Zobacz wszytkie serwisy JOE.pl
blogiblog4u.pl blogiblogasek.pl katalog stronwjo.pl avataryavatary.ork.pl czcionkiczcionki.joe.pl aliasydai.pl, ork.pl, j6.pl tapety tapety.joe.pl obrazkiobrazki na NK
Online: ---
zdrowie i choroby nieruchomości na mapie
Pamiętnik pewnej Okrrropnej Kreatury.
Szablon

317. Opuść podłogę.

"Na pewnym etapie zerwanie znajomości wymaga więcej wysiłku niż jej podtrzymywanie."

Myślałam ostatnio o pewnej postaci, która z mojego życia znikła ładnych parę lat temu. Myślałam w kontekście tego, co powiedziałam komuś innemu - że odległość jest próbą dla znajomości i tych, które nie przetrwają, nie warto żałować, bo nie były dostatecznie dobre. Chyba wychodzę na hipokrytkę, ale ja czegoś podobnego zaczęłam żałować. Przeglądałam jakieś starocie /to chyba w ramach wspomagania nauki o sentymentalizmie i Karpińskim, któremu ptaszek nie śpiewa*/ i nagle sobie wszystko przypomniałam. Nocne rozmowy, gapienie się na autobusy, naleśniki i zachwyty nad pewną książką... I tak mi się jakoś pusto zrobiło, że tego nie ma i już nie będzie, wnioskując z tego, że przestałyśmy siebie poznawać na ulicy. Kto zawinił? Nie wiem. Pewnie my obie - i żadna z nas. Tak musiało być /i błagam, Młoda, nie dodawaj słów, które z pewnością cisną ci się na usta lub pod palce, kiedy widzisz to zdanie przed nawiasem/.


Słucham Verby. Nie robiłam tego od wieków - może być /przepraszam, rusycyzm/, że odkąd wyjechałam z Warszawy. I to też pamiętam, jakby było wczoraj. "Sacrum" w radiu, ostatni wieczór, kelnera-Selby'ego, łzy, płytę CD i noc na walizkach. Myśl jakoś sama odfruwa i do nocy parę tygodni wcześniej - do cudownego, czerwcowego powietrza, Kubicy, futbolu w wykonaniu Niemców, czerwonego koca i Maryli Rodowicz. Ale gdybyście mnie spytali, czy żałuję, że wyjechałam, to nie, nie żałuję. Gdybym została, byłoby inaczej - ale kto powiedział, że lepiej lub gorzej? Może nie warto się przekonywać, w końcu wszystkich istniejących możliwości nie sprawdzę, więc nie warto żałować szans, które musiałam odrzucić.


To takie dziwne. Jeszcze miesiąc i parę dni... A potem obudzę się ze świadomością, że nie ma niczego. Och, źle, to nie tak miało zabrzmieć. Będzie żużel, łapanie ofiar do wywiadów, norweski i joga. I pisanie, bo ono jest zawsze. Ale hej, gdzie się podziały ostatnie lata? Przemknęły za szybko, to wszystko jakby było wczoraj - bardziej niż dzisiejszy ranek pamiętam mecz w pierwszej klasie, podróże pociągami... i tamten jeden dzień, który zmienił świat bardziej niż wszystko inne. I jedyne, czego mi naprawdę żal, to że Wielkiego Końca nie doczekał ktoś dla mnie szalenie ważny. Czy byłby dumny? Zadaję sobie to pytanie od pół roku i nie potrafię znaleźć odpowiedzi. Chciałabym go odwiedzić, zapytać... Nawet jeśli nie usłyszę, co ma mi do powiedzenia. Tak musiało być.


