Zobacz wszytkie serwisy JOE.pl
blogiblog4u.pl blogiblogasek.pl katalog stronwjo.pl avataryavatary.ork.pl czcionkiczcionki.joe.pl aliasydai.pl, ork.pl, j6.pl tapety tapety.joe.pl obrazkiobrazki na NK
Online: ---
zdrowie i choroby nieruchomości na mapie
Pamiętnik pewnej Okrrropnej Kreatury.
Szablon

312. "Żeby częściej Wszechmocny dostrzegał"*

Mówią, że ktoś tam o prawdę zaciekle wojuje
Lecz w jego mowach tej prawdy nie widać ni krzty

(Władimir Wysocki, "Prawda i blaga")

Miałam przedwczoraj sny. Całe cztery.

W pierwszym siedziałam na Dworcu Głównym, co jest o tyle podejrzane, że na samym dworcu nie byłam od wieków, a w okolicy nie kręciłam się od piątku. Niemniej, był dworzec i byłam ja na dworcu. Zastanawia mnie za to, co tam robiłam. Otóż usilnie próbowałam czytać "Notatki prezydenta", w czym wydatnie przeszkadzał mi... duch Jelcyna, który postanowił wrócić na ziemię, żeby napisać o moim metalowym zębie /tudzież czymś-pod-ząb/. Jakby nie miał lepszych tematów... Tymczasem pan P. /nazwisko do wiadomości świerszczowej redakcji/ oraz pan M. /ale nie ten od cmentarnej piosenki i gasnących zniczy/ kłócili się... na jaki kolor mam pomalować pociągi! Na czerwono czy na niebiesko! W dodatku kłócili się po rosyjsku...

Wniosek: Koniecznie trzeba odwiedzić Starą Ciotkę** pt Dworzec, bo skoro nawet podświadomość mnie tam wzywa, to może coś znaczyć /a dworzec według sennika po Babce Bezprawnej ma same pozytywne znaczenia; pociąg pośpieszny podobnie, a wszystkie do pomalowania były pośpieszne/.

W drugim poszłam na cmentarz. Siedziała tam Młoda i czytała na głos "Miasteczko", pochlipując w chusteczkę z monogramem, co jest o tyle dziwne, że:
a) w życiu nie widziałam u Młodej chusteczki z monogramem
b) "Miasteczko" nie należy do tekstów szczególnie wzruszających. Rzekłabym, iż nie należy do wzruszających w ogóle.
Mnie tymczasem kazano... wstawiać krzyże. Szedł pogrzeb za pogrzebem, a ja utykałam po dołkach te drewniane krzyże i zastanawiałam się, co za idiota zlecił mi tak bezsensowną robotę, bowiem każdy krzyż ktoś natychmiast kradł. Niemniej, szłam dalej, a koło mnie leciał duch dziadka /doprosiłam się, tylko czemu mnie te duchy tak prześladują?/.

Wniosek: Kierownictwo życzy sobie chyba, żebym i na cmentarz się wybrała. Ciekawe, kiedy, skoro ja nie mam czasu ani się wyspać, ani porządnie ogarnąć niemieckiego. Nie miała baba kłopotu, dostała się do drugiego etapu... /Jeszcze niech Obiekt zwany roboczo SzD zgłosi akces do Niecnych Praktyk Moich, uznam ten drugi etap za istny dopust Boży/.

Trzeci i czwarty były bez sensu totalnie, więc warto wspomnieć o nich tylko w kontekście trucizny, którą częstowała mnie pani Sz., co znaczy chyba, że nie powinnam się z tą kobietą zadawać. O losie, jest to trudne cokolwiek, bo ona nie z tych, z którymi dziś rozmawiałam prawdopodobnie ostatni raz w życiu.

Z notatek szkolnych: krótka rozmowa między Panem /Profesorem/, Wójtem /Ania/ a Plebanem /w tej jakże zaszczytnej roli niżej podpisana/:
Pleban /ftemacie praw człowieka na wosie i nie tylko/: BYCIE W KGB JEST SEXY!***
Wójt: Co jest?
Pleban /elokFentnie/: SEXY!
Wójt: Ale co jest sexy?
Pan: Ania, o czym ty myślisz?
Pleban + The Dorsz: O byciu w KGB!

