Zobacz wszytkie serwisy JOE.pl
blogiblog4u.pl blogiblogasek.pl katalog stronwjo.pl avataryavatary.ork.pl czcionkiczcionki.joe.pl aliasydai.pl, ork.pl, j6.pl tapety tapety.joe.pl obrazkiobrazki na NK
Online: ---
zdrowie i choroby nieruchomości na mapie
Pamiętnik pewnej Okrrropnej Kreatury.
Szablon

315. Dyfuzja nie taka prosta.

Gdy zamkną się oczy wielkich miast
Kiedy imperiom zabraknie sił
W mroku zostanie tylko blask gwiazd
Zostanie cisza i kosmiczny pył
Nie będzie prawdy - mojej czy twojej
Ani nagłówków krzyczących w tłum
Staniemy nadzy przed obliczem Boga
Historia i czas wyśmieją błahość naszych słów

Czego się boicie? Aaa, prawdy się boicie? No i bardzo dobrze! Prawda to jest dziki zwierz, duży, groźny i na pewno gryzie. Nie chcielibyście jej spotkać w ciemnym zaułku... Tylko jest mały problem. Bo z prawdą to jak z yeti - wszyscy wiedzą, że lepiej mu w drogę nie wchodzić, ale nikt go nigdy nie widział. Prawda sobie jest, ino siedzi w kącie przycupnięta, liże łapę i stara się wyglądać na terrorystów*. Tyle ftemacie.

Czasem odnoszę nieodparte wrażenie, że w moje życie bezustannie miesza się jakaś Wszechwładna** Siła i że moje życie w ogóle nie jest moje, tylko wynajęte. Mogę sobie obrazek na ścianie przywiesić, ale wyłącznie na już zamontowanym gwoździu. Mogę od czasu do czasu nawet meble przestawić, ale pozbyć się czegokolwiek nielzia. Ciska mną z kąta w kąt, wciąż i wciąż powracam w te same miejsca, a logiki w tym za grosz. I wiecie co? Skoro już wrzucono mnie do rzeki i skoro jakimś dziwacznym cudem nie utonęłam, nie zamierzam walczyć z prądem. Co ma być, to będzie. Podryfuję trochę i zobaczę, co z tego wyniknie. Bardziej ten prąd niż ja sama nie namota, nie ma obaw.

Wyczerpawszy racjonalne drogi rozwiewania wątpliwości, zwróciłam się w środę tudzież czwartek ku drogom nieracjonalnym. W sumie nie powiedziały nic poza szczerą prawdą - dobra droga, wątpliwości co krok, widzę więcej i walczę samotnie. Romantyczny ideał się kroi, nie ma to tamto. Przy okazji przepowiedziano mi pomoc z niespodziewanej strony - jeśli taką jak ostatnio, biorę w ciemno. Byleby doczekać świąt /bo mam nadzieję, że wróżba mówiła o świętach wielkanocnych/, to może i jakaś rada się znajdzie.

Ostatni tydzień był tak barwny, że aż nie wypada nie powspominać, choćby skrótowo:

Piątek.

Nie ma to jak produkować się na temat celowości bytu jedynej osobie, która nie powie mi "zamknij się, dziecko, bo pieprzysz od rzeczy" /chociaż "nie kocham cię" jako argument w dyskusji brzmi nie powiem, całkiem nowatorsko/. I nie ma to jak rozczarowanie rosyjskimi wiadomościami, a konkretnie tym "że księdza nie było". A do tego film ze studniówki - i oczywiście kamera musiała mnie złapać w najbardziej kretyńskim momencie wszechświata, jak paplałam i machałam łapami bez ładu ni składu. Wot moja żyzń.

Sobota.

Z rzędu autobusów na dworcu wyjeżdża jakieś małe, niepozorne cuś.
- Patrz, ha ha ha, to nasze pks!
Małe, niepozorne cuś podjeżdża nam przed nos, świecąc w oczyska wielkim napisem "Toruń".
- To JEST nasz pks.

Szału nie było, kompromitacji takoż. A wycieczkę miałyśmy fajną - starymi trasami, wzbogaconymi o "odzież używaną Henryka Sienkiewicza" czy "ksero bez zgody współmałżonka". Lubię wypady z Młodą do Bydzi, choćby miały zaczynać się o jakiejś niechrześcijańskiej porze.