To taki boski układ
Dać życie, ale szczęście ukraść
Czerwony dywan masz wyczyścić
Od najwyższych zbierać kieliszki
Zbuduj most - będziesz miał gdzie mieszkać**


Ironią losu jest, że w momencie, kiedy intensywnie zastanawiam się nad... właściwie to nad wszystkim... włącza mi się taka piosenka. Bo i faktycznie. Stoję sobie na rozdrożu z plecaczkiem, w plecaczku notesy, książki do przeczytania, kredki i takie tam duperele. Stoję i dumam, czy ja czegoś aby nie przegapiłam, siedząc w mojej pieczarze ze stosem literatury faktu. Niektórych już w tym momencie chcą - tak jak opowiadała pani prof. Ktoś ma miejsce na elitarnych kołach naukowych na SGH, komuś udało się dostać na wypasioną uczelnię na Wyspach, inni znowuż odnoszą sukcesy sportowe. Nie zazdroszczę, bo żadna z tych dziedzin nie jest moją. Pytanie tylko - co nią jest? Tak myślałam, że pisanie. Ale w sumie... W sumie to nie wiem.


W tej walce jesteś sam - nikt nie chce pomóc tobie
Możesz wygrać ją, tylko wybierz dobrą drogę


Menda Player ewidentnie mnie dziś nie lubi, że mi zasuwa takie ironiczne kawałki. A wracając do sedna - okej, rozumiem oburzonych. Sześć powieści /siódma w drodze/ to nie byle co... Tylko czasem już nie mam siły próbować się z tym przebić gdzieś dalej.Plan na życie? Zostać Wiecznie Niezrozumianą Artystką. Nie to stulecie mnie doceni, to następne - napisali w Brewiarzu Dyplomatycznym. No to wierzę, bo w coś trzeba.


A zanim przejdę do przyjemnego, mogę się jeszcze pożalić? Mogę, nie? Dumałam dzisiaj nad tym, że za miesiąc mam imieniny, a sytuacja odrobinę patowa jakby. Nie wspominam tu o tym, co mi włazi tego dnia. Chciałabym zrobić przyjęcie - dla wszystkich najbliższych osób, a ich się ostatnio namnożyło. W domu nie ma miejsca, na knajpę brak kasy, a przecież nie wezmę wesołego stadka na bulwar, bo wstyd. I wróciło do mnie najgłupsze z niespełnionych marzeń. Uwaga, słuchajcie, bo właściwie nikomu o tym nigdy nie opowiadałam, za głupie... Zawsze strasznie chciałam, żeby ktoś kiedyś urządził mi przyjęcie-niespodziankę. Żeby Ważnego Dnia zabrał mnie w jakieś miejsce, gdzie znajdę całą ekipę. Już nawet nie międzynarodową, nie fantazjujmy. Choćby tę lokalną, najmniejszą. I wiecie? Byłam święcie przekonana, że z takich głupich marzeń się wyrasta.


A teraz przyjemne. Trochę tego było w ostatnim tygodniu. właściwie on sam był jedną wielką przyjemnością, może poza zbijającym humor wynikiem Nickiego w dzisiejszym żużlistwie. Tak, strasznie chciałam, żeby Łaguty raz przyjechały na pięć-jeden - ale dlaczego właśnie z nim? Well, bywa i tak. Ale miało być przyjemnie, nie? No to przyjemności zaczęły się we wtorek od wycieczki do Warszawy. Wycieczki niezwykłej, bo w towarzystwie, z którym raczej nazbyt ścisłych kontaktów nie utrzymuję. Ale takie tripy mają swoje niezaprzeczalne plusy - wyspałam się /i to jak! w domu potem spałam 4 godziny, a i tak nie czułam się pod wieczór zmęczona/, przeczytałam prawie cały "Moscow club", napisałam całą stronę /pytanie - co za szaleniec będzie teraz te hieroglify odcyfrowywał?/... No i nikt mi nie marudził, kiedy latałam po Złotych, próbując sobie zorganizować samotną godzinę w Złotych. A potem to już się posypało fajne, jak to zwykle.


