Zobacz wszytkie serwisy JOE.pl
blogiblog4u.pl blogiblogasek.pl katalog stronwjo.pl avataryavatary.ork.pl czcionkiczcionki.joe.pl aliasydai.pl, ork.pl, j6.pl tapety tapety.joe.pl obrazkiobrazki na NK
Online: ---
zdrowie i choroby nieruchomości na mapie
Pamiętnik pewnej Okrrropnej Kreatury.
Szablon

321. Joanna z Mazur

Prawdę powiedziawszy, trudno się na temat Mazur wypowiedzieć w sposób jakiś uporządkowany. No, były. No, było fajnie. No, przydałoby się wrzucić na fejsa zdjęcia, tym bardziej, że zdjęcia mówią w tym wypadku dalece więcej niż słowa /zwłaszcza "Łukaszenka style, czyli słit focie w zbożu tudzież trawie" oraz "Herbata jest w szafce" - a szafek ci u nas dostatek i znajdź tu tę właściwą/. Jeśli spojrzeć na to z odpowiedniej strony, to dawno nie miałam takiego wyjazdu wakacyjnego z byczeniem się, wodą i naturą w całej okazałości /ślady owej nieujarzmionej natury noszę na stopach - swędzą jak sto czortów!/. Wprawdzie nie pozwolono mi się wykąpać w jeziorze, plaży też jakoś się nie uświadczyło, a przez trzy czwarte pobytu umykaliśmy przed deszczem, ale izolacja od cywilizacji ma swój urok. Tak też dochodzimy do TOP10 - Miłakowo 2011, czyli listy najciekawszych obiektów/zjawisk wyjazdu /co komu po relacji, jak można machnąć kolejną toplistę, co nie?/:

10. Chata w stylu Wani.
Pierwszego dnia, kompletnie nie mając ochoty dłużej użerać się z Blairem /zbyt białe kartki, powiadam wam/, z telewizorem /o tym później/ ani też mulinowym naszyjnikiem /koniec końców został wykonan jeszcze przed powrotem do Torunia/, wybrałam się z Bzpr i z Runą na zwiedzanie okolicy. Tu właśnie przydałyby się zdjęcia, ale to nadrobimy w swoim czasie. W każdym razie mowę mi odjęło, kiedy ujrzałam jedną z posesji. Zauważyłam ją głównie dlatego, że miała otwartą bramę /później okazało się, iż podobne zdarzenia w Miłakowie nie są niczym niezwykłym/, a zza bramy wynurzyło się duże, wściekłe, rozszczekane coś, istniała zatem obawa, że krew się poleje. Krew się nie polała, ale od domu mnie zatkało - przy tym czymś Wania mógł się poszczycić niezwykle wyrafinowanym gustem. Rozumiem pozłacane aniołki i stylizowane balustrady, to jeszcze jestem w stanie przełknąć - ale lśniąca fontanna pośrodku ogrodu? "Razem z pieniędzmi rozumu nie przybywa", skwitował Bzpr, wyjaśniając, iż willa należy do lokalnego bogacza, pana K. W niedługim czasie pan K. stał się moją inspiracją, ale to z zupełnie innych powodów.

9. OkoGate i pokój z widokiem.

Dnia Pierwszego maestro Bezprawny ryby przyrządzał. Z racji, iż Runa przypomina piesokota, zwłaszcza jak gada po swojemu, Bezprawny postanowił sprawdzić, czy i rybie głowy pies je. Część głów trafiła do miseczki dla kota sąsiadów, jedną dostała na spróbowanie Runa. Zeżarła /przynajmniej tak doniosła Bzpr niżej podpisana/. Trzy godziny później niżej podpisana udała się do "swojego" pokoju, coby ująć w dłonie kobyłowatego Blaira. Z dywanu łypało na niżej podpisaną rybie oko...

- Wiesz, ona ci to oko przyniosła, żebyś się samotna nie czuła.