- Pan ochroniarz lubi żużel?
- Mi to tam wszystko jedno.
- Bo pan ochroniarz jest z Zawiszy!
- No ale nie aż tak wszystko jedno!!!

Podoba mi się nowy hymn Apatora. Wreszcie coś, co można wyć wspólnie, co wpada w ucho i optymizmem wieje. A Chris zamarzający na scenie w tych syberyjskich temperaturach rządzi. /Podobnie jak plota, iźli Rune ma studiować polonistykę na UMK. Wiecie, szkoda, że to tylko plota.../

Niedziela.

Z moją mikrą orientacją w terenie, bez mapy i bez pytania, trafiłam do fortu, wysiadając dwa przystanki za wcześnie. Kto przebije?

A koncert był cudowny i do dziś za mną Kalinka lata do spółki z białoruską pieśnią weselną. Tylko czemu przez prawie wszystkie utwory prześladowało mnie całkiem niezrozumiałe deja vu?

- I co, lepiej śpiewa od Wołodi?
- Yyy... To się nie da porównać.
/Nie lubię trudnych pytań. To było trudne./

Poniedziałek.

Złe miłego początki, czyli wstawanie w środku nocy, a pfuj, nie lubię. Złe miłego początki, czyli Dżuma na trzech polskich, przy czym Dżuma mi się zaczęła mylić z Książką - epic fail. A miłe? No, pobyt w Bajce... i trzy pocztówki, w tym jedna przenajcudowniejsza na świecie, z Holandii, z pseudożużlowcem, którego urok i czar powalił mnie dosłownie. Mała rzecz, a cieszy.

- Coś jeszcze?
- Tak. Chciałabym przedłużyć Zmartwychwstanie.

Wtorek.


Organizm nic sobie z moich planów ambitnych nie robi i zafundował mi obniżkę formy. Zamiast dwóch książek, czytania o Czeczenii*** /potrzebuję do Przedstawienia/, pisania i innych form aktywności wszelakiej miałam czterogodzinną wyrwę w życiorysie w postaci porąbanego snu z carem Michałem III w roli głównej /to przez krystalizującą się wizję dzieła roboczo nazwanego Marika/ oraz mną w roli agentki /Aksjonow rzuca się na mózg/. Nie powiem, sen fajny, chociaż nie do końca o to przecież chodzi... /Uśmiech do wtajemniczonych w niecne praktyki Joanny Andriejewny/.

Trafiłam do raju. Tylko czemu musi tam być tak drogo! Gdybym przypadkiem wygrała te miliony w totka, pierwsze co, to lecę do Raju i każę sobie zapakować cały regał z literaturą dotyczącą współczesnej Rosji. Tak, Mes, książki z okładką prawdopodobnie generującą nieprzyzwoite sny również. A co! Jak szaleć, to na całego.

Albo po prostu gorączka przeżarła mi mózgowie i wyżarła zeń coś takiego jak matura. Może to i lepiej...


*Geneza tekstu - pewien dialog z Nie Tak Świeżu Upieczonym Posiadaczem Licencjatu, przechodząc koło ambasady Iraku:
- A jak nas wezmą za terrorystów?
- Przecież nie wyglądamy na terrorystów!
- Terroryści zazwyczaj nie wyglądają na terrorystów.
- No to prosta logika. Wyglądajmy na terrorystów, to nic nam nie zrobią.

**żeby nie napisać - wszechmocna. Chociaż z etymologicznego punktu widzenia wszech-władna ma sporo wspólnego z wszechmocną. A dlaczego, to widać gołym okiem. Nawet nieuzbrojony tasiemiec to zauważy.

***czytanie o Czeczenii jest o tyle kłopotliwe, że jedyne, co posiadam ftemacie, to Reitschuster, a jego ze względu na stronę wizualną oraz niską priorytetowość /oraz gabaryty za duże/ walnęłam na dno stosu. Jak stos się zawali, to nie wiem, kto to będzie przez trzy godziny układał.



Lill, ta fioletowa 22/03/2011 22:34:32 [komentarzy 3] Jakieś pytania?

314. Cisza

Komu ufać, kiedy siły brak
W co mam wierzyć, gdy oszukał świat
Komu zamknąć drzwi przed nosem
Czego strzec jak oka w głowie
Gdzie jest ta właściwa droga
Ile fałszu w czyich słowach...


