Zobacz wszytkie serwisy JOE.pl
blogiblog4u.pl blogiblogasek.pl katalog stronwjo.pl avataryavatary.ork.pl czcionkiczcionki.joe.pl aliasydai.pl, ork.pl, j6.pl tapety tapety.joe.pl obrazkiobrazki na NK
Online: ---
zdrowie i choroby nieruchomości na mapie
Pamiętnik pewnej Okrrropnej Kreatury.
Szablon

343. Słowo w HD.

Na wczorajszych ćwiczeniach doktor K. /z pewnością nieświadomie/ dotknął czułej struny. Mówił o Andriciu i o tym, że Andrić najpierw pisał rozległe, kilkusetstronicowe powieści, a potem je skracał - i tak zostało na przykład sto kilka stron "Przeklętego podwórza". I jeszcze, że w powieści nie ma miejsca na elementy zbędne i każda drobnostka ma znaczenie dla fabuły. Zapewne doktor K. nie czytał tony poradników pisarskich w rodzaju śmiecia, jaki zalega mi na półce /ktoś chce kupić? Zima długa, może opał się przyda.../, ale jego wywód niebezpiecznie przypomniał mi pewien cytat:

Fragmenty niewiążące się bezpośrednio z głównym ciągiem zdarzeń ani nie prezentujące cech bohatera, które mogą mieć kluczowe znaczenie dla jego zachowań tworzących fabularny szkielet opowieści, są zbędne.

Ze wszystkich utworów Andricia zamieszczonych na liście lektur /a trochę ich było/ najbardziej podobali mi się "Konsulowie ich cesarskich mości". Ta książka była o czymś. Nie stanowiła tylko łysej paraboli, ale otaczała ją śnieżna kula znaczeń, symboli i detali pełniących funkcje czysto dekoracyjne. Daville pisał swój poemat, des Fosses podrywał kobiety, Anna Maria parzyła się ze wszystkim, co nie uciekało na drzewo, a ja, czytając, nie zastanawiałam się, w jaki sposób rozwiązłość Anny Marii ma się do wojen napoleońskich albo czego metaforą jest pisany przez konsula hymn na cześć Aleksandra Wielkiego. Cieszyły mnie te drobiazgi same w sobie.

Kiedy miałam tych jedenaście-dwanaście lat, bazgrałam radośnie własne ilustracje do Harry'ego Pottera. Ale na tych ilustracjach wcale nie było bohaterów ani scen z książki. Największa ilustracja, jaką narysowałam, która zapewne wciąż jest przechowywana starannie przez rodzinnego kronikarza - Babcię - przedstawiała sklep ze słodyczami w Hogsmeade i półki pełne moich wyobrażeń wszystkiego, o czym wspomniała Rowling. Do niedawna potrafiłam z pamięci zacytować opis półek uginających się pod ciężarem fasolek wszystkich smaków, cukrowych diabełków i innych smakołyków pałaszowanych przez magiczną społeczność.

Dawno dawno temu, za czasów "Siedmiu lat do Monachium" /nigdy nie myślałam, że dożyję chwili, w której nazwę tamten okres "dawno dawno temu", ale widać się starzeję/, jeden z recenzentów stwierdził, że opis berlińskiej kuchni Anili jest kompletnie zbędny. Byłby potrzebny, gdyby pocięła się obrusem w kratkę albo gdyby drzewko cytrynowe odegrało znaczącą rolę w rozwoju fabuły.