Do tego mam fazę na Wysockiego i kurtki z futerkiem, jakkolwiek średnio się te dwa tematy łączą. To znaczy, owszem, gdybyście znali pewne szczegóły z życia Konkretnych Osób oraz z myśli Lillchen, wyszłoby wam, że owe tematy łączą się w stopniu zastraszającym. Ale póki co, żyjcie sobie w błogiej nieświadomości i niech wam wystarczy /biednej The Dorsz starczy aż nadto/, że snuję się po szkolnych korytarzach nucąc "Pomnik" w zmienionej tonacji albo wywrzaskując ze Straszną Chrypą: "Patrz, do historii chce blaga z dowodem twym przejść". Straszliwie to wszystko życiowe, zwłaszcza po stanięciu oko w oko z wyznawcami Jedynej Słusznej Drogi.

Wiecie, ja wiele rzeczy jestem w stanie znieść. Naprawdę. Może nie wyglądam, ale nie znoszę się kłócić, więc jeśli nie muszę, to zmilczę, a tylko potem będę sobie wyrzucać. Ale jeśli ktoś twierdzi, że ma monopol na prawdę i że w imię jego prawdy wolno mu i jemu podobnym wszystko - zdradzać, oszukiwać, nawet zrzucać bomby atomowe... Dla mnie to nie jest człowiek. To jest gówniana kupa tkanek, która nie zasługuje nawet na śmierć.

Zwierzęta są jednak lepsze od ludzi. Oglądałam wczoraj program o lwie, którym przez jakiś czas opiekowała się pewna kobieta, po czym przekazała go do zoo. Po długim czasie na jej widok stanął na dwóch łapach, objął ją za szyję przez pręty klatki i łeb przytulił do jej głowy. Myślicie, że człowiek by potrafił okazać tak bezinteresowną sympatię? Bo ja coraz częściej wątpię.

Ale zostawmy moje wątpienie i złość po początku tygodnia - przeszła mi trochę, na szczęście, po napisaniu "Drogi trzech panów". Nie ma to jak wyżyć się twórczo na głupim systemie, głupich ludziach i głupiej rzeczywistości. Za pięć lat stąd schrzaniamy, może gdzieś będzie lepiej. A jak nie, to może wrócimy. Ale to bardzo podkreślone "może".

Odezwał się Anton. Po trzech tygodniach milczenia i moim głębokim przekonaniu, że napisałam coś niestosownego albo z nadszczerości, albo z niedostatecznej znajomości niemieckiego. Odezwał się i wzbudził we mnie gorące pragnienie mordu. Na dwie godziny mojej ciężkiej pracy ze słownikami oraz źródłami osobowym, na ciężką batalię z językiem, który znam, tylko używać go nie umiem... na to wszystko facet mi po trzech tygodniach odpisuje: "to na czym stanęliśmy". Zaliczyłam facepalma roku.

Poza Antonem świat milczy. Ronny się nie odzywa, pięć pocztówek krąży i dotrzeć nie może /kochamy pocztę polską/ , a pan z wydawnictwa N. to już chyba na śmierć o mnie zapomniał. Ludzie nie odpisują na smsy, nie odbierają telefonów, a jak już odbiorą /vide: babcia/, to mi się dostaje za podejście do świata /bo trzeba wierzyć w prawo i porządek/ albo za poglądy /"wierzysz NTW, a Polsatowi nie!"/. Na dodatek w pewnej stacji telewizyjnej pracują idioci, którzy podają informacje fałszywe i niesprawdzone dane statystyczne. Normalnie się zastrzelę...

A nie, wróć. Jak ustaliłyśmy z babcią - zastrzelę się, jeśli Rosja odda Japonii Wyspy Kurylskie. To byłby cios poniżej pasa dla mojej godności twórczej.

W ramach interwału:
P. opinia o Putinie: Fajną klatę ma. /koniec opinii/
Świeżo Upieczonego etc. opinia o P.: A kolega to z tych cieplejszych?