Wszystko jest po coś. Nie ma przypadków - tylko coaching. Potrzeba i tej zepsutej w porę empetrójki, i szarego nieba za brudną szybą... I rocznego limitu łez wyłkanego w ciągu niespełna doby. Ryczałam tak długo, aż zapomniałam powodu. A może nigdy nie istniał żaden konkretny? Może po prostu chodziło o ten zły ładunek emocjonalny, o kłody od złych ludzi, o negatywną energię i o moje prywatne rozczarowanie /a może nie? może nie wszystko stracone?/? Nie wiem i chyba nawet nie chcę znać szczegółów. Rozdrapywanie ran już pewnie nic nie da, poskutkuje jedynie szybszym wyużyciem zapasów waleriany. Tyle tytułem wyjaśnienia.

A po całej tej burzy, bo zawieruchach i dwudniowym piekle... przyszła cisza. I spokój tak nienaturalny, że aż z trudem się w nim odnajduję. Leniwe popołudnie. Herbata miętowa, babcina drożdżówka, zaśliniony Rudzielec na dywanie. Książka Morawieckiego. Wypłakałam wszystkie łzy, więc przyszło wyciszenie. Siedzę i dumam, już na spokojnie, bez krzyku, przemyśliwuję To Wszystko. To moje rozczarowanie i mój sukces, zadania, które nagle zaczęły wychodzić, słówka, których nie pamiętam... Potrzebuję czasu. Wiem, czego chcę - wiem nawet, jak to osiągnąć. Ale muszę mieć czas i spokój, muszę zaplanować każdy krok, każdą nutę tej symfonii, żeby nie wkradł się fałsz. A że potem wyjdzie jam session jak zwykle, to zgoła odmienna kwestia.

Wczoraj poczułam że żyję. Nie rano, bo na ranek najlepiej w ogóle spuścić zasłonę milczenia - ale po południu/wieczorem. "Dżuma i uprzedzenia" /za tytuł dziękuje się Dorosławie/, batalia w wormsy /i jak zwykle wszyscy przeciw biednemu żuczkowi fioletowemu.../, chipsy z herbatnikami i wąchanie soku. No i obmyślanie epickiej pomaturalnej podróży, na którą ostrzę sobie zęby od dawna. I ten powrót - najpiękniejszy w świecie. Nim towarzystwo wyciągnie błędne wnioski, jakobym bardziej od samego spotkania ceniła to, że z niego wyszłam, spieszę z wyjaśnieniami - było bosko i tego nie da się ukryć, czułam się cudownie... Ale potrzebowałam tej ciszy. Nocy i rozświetlonego balkonu. Czarnego kota i "Szyby" w jedynej czynnej słuchawce. Potrzebowałam pozbierania myśli i odtworzenia wizji Wszechświata.

A potem zrobiło mi się jeszcze weselej, kiedy porą zdecydowanie niechrześcijańską poprawiałam "Ostatnie takty", wertowałam po raz kolejny "Przywódcę" i kiedy znalazłam żelki, sięgając po dyktafon. TE żelki, które mi zaiwaniono dwa tygodnie temu. Chyba nie tylko Młoda ma na chacie Widmo.

- Mama mi powiedziała, że nie zdam matury.
- Fajne ma poczucie humoru. Specyficzne.

Cieszę się. Tak po prostu się cieszę, że są jeszcze tacy, którzy wierzą. Mało że wierzą - ciągną za uszy i podszeptują, że robię dobrze. Kryzys światopoglądowy w związku z Prywatnym Rozczarowaniem* uderzył we mnie z całą mocą i chyba rzuciłabym w diabły to, co robię... Ale nie wolno. Bo ktoś już wierzy, ktoś już mi powiedział: "Nieważne, co mówi świat. Jesteś zdolna, dziewczyno, wykorzystaj to - nie tak, jak chcą inni. Tak, jak ty to czujesz".

Więc choćbyście wszyscy mówili czarne, to ja posłucham tej intuicji, która szepcze, że jednak białe. Bo jeśli ma się zawalić, niech się chociaż zawali po mojemu - i niech wcześniej mam z tego jakąś przyjemność. Najwyżej sobie w łeb strzelę**.