Mam taki obrazek nad tablicą metalową. Ten obrazek jest chyba starszy ode mnie, wraz ze mną wędruje po mieszkaniach stałych i tymczasowych, a przedstawia Anioła Stróża błogosławiącego dwójkę dzieci. Gdy byłam mała, najbardziej interesowała mnie na tym obrazku piłka leżąca między dziećmi, kokardka dziewczynki i fragment mostka widoczny po prawej stronie obrazka. I to wcale nie zmieniło się z upływem czasu. Na tym i na wszystkich innych obrazkach i obrazach wypełniających mój pokój wciąż szukam buteleczek namalowanych w tle, wież kościoła na dziesiątym planie, kwiatów między drzewami... Pochłaniam wzrokiem nie całość, tylko te detale. Może dlatego tak wiele osób pisze o mojej twórczości, że nie czują ogółu, że widzą tylko jakiś fragment świata. Ale czy to źle? To na pewno inaczej. Ale jeżeli widzę ławkę w parku, to nie skupiam się na tym, że ławka jest w parku, park na Bydgoskim, Bydgoskie w Toruniu, Toruń w kuj.-pom., kuj.-pom. w Polsce etc., etc., bo doszłabym do Wszechświata, którego piórem, choćbym chciała, nie ogarnę. Skupię się na ławce i na tym, że siedzieliśmy na niej jakieś dwanaście lat temu z Krystianem, zbierając liście w deszczową, październikową noc tuż przed Wszystkimi Świętymi /bo przed Wszystkimi Świętymi nie ma listopadowych nocy, są tylko październikowe/. Miałam latarkę w kształcie żaby. Żarówka znajdowała się w pysku żaby, który otwierało się, naciskając odpowiedni przycisk. Niby nic nadzwyczajnego, dzisiejsze dzieci pewnie wyśmiałyby taką zabawkę, ale dla mnie to był cud nad cudy.

Słyszę, że cierpię na wielosłowie, a to wszystko można opisać krócej, szybciej, prościej. Detale nie są potrzebne, nie popychają fabuły do przodu. W filmach nie ma detali. Jak to nie ma? Wyobraźcie sobie filmową scenę rozgrywającą się w barze. Bohater podchodzi do kontuaru i zamawia, dajmy na to, martini. Za kontuarem i za nalewającym martini barmanem znajduje się półka uginająca się pod ciężarem butli, butelek i buteleczek. Czy to znaczy, że bohaterowie wszystkich tych trunków skosztują w trakcie filmu? A gdzie tam! A wyobrażacie sobie, żeby na tych półkach stało jedno jedyne martini, bo przecież w filmie nic innego pić nie będą? W parodii pewnie by to przeszło, ale w kinowym hicie wywołałoby śmiech widza zmieszany z oburzeniem, że ktoś tu intensywnie tnie koszty.

Taką rolę ma dla mnie detal. Oglądam po dziesięć razy stare Grand Prix nagrane na kasetach wideo, po to tylko, żeby zobaczyć, że Rune Holta ma na szyi pod kevlarem złoty łańcuszek, a Crump wdaje się w pogawędkę z Gollobem. Dla fabuły - tu: wyniku - nie ma to najmniejszego znaczenia. Dla mnie detal jest święty.

Nie zrozummy się źle. Nie stawiam Proustowi pomnika, bo jego magdalenka mojemu smakowi literackiemu wydaje się przekoloryzowana. Detal widziany przez lupę traci ostrość i staje się bezużyteczny. Ale to tylko moja opinia. Jeden woli Czechowa i Gogola, a inny zaczytuje się w Dostojewskim i Tołstoju, że tak się ograniczę do klasyki made in Russia.Dostojewski pisał dla kasy, Tołstoja usunęli z listy lektur, bo za.... za tłusty, chociaż to już zahacza o paskudną drwinę. Ale mi się podobają, tak jak podoba mi się świat surrealistycznych obrazów u Grushin albo pejzaże Szołochowa, nie do przejścia nawet dla samych Rosjan. Czytałam "Cichy Don" na przystanku i stojąca obok dziewczyna z Rosji zainteresowała się, czy studiuję rusycystykę, bo jeszcze nie widziała kogoś, kto czytałby to dla przyjemności.

I nie chodzi o to, że odbieram wartość opowieściom bez detali. One też są potrzebne. Ba, często bywają równie ciekawe jak te bogate w detale. Ale one nie są i dla mnie nigdy nie będą jedyną słuszną drogą pisania, tak jak nigdy nie uznam za wyrocznię nadętych, samozwańczych profesjonalistów, którym się wydaje, że posiedli wszystkie tajniki pisania i mają prawo oceniać innych przez pryzmat własnego, subiektywnego gustu. Nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni.

/I aż się chce dopisać: amen. Ale nie dopiszę. Niech wybrzmi w domyśle/

 



Lill, ta fioletowa 26/03/2013 22:56:52 [komentarzy 4] Jakieś pytania?

342. Notka żywcem wyjęta z kalendarza Beaty Pawlikowskiej.

Nie odbieram wartości dekadzie lat dziewięćdziesiątych – nam wszystkim była potrzebna, chociażby dla popełnienia błędów, na których teraz możemy się uczyć.