Nie czuję się samotna, a już na pewno nie na tyle, żeby wymagać towarzystwa kawałka rybich zwłok. Zresztą, w "moim" pokoju był cały zwierzyniec - muchy, komary, pająki, pluskwy... A z okna miałam widok na świecący niczym latarnia morska kościół. O dziwo, kościół istniał podejrzanie cicho, w przeciwieństwie do Bunkrowatego w Toruniu /do którego mam nieporównywalnie dalej niż do kościoła miłakowskiego/.

8. Nocne /i nie tylko/ rodaków rozmowy

- I jak wyglądają Mazury?
- Dajże spokój, dopiero przyjechałam, jeszcze nic nie widziałam.
- A po drodze?
- A po drodze to ja się skupiałam na tym, coby mi wnętrzności górą nie wyleciały. Widoki może niezapomniane, ale krętość dróg zabija.

W czwartek zaesemesowała Ania z pytaniem, czy mogłybyśmy się spotkać. W pierwszej chwili chciałam odpisać "jasne, nie ma sprawy", bowiem czasu miałam dość, a brakło do kogo pysk otworzyć /familia raczej patrzy podejrzliwie na moje wynurzenia/. Dopiero po chwili zreflektowałam się, że głupio brzmiałby sms ze sprostowaniem: "Tfu, jednak nie możemy. Zapomniałam, że od poniedziałku jestem na Mazurach". Intelekt?


7. Batalia z Tym Kolczastym

To Kolczaste nazywa się całkiem niewinnie - agrest. Jest zielone, kwaśne i... no i właśnie, kolczaste. Mamcz kazała opylić wszystkie krzaje w ogrodzie, zanim agrest zdechnie. W taki oto sposób spędziłam dwa dni na przedzieraniu się przez gąszcz, zrywaniu draństwa razem z okoliczną zwierzyną /mrówki, ślimaki etc./ i jednoczesnym pilnowaniu Runej, którą inteligentnie postanowiono spuścić ze smyczy, czego nie czyniono od lat ośmiu, więc pies z lekka się odzwyczaił. Mamcz zachwycona, że Runiątko takie grzeczne. A tam, grzeczne - leżało i kombinowało, jak by tu nas przechytrzyć. Chwila nieuwagi i zwiało z pola agrestowego. Runa nie lubi agrestu - zajrzała do garnków wypełnionych owocami, skrzywiła się i poleciała do drewutni, bo Bzpr akurat grillował nam obiad. Mięcho lepsze - popieram ją w tym względzie.


6. Po imieni Nastia...

Z racji posiadania dość specyficznego wachlarza kanałów telewizyjnych /o czym również dopowie się później/, rozrywka telewizyjna w moim wykonaniu składała się z lawirowania między Rossiya24 a Russian Music Box. No i przez drugi ze wspomnianych kanałów uczepiło się mnie kilka piosenek. Jedne nadają się do śpiewania bardziej, inne mniej, ale rozwala mnie refren "Po imieni Nastia" Eda Szulżewskiego /i sądzę, że nie tylko mnie/. Spróbujcie o pierwszej w nocy zaśpiewać "Razdieliła żyzń sczastie na czasti" i nie połamać sobie przy tym języka. Powodzenia życzę, acz nie przewiduję!

A jeżeli kogoś interesuje, co jeszcze się czepło, to mata listę: Potap i Nastia "Czumaczeczaja wiesna", Lapis Trubeckoj "Ja wieriu", Filipp Kirkorow "Obycznaja istorija", GeeGun feat. Julia Sawiczewa "Otpusti", Band'Eros "Manhattan", Awraam Russo /czyli domniemany Prezes do ekranizacji/ "Obruczitielnaja"


5. Z aparatem przez dzicz

Zdjęcie wyszło dużo, a teraz weź to, człowieku, porządkuj. Muszę przysiąść nad przycinaniem draństwa, kadrowaniem i ogólnie ogarnianiem tematu. Obiecuję dać linka, jak wykroi się z tego coś konkretnego. Jednakowoż powiem tyle - jeśli ktoś sądzi, że zwykłym kompaktem nie da się zrobić fajnych zdjęć natury, to nieomylny znak, że jest naiwny. Mnie w każdym razie parę foci wyszło przerażająco ciekawie - tylko nie mam zdjęć czerwonych maków. Draństwo chowało się przede mną, jak mogło - latałam po okolicy, szukałam, a maków ni czorta. Ale gdy tylko wsiadłam do samochodu i ruszyłam w drogę, zaroiło się od tych czerwonych zdrajców.