Najprzyjemniejsza wiadomość tygodnia zamieniła się w najmniej przyjemną wiadomość tygodnia, mój radosny wosowy happening nie wyszedł z przyczyn niezależnych od autorki, a w Japonii tsunami. Zajecudowne perspektywy. Telewizorni też się coś poprzestawiało. Ja rozumiem, poszła elektrownia atomowa - co wszyscy zresztą przyjęli ze spokojem, aż mnie to przeraża - ale to nie powód, żeby świat stawał na głowie. Króla na trasie dogoniono i przegoniono, a przeca to Król winien gonić i przeganiać. A w rosyjskich wiadomościach to w ogóle bolszaja rozpierducha. Przywykłam do określonej kolejności wydarzeń: Libia-coś tam-Miedwiediew-Putin. Tymczasem w związku z Japonią dzisiaj Libii nie było w ogóle, Putin się wcisnął przed szereg, a o Miedwiediewie ino napomknęli. W związku z tym czuję się nieswojo, czyt. jakbym w ogóle tych wiadomości nie oglądała. Pozbawianie mnie rytmu /podstawy wszechświata/ jest paskudne w sposób paskudny.

- Nie zajmuj się pisaniem. Postaw na maturę!
- Tak, matura-matura-matura, rzygam maturą. Nie mam prawa do życia poza maturą?!
- Masz. Rób coś, co cię odpręży.
- Pisanie mnie odpręża.
- Pisanie cię wykańcza! Nie wiem, pokój wysprzątaj...

Dlaczego pół świata uparcie mi wmawia, że wie, co jest dla mnie najlepsze? Guzik wiedzą. I nie przyjmuję tłumaczenia "znam cię od urodzenia". Ja siebie też. Wmawia mi się, że nie przyjmuję niczyich uwag krytycznych - ale jak mam przyjmować uwagi oparte na "bo znajoma znajomej mojej znajomej, która tam była 20 lat temu, tak powiedziała". Bardziej jestem skłonna uwierzyć Morawieckiemu, który wydaje się czuć temat wyśmienicie. Pojechał po histerycznej polskiej żurnalistyce, pojechał po Ołówku Średniotwardym - nic, tylko go wielbić! To chyba w ramach rekompensaty za Rozczarowanie za 19 Złotych.

Z wiadomości wybornych /dla równowagi, bo na upartego można pod złe podciągnąć połowę powyższego/:
a) na podyplomowych na UMK jest specjalność edytorska!
b) z "Pokaż nam język" zrobiłam 32 punkty na 40
c) mam pierwszą stuprocentowo wolną niedzielę od wieków
d) znalazłam Książkę! Wyczaiłam ją w otchłani Globalnej Wszechsieci i się zachwycam. I to nie jest rozczarowanie w najmniejszym stopniu. Chociaż śmiszna byłam ciutkę, kiedy, znalazłszy dzieło, stwierdziłam: "Boże drogi, ale to po rosyjsku jest. Nie znam rosyjskiego. Nie dam rady przeczytać". Ej, ludzie, podstawy gramatyki mam ogarnięte, słownik /rozpadający się wprawdzie i produkcji radzieckiej, ale zawsze/ na podorędziu jest, no to jedziemy. Jeden rozdział wchłonięty, a zachwytom nie ma końca. Strasznisto.

I nawet jeśli ta łajba faktycznie jest dziurawa i pójdzie na dno szybciej niż zdążę zmówić pacierz, nawet jeśli "Przedstawienie" nie ma sensu ni odbicia w rzeczywistości /a dlaczego nie? piszę o czymś, co MOGŁO się zdarzyć... i chyba lepiej, żeby się jednak NIE ZDARZYŁO/, a śledzący mnie na twitterze Rosjanie to ci z sexy-organizacji, to mnie to wszystko nie obchodzi. Jak tonąć, to z klasą - i po mojemu!

Cierpienie uszlachetnia? Wypisuję się zatem ze szlachectwa, cierpieć nie zamierzam. Chyba że za MOJE idee.

Lill, ta fioletowa 12/03/2011 20:21:59 [komentarzy 5] Jakieś pytania?

313. Patrz, do historii chce blaga z dowodem twym przejść.

Dzisiaj położę się wcześniej...