Nie odbieram wartości temu półtora roku - był mi ten czas potrzebny choćby dla popełnienia błędów, których już nie powtórzę. Każde zdarzenie jest po coś, każda drobnostka do czegoś dąży. Nie żałuję tego czasu - poznałam fantastycznych ludzi, miałam cudowne momenty, do niektórych rzeczy jeszcze wrócę i to nieraz... Nauczyłam się bardzo wiele i wszystko wskazywało, że nauczę się jeszcze więcej. Pomimo wszystkich wątpliwości byłam o tym przekonana do czwartku rano.

To strasznie głupia historia. Głupia w sensie, że banalna. Takie rzeczy zdarzają się w filmach, a nie w życiu, ale już ustaliliśmy jakiś czas temu, że moje życie to film. Omal nie wpadłam pod tira. Nie pierwszy raz w życiu i znając moje roztargnienie zapewne nie ostatni /chociaż mam nadzeję, że nigdy nie wpadnę skutecznie/. Ale wtedy jakoś mnie to ruszyło i coś we mnie pękło.

Może kiedyś pożałuję. Może będę tego żałować tak, jak miałam żałować wyjazdu z Warszawy, sprawy z Mendą i tego, że nie dałam się skusić NaszymDebiutom. Może tak, a może nie. Liczy się to, co jest teraz, czyli czwarty dzień takiej radości, jakiej już dawno nie czułam.

Chciał być najlepszy, ale przede wszystkim chciał być na tym torze najszczęśliwszy.

Zawsze chciałam być najlepsza, ale musiałam dorosnąć, żeby zrozumieć, że przede wszystkim chcę być najszczęsliwsza. Nie muszę nic nikomu udowadniać. Nie muszę pokazywać, że potrafię, bo to wszyscy wiedzą. Ja już swoje udowodniłam, czas się wyluzować i skupić na marzeniach. Nie chcę zawalić tego, co dla mnie najdroższe w imię jakichś ambicji, które nawet nie są moje. Mogłabym mieć piątki z góry do dołu na dwóch kierunkach - to już pokazałam. To teraz czas pokazać, że właściwie guzik mnie to obchodzi. Guzik obchodzi mnie bałkanistyka i Bałkany też. Podobał mi się bułgarski, podoba mi się chorwacki, całą resztę jakoś przebrnę... Ale to nie jest to, co chcę w życiu robić. Znalazłam już moje miejsce, znalazłam dwie moje filologie, a więcej się nie zmieści nawet w sercu tak pojemnym jak moje.

Do widzenia, bałkaniści. Gdzieś, kiedyś jeszcze się pewnie spotkamy /tak, na bułgarskim w przyszłym roku/. Będę tę przygodę wspominać z uśmiechem, ale nie wszystko może trwać wiecznie.
Do widzenia. Idę być szczęśliwa gdzie indziej.



Lill, ta fioletowa 24/03/2013 18:52:33 [komentarzy 3] Jakieś pytania?

341. Nepal... i nepij.

Nie ufam dłużej już pociągom
I auta nie wzruszają mnie.
Boję się latać samolotem,
Na statku kiepsko czuję się.

Taksówki dzisiaj są zbyt drogie,
A w autobusach - zawsze rzeź,
Więc gdy myślę, czym ruszyć w drogę,
Odpowiedź tylko jedna jest:

Pojadę tramwajem!
Pojadę tramwajem!
Pojadę tramwajem!
Pojadę-jadę-jadę tram-wa-jem!

To powyżej to moje rojenia o wpół do ósmej na dworcu na największym zadupiu, jakie widziały me zielone oczyska. Regionalne wypluło mnie w jakimś szczerym polu, z kukurydzą po sąsiedzku, w absolutnej pustce. Nie było tam nawet bezdomnych, a to podobno główny - i jedyny /a jeśli nie, to ja nie chcę widzieć pozostałych/ - dworzec Inowrocławia. W momencie, kiedy w oddali rozległo się wycie, zaczęłam rozważać, czy nie napisać do Mariki, że tego... może ma wolne łóżko... a potem do Ziema, żeby mnie rano odebrał z tego dziwnego miejsca.