4. Sklepowi cwaniacy

Nie zdziwcie się, jak na piekielnych ukaże się historia o pani z Miłakowa, która sprzedawała polskie ochłapy z lumpeksów jako nową odzież zagraniczną.

- To sweter z zachodu!
- Taaa, zachodu Polski chyba...

Sweter, co znamienne, miał na metce napis: "Nazwa wyrobu: sweter damski" po polsku. TYLKO po polsku. Zachód, powiadacie?


3. Mazurskije Oziora

Nigdy nie sądziłam, że polubię żeglowanie. A polubiłam. Chociaż stanie z liną w rozkroku przez bite trzy godziny, po kostki w błocie i ze zwierzem mazurskim plączącym się po okolicy /przeklęte komary!/ nie jest lanserskie. Ale opłaciło się - jacht zwodowaliśmy, maszt postawiliśmy i następnego dnia można już było po wciągnięciu żagli śmigać. Zostałam zaangażowania do trzymania liny, co kończyło się tym, że nie trzymałam liny, tylko TRZYMAŁAM SIĘ jej w obawie przed zatonięciem w jeziorze o bliżej nieokreślonej nazwie.

Przy okazji wpadł mi do łba koncept na kryminał prawie klasyczny pod jakże wiele mówiącym tytułem "Wstęga śmierci". O regatach. I małych miasteczkach. I zaściankowości. I zazdrości. Śmiszno będzie, wot.


2. Telewizja z piekła rodem

Znalezienie kanału, gdzie mówiliby po polsku, graniczyło z cudem. O Polsacie, TVNie czy nawet TVP nie mieliśmy co marzyć... Za to Rossya24 i Russian Music Box - proszę bardzo. Ale nie tylko. Na połowie stacji gadali albo po włosku, albo arabskimi wężykami. Bezcenne było usłyszeć na Dubai Sports: bla bla bla bla bla bla /no co, nie znam arabskiego!/ Robert Kubica bla bla bla...


1. Wielokąty uczuciowe międzygatunkowe

Pan P., przyjaciel Bzpr i właściciel jachtu, oraz jego żona, pani P. /która sposobem bycia niesamowicie kojarzyła mi się z inną panią P., na którą zresztą wpadłam dziś czy też której omal nie wpadłam pod samochód/, mieli psy. Sztuk dwie, samce. Bernardyna Rocky'ego, młodego, zadziornego bydlaka, który uważał, że cały świat to jedna wielka kość, oraz wiekowego Ciapę - psa łańcuchowego. Ciapa zakochał się we mnie, w Ciapie Runa, w Runie Rocky, a w Rockym moja mama. Biedny Rocky mało nie zginął przez rozsadzającego go hormony i tak oto Niula padła ofiarą zaślinionego bernardyna - podobnie jak nasz samochód. Z kolei Ciapa stał się mym najwierniejszym obrońcą, gdy Rocky uznał, że mój polar to świetny gryzak, bo ma tyle elementów do ciągnięcia. Zabawa się skończyła, kiedy niżej podpisana odkryła, że Rocky od gryzienia polaru przeszedł do gryzienia aparatu, którego niżej podpisana zamierzała bronić niczym Runa swej cnoty. Obronił Ciapa, a Rocky chodzi lekko uszkodzony.

Nie wierzcie pozorom. Przyjaźń ze starym, kulawym psem łańcuchowym przynosi dozgonne korzyści. A miny ludzi, kiedy groźny choć stary pies łańcuchowy podchodzi do was i wywala się na grzbiet, żeby go drapać, nie dają się opisać żadnymi znanymi mi słowami.



Lill, ta fioletowa 30/06/2011 21:17:32 [komentarzy 2] Jakieś pytania?

320. Kim jest Sasza? Sasza jest KRETYNEM!*

- Dlaczego pociąg do Wrocławia kosztuje dwadzieścia złotych taniej niż pociąg z Wrocławia?
- Bo z Wrocławia jedziesz Tanimi Liniami Kolejowymi.

