13:17. Odkrywam, że w Macu jest darmowy net i przestaje się mi nudzić. Mimo to piszę. Czwartek, 15:44. Dzwoni mamcz, żeby odwołać mnie z miasta. Bardzo dobrze, bo zaczęłam umierać z nudów. Czwartek, 16:35. Smsing z Mal przerywa sms-intruz. Zgadnijcie, od kogo... Tak, R. nie jest byle kim, dla mnie generalnie jest z półki na tyle nieosiągalnej, że dzięki smsingowi został zaliczony w poczet realizacji mojej tajemnej listy rzeczy/obiektów, które mam/znam/umiem przed 25. urodzinami. Tak, jeden z punktów brzmiał "rozmawiałam /wywiady się nie liczą/ towarzysko z przynajmniej 5 żużlowcami". Punkt miał ciag dalszy, ale jego nie przytoczę, żeby mi tu nie achali i nie ochali. Podsumowując, moje życie roi się od elementów nierzeczywistych, takich jak: a) smsowanie z R. I jeszcze odezwało się pewne Wydawnictwo. Pewne Wydawnictwo czuje się zachęcone opisem mojej twórczości i przystąpiło do lektury. Ale wiecie - jak mi powieść wydadzą, to ja już się chyba nawet nie zdziwię. Po śpiewaniu "Takogo kak Putin", białoruskich drinkach w Czeskim Śnie, rozmowach telefonicznych o różnych porach dnia i nocy i wkręceniu w repertuar "Dawaj za", po prostu nie mam siły się czemukolwiek dziwić.
Lill, ta fioletowa 27/10/2011 20:53:39 [komentarzy 3] Jakieś pytania? |
Stare papierki Galeria twarzy Autobiografia Literatura podmiotu Literatura przedmiotu Notka
|