Ale dotarłam. Cała i zdrowa, jeśli nie liczyć bolącego Bóg raczy wiedzieć z jakiej okazji... oczodołu. I jeśli nie liczyć zawirowań natury wagowej. Nie mieszczę się w ulubione spodnie. Waga twierdzi, że schudłam. Albo waga kłamie, albo ukradłam komuś spodnie, które wyglądają jak moje, tylko są o rozmiar mniejsze. Na korzyść drugiej opcji przemawia teoria o spełnianiu się moich powieści. W końcu Alex w "Na własne życzenie" /w czasach, kiedy nikt jeszcze nie pomyślał, żeby to nazwać "Na własne życzenie"/ kradł Hansowi pieniądze. Ktoś to jeszcze pamięta? /Poza tym, że Avil, bo ona zawsze pamięta./

Zaliczyłam Gdańsk. To strasznie dziwne miasto, ale ma swój przewrotny urok. Wilk na smyczy i w kagańcu /i sugestie, jakoby był to Dżon z babcią/, ABK /absolutny brak kibli/ oraz rosyjskie małżeństwo, które koniecznie chciało mi zapłacić zielonym banknotem za okazaną pomoc. Stanowczo odmówiłam, bo głupio tak - sama wyskoczyłam z tym, czy mogę pomóc. Panie z okienek z trudem mówią po polsku, a co tu dopiero marzyć o innych językach. Tymczasem bycie poliglotą daje +200 do szacunu na dzielni i +milijun do wdzięczności pań z okienek, a biorąc pod uwagę, że Gdańsk jeszcze nieraz odwiedzę, dobrze mieć tych w kasie po swojej stronie.

Przy okazji miałam kretyńską rozkminę, jak przełożyć na rosyjski nazwę "Gdańsk Wrzeszcz"?* "Gdańsk Kriczi"? To by mieli miny, jakbym im wypaliła z czymś takim. Chociaż w moich zmarzniętych ustach ten "Wrzeszcz" brzmiał na wszystko oprócz Wrzeszcza. Wrzeszcz Nocą, hell yeah**.

Popłakusiałam się przed konduktorem, że mi zły pociąg spieprzył sprzed nosa, ponieważ pewna mocno rozmnożona rodzina nie chciała zrozumieć, że się spieszę i koniecznie musiała wysiąść przede mną. A w TLK boję się przepychać, te schodki nie wyglądają stabilnie. Jedynym plusem TLK jest posiadanie toalet, w przeciwieństwie do dworca w Gdańsku. Poczekalni zresztą też nie miał i robiłam za nietoperza pod nędzną wiatą peronu. Niegodziwość się szerzy nad morzem i nawet "Idiota" nie uchronił mnie przed zmarznięciem.

Powiedziałabym, że nigdy więcej Gdańska, ale to kłamstwo, bo następna wizyta już w piątek. A noclegu dalej nie ma, chociaż staję na głowie, żeby coś wykombinować... Choćby schronisko młodzieżowe, chociaż jest na wygwizdowie. Wiem, jak tam dojechać tramwajem, a to już coś. Pojedziem tram-wa-jem, hell yeah!

He buys his ticket
As the train prepares to leave
Don't wanna miss it
On this evening Christmas Eve
(TSO, "The Snow Came Down"***)

W piątek czekała mnie na dworcu urocza niespodzianka. Zajeżdżam ja po pańsku na Główny, a tu.... omamy li to? Joannę R. widzę i nie mam tu na myśli siebie. I tak, wiem, że sms typu "jeżeli właśnie wsiadłaś do pociągu na głównym, to przejdź parę przedziałów do przodu" nie jest szczytem intelektu, ale liczy się efekt. Warto było, nie przeczę. Przez dialogi o wszystkim z przewagą sportu /wróć, sportowców/ miałam zgłupawkowaną resztę podróży, łącznie z przesiadką Bolt-style, po której kaszlałam półtorej godziny, zasłaniając usta "Idiotą".

Oj, rozpisałam się o pociągach, a między pociągami była konferencja. Bardzo fajna, chociaż średnio ogarniałam po wesołości poprzedniego wieczoru. Nie ma to jak jedzenie lodów Calypso o 23 w tramwaju, próbując kupić bilet. I nie żeby coś, ale lody kupiłam dla papierka, coby go sfotografować dla Joanny tym razem Ś., która nigdy w życiu nie widziała lodów calypso. Chyba że to nie ona tak deklarowała, ale pamiętam, że na leksyce ktoś się do tego przyznawał. Papierek wylądował w koszu pomimo gorzkich żali, że w tramwaju nie ma śmietników.

