![]() |
|
321. Joanna z MazurPrawdę powiedziawszy, trudno się na temat Mazur wypowiedzieć w sposób jakiś uporządkowany. No, były. No, było fajnie. No, przydałoby się wrzucić na fejsa zdjęcia, tym bardziej, że zdjęcia mówią w tym wypadku dalece więcej niż słowa /zwłaszcza "Łukaszenka style, czyli słit focie w zbożu tudzież trawie" oraz "Herbata jest w szafce" - a szafek ci u nas dostatek i znajdź tu tę właściwą/. Jeśli spojrzeć na to z odpowiedniej strony, to dawno nie miałam takiego wyjazdu wakacyjnego z byczeniem się, wodą i naturą w całej okazałości /ślady owej nieujarzmionej natury noszę na stopach - swędzą jak sto czortów!/. Wprawdzie nie pozwolono mi się wykąpać w jeziorze, plaży też jakoś się nie uświadczyło, a przez trzy czwarte pobytu umykaliśmy przed deszczem, ale izolacja od cywilizacji ma swój urok. Tak też dochodzimy do TOP10 - Miłakowo 2011, czyli listy najciekawszych obiektów/zjawisk wyjazdu /co komu po relacji, jak można machnąć kolejną toplistę, co nie?/: 9. OkoGate i pokój z widokiem. Dnia Pierwszego maestro Bezprawny ryby przyrządzał. Z racji, iż Runa przypomina piesokota, zwłaszcza jak gada po swojemu, Bezprawny postanowił sprawdzić, czy i rybie głowy pies je. Część głów trafiła do miseczki dla kota sąsiadów, jedną dostała na spróbowanie Runa. Zeżarła /przynajmniej tak doniosła Bzpr niżej podpisana/. Trzy godziny później niżej podpisana udała się do "swojego" pokoju, coby ująć w dłonie kobyłowatego Blaira. Z dywanu łypało na niżej podpisaną rybie oko... - Wiesz, ona ci to oko przyniosła, żebyś się samotna nie czuła. Nie czuję się samotna, a już na pewno nie na tyle, żeby wymagać towarzystwa kawałka rybich zwłok. Zresztą, w "moim" pokoju był cały zwierzyniec - muchy, komary, pająki, pluskwy... A z okna miałam widok na świecący niczym latarnia morska kościół. O dziwo, kościół istniał podejrzanie cicho, w przeciwieństwie do Bunkrowatego w Toruniu /do którego mam nieporównywalnie dalej niż do kościoła miłakowskiego/. - I jak wyglądają Mazury? W czwartek zaesemesowała Ania z pytaniem, czy mogłybyśmy się spotkać. W pierwszej chwili chciałam odpisać "jasne, nie ma sprawy", bowiem czasu miałam dość, a brakło do kogo pysk otworzyć /familia raczej patrzy podejrzliwie na moje wynurzenia/. Dopiero po chwili zreflektowałam się, że głupio brzmiałby sms ze sprostowaniem: "Tfu, jednak nie możemy. Zapomniałam, że od poniedziałku jestem na Mazurach". Intelekt?
To Kolczaste nazywa się całkiem niewinnie - agrest. Jest zielone, kwaśne i... no i właśnie, kolczaste. Mamcz kazała opylić wszystkie krzaje w ogrodzie, zanim agrest zdechnie. W taki oto sposób spędziłam dwa dni na przedzieraniu się przez gąszcz, zrywaniu draństwa razem z okoliczną zwierzyną /mrówki, ślimaki etc./ i jednoczesnym pilnowaniu Runej, którą inteligentnie postanowiono spuścić ze smyczy, czego nie czyniono od lat ośmiu, więc pies z lekka się odzwyczaił. Mamcz zachwycona, że Runiątko takie grzeczne. A tam, grzeczne - leżało i kombinowało, jak by tu nas przechytrzyć. Chwila nieuwagi i zwiało z pola agrestowego. Runa nie lubi agrestu - zajrzała do garnków wypełnionych owocami, skrzywiła się i poleciała do drewutni, bo Bzpr akurat grillował nam obiad. Mięcho lepsze - popieram ją w tym względzie.