- Chciałaś słodkie, nie?
(Na widok rozgniecionej czekolady na przejściu dla pieszych)


Oczywiście, mówienie o sobie w trzeciej osobie przy ludziach jest mniej więcej tak samo podejrzane jak włażenie do kawiarni, zerkanie na menu i szybka ewakuacja. A lody różane to dobra rzecz, polecam każdemu. "Nędzników" też polecam, chociaż zabiła mnie scena, w której Valjean i Javert śpiewali JEDNOCZEŚNIE zupełnie co innego, efektem czego w ogóle nie szło zrozumieć, o co tym facetom chodzi. No i Cosette piała z początku. Ale poza tym bardzo sympatyczny musical, nie rozumiem maruderów. "Słuchaj, kiedy śpiewa lud" ciągnie się za mną do dziś z ogonem w postaci sceny samobójstwa /z której notabene najbardziej pamiętam, że jechało dymem/. Gdyby nie czaaaas***, poszłabym raz jeszcze.


W piątek zrobiło się takoż wesoło. Oczywiście, wiatr z Samoobrony przeszkadzał w rozmowie, złośliwa bestya. Kocham zimny piernik, kocham rajdy po księgarniach za Strelnikoffem i kocham pogaduchy z Hanią na wiklinie w Kona Coast. Przerażające, jak bardzo jesteśmy do siebie podobne. Chociaż okej, Hania nie ma autorytarnych zapędów / przynajmniej ich nie zdradza/. I raczej nie przeklinałaby na żużlu - nie to, co ja /uśmiech do Szwejkowych oraz Brata****/.


Sobota? Imieniny Prezesa! Połączcie sobie z tym, jak mnie panowie aktorzy przywitali /"Cześć, Dymitr!"/. I jestem tylko w połowie zła, skoro od Diabła w Majestacie Prawa wzięłam jedynie połowę eurów /nie czepiać się odmiany, mam ostatnio fazę na odmienianie tak wszystkich istniejących słów, łącznie z bryłami/. A Diabeł jest całkiem zły, bo już się nastawiłam na ostre rąbanie w Hirołsy.Rąbanie było w składzie okrojonym i wjechało nam oglądanie zdjęć z Paryża, które prowadzi do refleksji, że ja chcę jeszcze raz.Bardzo chcę. Jak wygram te miliony, to robię trip do Paryża. Ktoś chętny jechać ze mną?


I czwartek. Tak, wiem, niechronologicznie, ale ten czwartek najbardziej się za mną plącze. Pada. Duże, ciężkie krople spadają na głowę, kiedy mijam kościół. Rozbrzmiewają dzwony. Właśnie wyszłam z księgarni, mam we łbie dziwny pomysł na kontynuację "Przedstawienia" i jest mi po prostu dobrze. Nie rozumiem tego. Spełniają się marzenia, udaje się doczekać czegoś, na co czekałam tyle czasu - i czuję wtedy coś zupełnie innego niż podczas takiego zwykłego, samotnego spaceru po kocich łbach na Nowym Rynku. Kocham tę wiosnę, która mnie przepełnia. Łapię głosy ludzi, ściszam empetrójkę. Chcę być sam na sam z myślami i z tym miastem, które we mnie pulsuje. Może jednak warto przystanąć... może nawet warto zostać. Ale to pokaże czas. A w takiej chwili nie ma czasu ani przestrzeni. Jestem tylko ja, bezkresne niebo i zapach ulicy, którego nie potrafię opisać.


Deszcz przestaje padać. Zatrzymuję się, rozkładam ręce, zamykam oczy. Robi się cicho, tak cicho...





*"Kłócą powietrze ptaszkowie leśni / A mój mi ptaszek nie śpiewa" (F. Karpiński, Do Justyny. Tęskność na wiosnę)


**Verba "Życie"


***rozumiecie, ni?


****tak, tego cętkowanego



Lill, ta fioletowa 10/04/2011 22:03:40 [komentarzy 5] Jakieś pytania?