Masz dojść przed pierwszą.
(sms, którego Dagmara w końcu nie wysłała Arkowi i bardzo dobrze, bo biedak nie zrozumiałby, o co chodziło****)

Fajni ludzie, fajne motywy konferencyjne i około. Sezon wyjazdowy oficjalnie uważam za otwarty, a moja torba i ja pozwiedzałyśmy kawałek Polski. Wróćiłyśmy - a Niulicz rozćwierkana jak rzadko kiedy. Od paru lat nie miałam z nią tak dobrego kontaktu.

Wszystko jest po coś. Nie ma przypadków. Jest coaching. Amen.
___________________________
*tak, wiem, że się nie przekłada, ale podywagujmy.
**nie mylić z hell-nerem.
***zmieniłam repertuar, bo kolejnego cytatu z Baczyńskiego nie wytrzymałabym ja, a co dopiero Wy.
****spotkałam go potem, wracając z kąpieli. Nie poznał mnie. Ja jego też nie, bo byłam bez okularów i dopiero w pokoju zorientowałam się, że to był on, skoro dobija się do lokalu naprzeciwko, ale to się wytnie.

 

Edit: Jaranie się konferencją językoznawczą jest złe. Wyplatanie bransoletek też. Pozdrawiam moją genijalność.



Lill, ta fioletowa 11/03/2013 22:17:21 [komentarzy 3] Jakieś pytania?

340. Mąż mojej dziewczyny.

Whatever’s standing in my way we’ll make it through the day
‘Cause we are the winners, we are the heroes

We’re breaking down the walls, we’re gathering them all

‘Cause we are believers, we are the dreamers

(Litesound, "We are the heroes")

 

Głupoty potrafią skutecznie popsuć humor. W obliczu tego, że Norwegia zdominowała te mistrzostwa i ma 19 medali, a gorąco wierzę, że jutro będzie dwadzieścia, to, co stało się w skokach, było głupotą. Niemniej, wnerwiłam się strasznie i pewnie wnerwiłabym się, gdyby na miejscu Norków był ktokolwiek /chociaż może nie aż tak okropnie/. W gruncie rzeczy mam fazę zupełnie jak trzy /już aż trzy!/ lata temu przy okazji Vancouver: sport-sport-sport. Żyję mistrzostwami od rana do wieczora i każde zawody przeżywam, jakbym osobiście w nich uczestniczyła. Trochę mi to blokuje możliwość pisania, bo piszę mimo wszystko o żużlu i wypadałoby nie mieszać środowisk /chociaż pomieszały się i tak, same, bez mojej ingerencji/.

Poza głupotami życie w czasach mistrzostw jest całkiem przyjemne. Sprawa narzeczonego z numerem 102 umarła śmiercią naturalną, ale znalazłyśmy Avil męża w tym samym środowisku. Mężu jeszcze nie wie, ze jest mężem, ale dowie się w swoim czasie, jak już zarezerwujemy salę, zamówimy orkiestrę, podarujemy wódkę panu organiście i tak dalej... Raduje się ma dusza, że moją siostrę/dziewczynę/wilczycę oddaję w ręce kogoś, kogo przynajmniej widziałam w TV /chociaż biorąc pod uwagę filmik, który dziś oglądałam, może nie jest tak bezpiecznie ją oddawać... ale o czym my mówimy? przecież rzekłam niegdys, że nie oddam Avil w ręce rosyjskiej mafii, bo żal by mi było... mafii/.

Marzec będzie najbardziej zajętym miesiącem w historii wszechświata i okolic, z zaświatami licząc. I wyjątkowo nie mówię o tym, że postanowiłam przeczytać do końca wszystkie lektury na HLSiCh* i że mam do napisania dwa rozdziały "Bezdroży publicznych", które ostatnio /i rozdziały, i Bezdroża/ stawiają zaciekły opór.  Do dwóch Gdańsków /a propos, trzeba się zainteresować kwestią tego przeklętego noclegu po Il Divo.../ doszło Luhe-Wildenau i od razu cieplej się na serduchu zrobiło, bo co Niemcy, to Niemcy. Tylko nie mogę znaleźć moich skąpych zasobów euro i próbuję wymyślić, gdzie ja je posiałam, bo by się teraz przydały...