Z racji posiadania dość specyficznego wachlarza kanałów telewizyjnych /o czym również dopowie się później/, rozrywka telewizyjna w moim wykonaniu składała się z lawirowania między Rossiya24 a Russian Music Box. No i przez drugi ze wspomnianych kanałów uczepiło się mnie kilka piosenek. Jedne nadają się do śpiewania bardziej, inne mniej, ale rozwala mnie refren "Po imieni Nastia" Eda Szulżewskiego /i sądzę, że nie tylko mnie/. Spróbujcie o pierwszej w nocy zaśpiewać "Razdieliła żyzń sczastie na czasti" i nie połamać sobie przy tym języka. Powodzenia życzę, acz nie przewiduję! A jeżeli kogoś interesuje, co jeszcze się czepło, to mata listę: Potap i Nastia "Czumaczeczaja wiesna", Lapis Trubeckoj "Ja wieriu", Filipp Kirkorow "Obycznaja istorija", GeeGun feat. Julia Sawiczewa "Otpusti", Band'Eros "Manhattan", Awraam Russo /czyli domniemany Prezes do ekranizacji/ "Obruczitielnaja"
Zdjęcie wyszło dużo, a teraz weź to, człowieku, porządkuj. Muszę przysiąść nad przycinaniem draństwa, kadrowaniem i ogólnie ogarnianiem tematu. Obiecuję dać linka, jak wykroi się z tego coś konkretnego. Jednakowoż powiem tyle - jeśli ktoś sądzi, że zwykłym kompaktem nie da się zrobić fajnych zdjęć natury, to nieomylny znak, że jest naiwny. Mnie w każdym razie parę foci wyszło przerażająco ciekawie - tylko nie mam zdjęć czerwonych maków. Draństwo chowało się przede mną, jak mogło - latałam po okolicy, szukałam, a maków ni czorta. Ale gdy tylko wsiadłam do samochodu i ruszyłam w drogę, zaroiło się od tych czerwonych zdrajców.
Nie zdziwcie się, jak na piekielnych ukaże się historia o pani z Miłakowa, która sprzedawała polskie ochłapy z lumpeksów jako nową odzież zagraniczną. - To sweter z zachodu! Sweter, co znamienne, miał na metce napis: "Nazwa wyrobu: sweter damski" po polsku. TYLKO po polsku. Zachód, powiadacie?
Nigdy nie sądziłam, że polubię żeglowanie. A polubiłam. Chociaż stanie z liną w rozkroku przez bite trzy godziny, po kostki w błocie i ze zwierzem mazurskim plączącym się po okolicy /przeklęte komary!/ nie jest lanserskie. Ale opłaciło się - jacht zwodowaliśmy, maszt postawiliśmy i następnego dnia można już było po wciągnięciu żagli śmigać. Zostałam zaangażowania do trzymania liny, co kończyło się tym, że nie trzymałam liny, tylko TRZYMAŁAM SIĘ jej w obawie przed zatonięciem w jeziorze o bliżej nieokreślonej nazwie. Przy okazji wpadł mi do łba koncept na kryminał prawie klasyczny pod jakże wiele mówiącym tytułem "Wstęga śmierci". O regatach. I małych miasteczkach. I zaściankowości. I zazdrości. Śmiszno będzie, wot.
Znalezienie kanału, gdzie mówiliby po polsku, graniczyło z cudem. O Polsacie, TVNie czy nawet TVP nie mieliśmy co marzyć... Za to Rossya24 i Russian Music Box - proszę bardzo. Ale nie tylko. Na połowie stacji gadali albo po włosku, albo arabskimi wężykami. Bezcenne było usłyszeć na Dubai Sports: bla bla bla bla bla bla /no co, nie znam arabskiego!/ Robert Kubica bla bla bla...
Pan P., przyjaciel Bzpr i właściciel jachtu, oraz jego żona, pani P. /która sposobem bycia niesamowicie kojarzyła mi się z inną panią P., na którą zresztą wpadłam dziś czy też której omal nie wpadłam pod samochód/, mieli psy. Sztuk dwie, samce. Bernardyna Rocky'ego, młodego, zadziornego bydlaka, który uważał, że cały świat to jedna wielka kość, oraz wiekowego Ciapę - psa łańcuchowego. Ciapa zakochał się we mnie, w Ciapie Runa, w Runie Rocky, a w Rockym moja mama. Biedny Rocky mało nie zginął przez rozsadzającego go hormony i tak oto Niula padła ofiarą zaślinionego bernardyna - podobnie jak nasz samochód. Z kolei Ciapa stał się mym najwierniejszym obrońcą, gdy Rocky uznał, że mój polar to świetny gryzak, bo ma tyle elementów do ciągnięcia. Zabawa się skończyła, kiedy niżej podpisana odkryła, że Rocky od gryzienia polaru przeszedł do gryzienia aparatu, którego niżej podpisana zamierzała bronić niczym Runa swej cnoty. Obronił Ciapa, a Rocky chodzi lekko uszkodzony. Nie wierzcie pozorom. Przyjaźń ze starym, kulawym psem łańcuchowym przynosi dozgonne korzyści. A miny ludzi, kiedy groźny choć stary pies łańcuchowy podchodzi do was i wywala się na grzbiet, żeby go drapać, nie dają się opisać żadnymi znanymi mi słowami. Lill, ta fioletowa 30/06/2011 21:17:32 [Powrót] Jakieś pytania? A to wredne maki. A przyjaźń z psem łańcuchowym żondzi. Mal. 30/06/2011 22:13:48 | brak www IP: 82.210.164.151 No, zestaw kanałów pierwszorzędny :D. Ale skoro Ezo TV też było, to nie ma co narzekać :D Ziemo 30/06/2011 21:24:23 | brak www IP: 178.182.77.27 |
Stare papierki Galeria twarzy Autobiografia Literatura podmiotu Literatura przedmiotu Notka
|