Weekend minął pod znakiem PKP, a kiedy siedzę i n-ty raz sprawdzam mamczowi połączenia do Wroca, dochodzę do wniosku, że i ten na tym stanie. Mamcz wyprawia się jakby na zdobycie Mount Everestu, a to tylko Wroc i tylko na weekend. Czy ja tak samo szalałam tydzień temu?

Nieistotne. Prabuty zdobyte, wzięte szturmem czy jak tam chcecie /właśnie, dziś znalazłam drugą oprócz pani z dworca osobę, która na nazwę Prabuty nie reaguje wymownym: "Ale CO?!"/. Podróż pociągiem takoż przeżyta, a coby po kolei było, to chyba od tejże podróży zacznę. I od radości mego życia - dentysty.

Ząb bolał mnie od jakichś trzech tygodni. Właściwie nie ząb, tylko zęby - cała lewa strona. Bolał specyficznie, wyłącznie w nocy i wyłącznie godzinę po zaśnięciu. Było to zjawisko pieruńskie, ale do wszystkiego można przywyknąć, takoż przywykłam i ja do pobudek, półprzytomnego mycia jamy ustnej oraz gorączkowego poszukiwania wody, którą mogłabym ukoić ból. Poza tym waliło od zęba, który rzekomo został zrobiony /zaczął boleć po zrobieniu/, toteż zachodziła uzasadniona obawa, że dentysta więcej popsuje niż naprawi. Na szczęście dałam się namówić na otwarcie dziada i zaaplikowanie sterydów - i żyję. I mogę gryźć jak człowiek, nie wiecie, co to za radość!

Szlachetne zdrowie, nikt się nie dowie
Jako smakujesz, aż się zepsujesz
,

cytując Mistrza Jana. W każdym razie do Prabut jechałam z zapasem painkillerów w kosmetyczce oraz możliwością konsumpcji w pełnym wymiarze. Do tego z "Anną Kareniną", której omal podczas obu podróży nie skończyłam. Miny współpasażerów, kiedy pod nosem mamrotałam inwektywy pod adresem tego durnego Karenina /kurde, ale Karenin to był w "Nieznośnej lekkości bytu" i go kochałam!/ - bezcenne.

Lubię rodzinę Mes, chociaż ta dbałość o to, bym głodna nie chodziła, trochę mnie przeraża. Toż to niemal jak moja babcia. W porównaniu z warunkami w których ja kogoś u siebie przyjmuję... No, Mal coś o tym wie, o poszukiwaniach makaronu, obiadach w okolicach wieczoru i takich tam. A Niuch ma rolę w "Nie działa" za bezbłędne "Jestem alkoholem!"

- Imaginuj se, Rosja.
- Putin, kurwa.

Zabiło mnie to. Podobno pierwsza noc w nowym miejscu jest niezwykła, ale dla mnie niezwykły był raczej pierwszy poranek i dialog panów meneli o jakiejś niechrześcijańskiej porze. Wprawdzie do dziś dociekam, co mieli na myśli tak właściwie, ale ważne, że było to coś związanego z Rosją. Zresztą, motywy rosyjsko-polityczne pałętały się po scenie przez pobyt cały /a ktoś się dziwi?/, a to w postaci rzekomej opozycyjności Pielewina /nadal utrzymuję, że to jedynie chwyt marketingowy/ za dychę, a to w postaci gry w kółko i krzyżyk o materac, a to znowuż w naszych simsach nieszczęsnych. Nie ma to jak zrąbana rodzina w osobach:
a) Wujka Wowy Wszechmocnego - wcielenia zła, które knuje szatańską intrygę, nosi bieliznę we wiadomy wzorek i planuje karierę superszpiega
b) Joanny Andriejewny - neurotycznej, szalonej autorki, co to lata po parku w sukni balowej i ubóstwia wyżej wymienionego, jednocześnie rozwijając swą karierę przestępczą
c) Mestari Ghost Writer - pisarki z tendencją do wstawania lewą nogą, która cierpliwie znosi rozgrywające się w jej domu sceny dantejskie; przy okazji siostry Joanny Andriejewny
oraz
d) Widma Anny P. - martwej opozycjonistki zakochanej z wzajemnością w Wujku Wowie, która i chciałaby, i się boi, a na dodatek nie zwraca uwagi, że ukochany całą noc spędza pod drzewem z jakąś małolatą.