Dziękuję za taką wczesność. W efekcie poszłam spać o drugiej, a i to tylko ze względów przyzwoitości, bo najchętniej pisałabym do rana. Ale przepraszam bardzo, jak się przez cztery dni z rzędu niedosypia, z reguły kończy się rzecz ponuro. Poszłam więc spać rozweselona jak po dobrej wódzie /ale nie lepsza w dżudzie/ i z głębokim przekonaniem, że we śnie ganiać mnie będą Przywódcy wszelkiej maści /a paru ich w "utworze scenicznym" się pojawiło/, co oczywiście nie miało miejsca. Kiepski ze mnie jasnowidz.

Odhibernowało mnie. Ja nie wiem, co to jest, czy to pogoda /wątpliwe, bo łeb boli masakrycznie/, nocka twórcza /w ciągu czterech godzin powstało ponad dwadzieścia stron/ czy inspiracja zwycięstwem Northuga na pięćdziesiątkę... To ostatnie by było najbliższe, tylko Northug wygrał już po antyhibernacji. W każdym razie - powróciłam do żywych. Powróciłam do siebie. Wróciłam z bardzo, bardzo dalekiej podróży, zintegrowawszy inter- i eksterego. Jak mi się to udało, skorom półprzytomna, mylą mi się klawisze /Młoda coś o tym wie/, mam głupawkę nie-wiadomo-czemu i ogólnie nie nadaję się do niczego, a do myślenia najmniej, pozostaje zagadką Wszechświata.

Może to po wczoraj, chociaż w kontekście konkursu uprawiam zaawansowane czarnowidztwo... Albo raczej - na wiele nie liczę. Żal, bo było banalne, a poległam i tak. Chociaż słodki temat wypracowania się trafił - program partii politycznej. Oj, kochani, nie prowokujcie. Przecież ja już postanowiłam, że nie mogę się dorwać do władzy, bo zaprowadzę rządy autorytarne. Państwo będzie funkcjonowało niczym szwajcarski zegarek - tylko z demokracją się można pożegnać. Wątpię, czy społeczeństwu by to odpowiadało, nawet za obietnicę postępującej prosperity. Na razie terroryzuję tylko wszystkich, z którymi jestem w grupie na jakimkolwiek projekcie - ale może chociaż jakie pozytywy z tego wynikną.

Sfokusowanie się na jednym celu jest potwornie potworne w sposób potworny. Tak się skupiłam na tej sprawie z wydawnictwem i tak ją zupełnie niepotrzebnie przeżywałam, że dopiero wczoraj - kiedy stwierdziłam, że wydawnictwo mi wisi, bo jak mam być wielka, to będę i bez ich pomocy - odblokowało mnie na sygnały spoza wielkiego y dramatycznego świata moich niespełnionych ambicji. Przypomniałam sobie, co pani O. mówiła o moim opowiadaniu porzuconym w pokoju nauczycielskim, przypomniałam sobie pochwały chłopaków na IP, przypomniałam sobie wreszcie "pod gradobiciem pytań" na niemieckim chyba-w-piątek /a może w czwartek, nie pamiętam w sumie.../. I zrobiło się jakoś cieplej.

Razem ze śniegiem topnieje ten lód, który mnie skuwał. Zła energia goryczy zaczęła się przemieniać w tę pozytywną, która zmusza do śpiewania i wizualizowania sobie teledysku do utworu quasi-operowego, rzekomo elementu soundtracku do "Przedstawienia". Wydzieram się teraz na całe gardło, śpiewam "Sen Katarzyny II" i rodzi się we mnie przekorne poczucie absolutnego szczęścia, chociaż zapewne nie potrwa ono długo. W końcu od jutra zaczyna się "słynna pięćdziesiątka" vel ostatni etap przygotowań do matury. Nie chcę, nie lubię, ale co tam - damy radę, bo jak nie my, to kto?

Ostatni raz wyspałam się w środę, bo zdezerterowałam ze szkoły, sprawdzianu "z lew człowieka" i ogólnie wytarłam się złym samopoczuciem w celu złapania oddechu. Od tamtej pory - czwartku nie pamiętam, soboty nie pamiętam /zwłaszcza wieczoru, ale o tym za chwilę/, natomiast piątek pamiętam nadto dobrze.