316. A po maturze...

A po maturze zacznę się uczyć norweskiego.
I wrócę do duńskiego.
A po maturze jeszcze raz przeczytałam "Potop", "Akademię Wampirów" i cała Musierowicz
A po maturze zajmę się na poważnie jogą.
A po maturze stanę się na powrót straszną, krwiożerczą dziennikarką.
A po maturze pójdę do pracy.
I oczywiście skończę "Przedstawienie"!

Jak tak dalej pójdzie, to zacznę się tego mojego pomaturza obawiać. Plany ambitne, ino nie wiem, co wyjdzie, poza tym, że szydło ze spodni, a koszula z worka... czy jakoś tak.

Cały ten tydzień był dziwny, szalony i zakręcony niczym świński ogon. Miałam tę notkę napisać tysiąc razy, tylko że ani razu nie wyszło, bo matura, bo choroba /choroba nie wybiera/, bo Wszechświat... A w sumie powinnam była napisać już w poniedziałko-wtorek, czyli dokładnie wtedy kiedy się obudziłam. Albo raczej - kiedy zostałam obudzona.

W sumie nieistotne, kto dokonał tego czynu - można tylko rzec, że nikt, kogo znacie. I pewnie nawet nie ma świadomości, że mi przewalił życie flakami na wierzch, a ja teraz muszę osobiście ten burdel sprzątać. Koniec końców, nie wnikając w okoliczności, pięknego wiosennego poranka zostałam brutalnie uświadomiona, że popełniam podstawowy błąd w założeniach. Oczekiwałam łatwej odpowiedzi na trudne pytanie. Oczekiwałam, że ktoś mnie za rączkę poprowadzi i pokaże, żeby myśleć tak, tak i tak. Tylko po jakie licho w takim razie zwracałam się do ludzi światłych, a nie do Wszechwiedzącego Szklanego Ekranu?

Teraz rozumiem, dlaczego większość świata nie buntuje się przeciwko tej ponurej manipulacji, na którą natykam się na każdym kroku. To wygodne - nie musieć myśleć samodzielnie. Nie mieć wątpliwości. Nie zastanawiać się. Moja linia dumania nad wszystkim, linia wiecznej niepewności i przyjęcia, że prawdy jako takiej nie poznam to trochę jak nieuleczalna choroba. Mogę łagodzić objawy, mogę zagłuszać wahanie, ale to wszystko z biegiem czasu będzie się tylko pogłębiać. Tyle dobrego, że mam świadomość, w jakie bagno się wepchnęłam... i chyba nie chcę zeń wychodzić. Jeszcze nie teraz. 

Mam trochę zryty humor. Po pierwsze - przeziębienie. Kicham jak odrzutowiec, gardziel to już martwa jest, a na dodatek zaczęłam kaszleć ekologicznie /czyt. na zielono/. I głuchnę od czasu do czasu, co o dziwo bywa nawet przydatne - np. na konkursie, kiedy w sali od decybeli aż się roi. Po drugie - na tymże konkursie jak zwykle zdobyłam 75 punktów i jak zwykle było to za mało. Ergo -po co ja się uczyłam? Po trzecie zaś - czytelnicze objawienie tego tygodnia znienacka przemieniło się w czytelnicze rozczarowanie tego tygodnia, w związku z czym czuję się, jakbym dostała w łeb obuchem i wierzcie mi, to nic przyjemnego. Ale konkrety, konkrety...