- Przepraszasz mnie trzeci raz w tym tygodniu. Wiesz, co to znaczy?
- Tak, Przywódco. To znaczy, że dziś jest środa.

Oglądanie "Radcy Stanu" z Mes owocuje kompletnym brakiem szacunku dla w/w filmu. "Erast Petrovich, marry me", rozmyślania nad pocztówkami z fotosami z filmu i takie tam, co nie? No i Grin, który w jakimś miejscu przypomina mi Griszę z Koni, tylko za czorta nie wiem, w którym. Mam z tym problem.

- Chciałam wyjść za mąż...
- Właśnie zabiłeś jej kandydata, palancie.

Pożarski zdechł. Mes i Joanna Andriejewna lubią to.

I nie pytajcie, jak przeczytałam, kopiąc w przecenionych knigach w kwidzyńskim Matrasie, nazwisko Putney. Generalnie nasze wspólne głupawki to już istne dzieło zniszczenia. Mes miała rację w "Wielkiej Intrydze Wszechmocnego" - skumulowane jesteśmy w stanie rąbnąć globalnym zwarciem. Na dodatek ktoś nam chyba przeprał mózgi, bo o ile dobrze pamiętam, na przełomie piątku i soboty na moment jakbyśmy się zamieniły poglądami na Wszechmocnego - znaczy, ja po nim jechałam, a Mes stwierdzała, że widzi w nim pozytywne cechy. To chyba wszech-władna łapa KGB. Starożytnego.**

Na dodatek przywiozłam z Prabut dziką wenę na dramat i nie mam kiedy jej spożytkować, bo pisanie w dzień nie wychodzi, a noc zostawiam dla "Przedstawienia". Chociaż dziś wyjątkowo zamierzam nocą... spać. A to dlatego, że umieram sobie cicho od wczoraj.

- Mamcz, źle mi. Smutno i w ogóle...
- To wzruszające, ale chodź już, bo autobusu nic to nie obchodzi.

Umieram sobie przez wypadek Leigh /Ojciec! Weź nie żartuj!/, przez frapującego maila /całe szczęście, że się wyjaśniło to nieporozumienie, zanim wpadłam w histerię/, przez pewne zawiłości na liniach towarzyskich i przez Marininą. Jak się okaże, że Łarcew nie wyżył, to ogłaszam strajk i nie czytam więcej tej pani... No dobra, i tak wszyscy wiedzą, że długo nie wytrzymam.

Wiadomości dobre /złe sobie darujemy/:
a) wychodzi mi brzdąkanie Vivo Per Lei
b) Przedstawienie toczy się, ale jednak postępuje
c) weekendy są zajefajną sprawą
d) w poniedziałek idę na polowanie
e) wysłałam CV w tyle miejsc, że gdzieś po prostu MUSZĄ mnie przyjąć. A jak tego nie zrobią, osobiście porozszarpuję im gardła


*tak Lill robi ruski po wizycie u Mes i nasłuchaniu się o panu P.
**I nic mnie nie obchodzi, że "starożytne KGB" powstało później, a konkretnie wczoraj, wskutek głupawki podczas oglądania Kung Fu Pandy 2 z Avil.

Lill, ta fioletowa 9/06/2011 20:22:22 [komentarzy 4] Jakieś pytania?

Stare papierki
2015
Marzec
2014
Czerwiec
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2013
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2012
Wrzesień
Lipiec
Czerwiec
Kwiecień
Marzec
Styczeń
2011
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2010
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2009
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2008
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2007
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń

Galeria twarzy
Kiimi
Ziemo
Jah
Avil
An-Nah
Garcinda
Ada
Schmittka
Cineva
Mal
Mestari

Autobiografia
(klik)

Notka
Zdjęcie na szablonie własne. Słowa też moje. Szablon przejściowy. Czcionka z Serwisu.
Chcesz coś? Poproś.