Frajerstwo ze mnie wylazło w piątek. Tak ciotowato przerżnęłam w bilard, że nawet nie pamiętam, ile do ilu, ale na pewno dużo do mało. Napiszę podręcznik "jak przegrać wygraną partię". A poza tym nie jestem w stanie oglądać rosyjskich wiadomości bez dzikiego chichotu, bo mi się natychmiast przypomina "Bin Laden z krzyżem na głowie" /"On ma to wmontowane na stałe?"/, "Władimir Pudzian" i po co Putin obejmuje mównicę. Ja nadal uważam, że w domu ciepła mu brakuje, noale... No, generalnie beczę ze śmiechu, a jeszcze jak w dodatku opowiadają o Polaku, co to, o ile dobrze zrozumiałam, opatentował godło Ukrainy... To headshot większy niż ludzie w panterkach w pamiętnikach Jelcyna.

Dużo mi dała wczorajsza rozmowa z Młodą i to, co wynikło z rozmowy, kiedy wracałam do domu w takt rzewnych piosenek na mp3. Zdałam sobie sprawę, że to, co robię, ma sens, jakkolwiek świat by tego nie widział. Nawet jeśli podstawowe założenie warstwy dosłownej jest błędne, a Adresat mnie wyśmieje, "Przedstawienie" ma sens. Tylko żeby wyszło to, co wyjść ma... Swoją drogą, dziko chce mi się przerobić demonstracje pod koniec "Przedstawienia" w coś bardziej krwawego. Za dużo się u Zieńkowicza i Jelcyna naczytałam o dwóch puczach w latach dziewięćdziesiątych i mnie wzięło na udramatycznianie na siłę. Ino wiem, że to nie wyjdzie - bo fikcja zawsze przegra z rzeczywistością. "Notatki prezydenta" pochłaniam z zapartym tchem i aż żal mi przerywać na przepisanie fragmentu czy skrobnięcie komentarza w kończącym się notesie. Czyta się jak dobrą powieść - Jumaszew odwalił genialną robotę.

Chociaż oczywiście ja bym chciała się dorwać do czegoś innego i chyba naprawdę poproszę Iwana o zorganizowanie "czegoś innego". I Daszkowej do kompletu, skoro już mówimy o knigach ruskojęzycznych. Nawiasem mówiąc, Iwan przerwał milczenie nareszcie. Tylko szkoda, że i on nie ogarnia reformy szkolnictwa - bo chciałabym wiedzieć, na czym stoję.

Interwał. Ogłoszenie płatne.
Mam coraz lepszy humor, ale gdyby ktoś chciał mi go jeszcze bardziej poprawić, proszę o przesłanie "Prezydenckiego maratonu" Jelcyna. W formie papierowej, rzecz jasna. Adres znacie *uśmiecha się słodko*
[/interwał]

Słucham naprzemiennie "Snu Katarzyny II" /kiedy potrzebuję czegoś wesołego/ i "Prawdy i blagi" /w chwilach powracającego zgorzknienia/. Słucham i zupełnie niezrozumiałym przypadkiem /a może to w ogóle nie ma związku/ zaczyna do mnie docierać, na co się porwałam. Nie mogę, nie wolno mi napisać tak wystrzałowego zakończenia, o jakim marzyłam. A wiecie dlaczego? Bo chodzi o nadzieję.

Do licha! Piszę tę historię od ponad dwóch miesięcy i dopiero teraz to zrozumiałam w pełni. Chodzi o nadzieję, o radość, o energię przeciwko inercji... Więc po prostu nie mogę skazać bohaterów na bierność, bo dekoracja posypie się na amen. Cudownie - nie mam kontroli nawet nad tym, co piszę. To się tworzy samo, beze mnie.

Albo po prostu wymyślam to w moim alternatywnym wcieleniu. Tym, które ma 48-godzinną dobę.

Może to jakieś wyjaśnienie...

Lill, ta fioletowa 6/03/2011 20:40:15 [komentarzy 6] Jakieś pytania?

Stare papierki
2015
Marzec
2014
Czerwiec
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2013
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2012
Wrzesień
Lipiec
Czerwiec
Kwiecień
Marzec
Styczeń
2011
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2010
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2009
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2008
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2007
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń

Galeria twarzy
Kiimi
Ziemo
Jah
Avil
An-Nah
Garcinda
Ada
Schmittka
Cineva
Mal
Mestari

Autobiografia
(klik)

Notka
Zdjęcie na szablonie własne. Słowa też moje. Szablon przejściowy. Czcionka z Serwisu.
Chcesz coś? Poproś.