Pożyczyłam z biblioteki "Wagon Rosja" Kluczariowej. Nie wiedząc, co to, ale katalog wypluł ten tytuł na hasło "Rosja" /razem z 958 innymi, ale o tym cicho-sza/, to wzięłam. I miałam nie powiem co, ale kto czytał "Przebiegum życiae" powinien skojarzyć, jakie określenie mi się na usta ciśnie. Dawno nie czytałam niczego równie zrąbanego, ćpuńsko onirycznego i poplątanego bardziej niż słuchawki od mojej mpty. A na dodatek pociągi, a ja przecież pociągi kocham miłością świra i fanatyka. Ogólnie powieść była super... do czasu pojawienia się Polityki. Tak, teraz możecie na mnie spojrzeć podejrzliwie, czy abym nie chora albo czy to nie kolejny dowcip primaaprilisowy. Ale nie. Z polityką dla mnie jest jak z czekoladą - kocham ją, ale nie ze wszystkim da się ją zjeść. "Wagon Rosja" z polityką był jak czekolada z kurczakiem. Jedno i drugie jest super, tylko razem wychodzi coś niestrawnego. Nie pasowało do klimatu... ani do niczego. Jedynie zamach na prezydenta mi się podobał, ale to z pobudek osobistych.

Mam fazę na żużel, tak z okazji niedzielnego rozpoczęcia e-ligi. Tłumikgate jest wprawdzie poniżej krytyki /i nie wywołuje niczego poza pustym śmiechem/, ale jeśli spuścić zasłonę milczenia na kwestię sporów na poziomie piaskownicy, szantaży i podgrzewania atmosfery przez paru pismaków, to kciuki w górę na okazję żużla. Pamiętacie, nie? Mogę mieć przelotne romanse z polityką, sztuką współczesną czy zaawansowaną matmą, ale prawdziwe miłości są tylko cztery. Tak, tak, niech żyje mój poligamiczny związek z literaturą, żużlem, Rosją i Skandynawią.

Z Rosją wiąże się faza numer dwa. Zaczęłam otóż zdradzać niecnie Petersburg. Bo to piękne miasto i w ogóle, i większość pocztówek, które dostaję, właśnie stamtąd pochodzą... ale Petersburg nie ma Kreml. A Kreml to ja obecnie mam na tapecie /na kompie, bo na komórce to KGB/ i w ogóle, och-ach, mam fazę na czerwoną cegłę i białe mury, i basztę Zbawiciela. Nawet dla niepoznaki przewróciłam kartkę w kalendarzu, żeby aż tak nie było tej obsesji widać.

Trzecia faza - MAAAATMA. Wzory Viete'a dla wielomianów trzeciego stopnia. I kule opisane na ostrosłupie.

- Śpisz?
- Nie.  Myslę.
- A nad czym ty myślisz w środku nocy?
- Jak wyliczyć promień kuli opisanej na ostrosłupie.

Dokonałam odkrycia, że najlepszy sposób na wyciągnięcie ze mnie ukrytego geniuszu matematycznego to rozwiązywanie zadań podczas... oglądania wiadomości na stronniczym /wedle słów Aleksieja/ kanale. Jo-auto /"Nie wiem, dlaczego pan wymyślił taką nazwę, ale jest... hmmm... niezła"/, podróże jo-autem /"A nie rozwali się po drodze?"/, Miedwiediew w Comedy Clubie /muszę dorwać na YT "Piosenkę o prezydencie"!/ i przejęzyczenie prezentera. It makes my day, ach ach! Kocham NTW, choćby było nie wiem jak stronnicze.

A "Przedstawienie" ostatecznie zmieniło kierunek ze śmietnikowego na bardziej przyjazny. Może to nie jest taka głupia historia...



Lill, ta fioletowa 1/04/2011 20:20:35 [komentarzy 5] Jakieś pytania?

Stare papierki
2015
Marzec
2014
Czerwiec
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2013
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2012
Wrzesień
Lipiec
Czerwiec
Kwiecień
Marzec
Styczeń
2011
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2010
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2009
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2008
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2007
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń

Galeria twarzy
Kiimi
Ziemo
Jah
Avil
An-Nah
Garcinda
Ada
Schmittka
Cineva
Mal
Mestari

Autobiografia
(klik)

Notka
Zdjęcie na szablonie własne. Słowa też moje. Szablon przejściowy. Czcionka z Serwisu.
Chcesz coś? Poproś.