Dowcip ci się wyostrzył, nie powiem. Prawie się pociąłem ze śmiechu
(Ziemo odnośnie dowcipu "Wchodzi Avil do księgarni". Nie żeby coś, ale to był mój dowcip!)
 

Na wsparcie w ciężkich cokolwiek czasach znalazłam w necie "Racing on the edge". To była pierwsza sportowa piosenka, w jakiej się zasłuchałam. Robię się na starość sentymentalna, ale może to i dobrze. Keep the distance, jasne, tylko czasem siadam i popadam w zadumę. W domu jest tak jakoś... pusto. Udaję, że tego nie zauważam, ale boli. Tak, mnie też.

Piosenki piszę. Takie nie do śpiewania, bo ja nie mam głosu. Takie nie do śpiewania, bo linii melodycznej do tego nie skombinuję. Ale wyobrażam sobie, że ktoś kiedyś robi ekranizację "Bezdroży", a te piosenki występują w charakterze soundtracku. Od razu pysiątko uśmiecha się szerzej. Widzicie, posmutniałam, bo siedziałam cały dzień w domu. Z takim gruźliczym kaszlem i bolącym gardłem nic nie miało prawa wyjść z planów biegania z Avil bez nart. Pożytek z tego taki, że znalazłam dla niej zdjęcie Męża, po którym powinna porzucić plany zamążpójścia. No bo jak Avil się hajtnie, to co będzie z naszą miłością, która miała podobno trwać wiecznie?!

Powinnam sprawdzić połączenia pociągów, zacząć się pakować i, co chyba najistotniejsze, zorientować się, kim jest mój Tajemniczy Wielbiciel. Tajemniczy Wielbiciel to nieznany numer telefonu, który z podziwu godnym uporem wydzwania do mnie od kilku dni i, co za pech, zawsze o takiej godzinie, żebym nie mogła odebrać. Może moja podświadomość się go obawiała i dlatego zostawiłam u babci komórkę wczoraj po południu.

Chociaż ja stawiam, że to efekt... nie, nie efekt axe, siekier tam nie było... efekt sztafety. Wyłam ze śmiechu, oglądając czwartą zmianę i radosne spacerki trwające dziewięć kilometrów. Ciekawa jestem, czy jutro na femmili też będą takie spacerki, bo jeżeli tak, to chyba całą obejrzę. A nie wytrzymałam nawet dzisiejszego trzydziestokilometrowca, musiałam w międzyczasie pójść się wykąpać, bo to nie na moje nerwy. Ale spacerki? Proszę ja was bardzo! Wbrew jojczeniu internetowych trolii, uważałam, że cała ta akcja z "panie przodem", "ja cię wozić nie będę" i innymi tekstami do dopowiedzenia była bardzo fajna i bardzo showmeńska. Ale ja to ja.

W takim razie dlaczego się czuję, jakby ktoś mnie skrzywdził? Czyżby było tak jak w dialogu, o którym nie umiem powiedzieć, czy zdarzył się naprawdę:

- Czuję się taka nieszczęśliwa i skrzywdzona.
- A zdarzyło się coś, co uczyniło cię nieszczęśliwą i skrzywdzoną?
- Nie martw się, już ja sobie znajdę odpowiedni powód, żeby być nieszczęśliwą i skrzywdzoną. W końcu jestem kobietą!



Lill, ta fioletowa 2/03/2013 20:41:30 [komentarzy 6] Jakieś pytania?

Stare papierki
2015
Marzec
2014
Czerwiec
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2013
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2012
Wrzesień
Lipiec
Czerwiec
Kwiecień
Marzec
Styczeń
2011
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2010
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2009
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2008
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2007
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń

Galeria twarzy
Kiimi
Ziemo
Jah
Avil
An-Nah
Garcinda
Ada
Schmittka
Cineva
Mal
Mestari

Autobiografia
(klik)

Notka
Zdjęcie na szablonie własne. Słowa też moje. Szablon przejściowy. Czcionka z Serwisu.
Chcesz coś? Poproś.