Smutno mi po wtorku i ostatnim na razie rosyjskim z panią W. /tej osoby naprawdę proszę sobie nie kojarzyć z innymi W./. Przynajmniej zakończyłyśmy z iście irlandzkim przytupem - nie ma to jak wspólne tłumaczenie "Koronacji". Pani W. pokazywała na migi, o co chodzi /bo brakło jej słowa po polsku/, a ja próbowałam wykminić, jak to nazwać /w końcu umysł tfurcy zobowiązuje/. Nie wspominając o tym, że czytałam ten tekst chyba z dziesięć razy /i pewnie cały OHP miał ze mnie ubaw/, zanim to moje czytanie zaczęło przypominać język rosyjski. E tam, najwyżej będę posługiwać się słowiańskim esperanto w stylu Łukaszenki /wciąż podnoszę jego kandydaturę do pokojowej nagrody Nobla, chociaż wyrosła mu konkurencja w postaci Kadafiego i Mubaraka/.

Interwał trzeci. Złota myśl na dziś: "Nie wiem, co mnie bardziej cieszy. Że Marit wygrała czy że Stysia była prawie ostatnia." - czyli witajcie MŚ w Oslo.

 


*wers z "Kopuł" Wysockiego, Mes niech sobie nie kojarzy /wystarczy, że ja mam durne skojarzenia/

 

**teraz dla odmiany niech sobie Młoda nie kojarzy

***Pleban lubi mówić do ludzi wielkimi literami - lepiej go zapamiętują



Lill, ta fioletowa 24/02/2011 20:03:58 [komentarzy 6] Jakieś pytania?

311. Bo ktoś uwierzył mi, a nie im.

Trzymaj się
Swoich chmur
Mieszkaj tam
A bywaj tu
Sposób na liczenie lat
Durnieć wolniej niż ten świat

(Maryla Rodowicz, Trzymaj się)

Pierwsze Prawo Poniedziałku wiecznie żywe. Czego byś nie próbował zrobić, im gorzej się przeklęty poniedziałek zacznie, tym lepiej się skończy. Jak to ja dziś w autobusie sama sobie podsumowałam: "To ja się obawiam wieczoru".

Najpierw o magii największej, czyli o powtórce z rozrywki - sprzed pięciu lat wprawdzie, no ale co tam. Teraz sobie uświadomiłam, że to już było. Że mam deja vu jak w pysk dał. Ale żeby nie lecieć enigmą, odwołam się do archiwów - TUTAJ znajduje się notka, przemilczmy jej jakość /na Boga, to było 4 lata temu!/, która pasuje i do sytuacji, i do słynnych Sześciu Den "Przedstawienia", i do charakteru relacji z dzisiejszym Posłańcem Dobrych Wiadomości. A cóż konkretnie się stało? Ano, teoretycznie nic. Rozmowę odbyłam. Poniekąd polityczną. Poniekąd dziwną. Poniekąd z zaskakującym zakończeniem /które później Niula kategorycznie wyprychała, osłabiając nieco mój entuzjazm/. I w życiu bym nie pomyślała, że z TĄ OSOBĄ /chociaż bardzo ją lubię i cenię/ można się w TAKI SPOSÓB dogadać. Wreszcie ktoś, kto ani nie powiedział moim szaleństwom WON, ani nie zasypał bezkrytycznymi pochwałami mojej domniemanej mądrości /de facto będącej syntezą kilkudziesięciu ksiąg, chociaż wnioski wyciągam własne/. Wreszcie zostałam zmuszona do złożenia w całość wszystkiego, czego się w ostatnich tygodniach dowiedziałam - z pamięci, sama, bez zaplecza w postaci notatnika. I chociaż nie sądzę, żebym przekonała drugą stronę do zmiany zdania /nie wspominając o tym, że teraz w głowę zachodzę, jakie to zdanie właściwie było/, to dostąpiłam największego szczęścia - pozwolono /nakłoniono wręcz!/ mi się wygadać, a zamiast protestów/peanów usłyszałam jedynie pytania. Rzeczowe, pozbawione ironii.  I wiecie co? Te znaki zapytania były dalece cenniejsze od pochwalnych wykrzykników, jakie spotkały mnie na Zapleczu czy gdziekolwiek indziej.

Ufff, wygadałam się. Tylko mam niebezpodstawne obawy, że to powyżej to mało kto zrozumie. No ale co tam, przemilczmy, nie?

Poza tym podczas wizyty w bibliotece /abstrahując od mało zacnych okoliczności/ po raz kolejny przekonałam się o sile Pierwotnej Energii. Tym razem cisnęło mi w łapy "Psychotronikę dla nastolatków" - a pożyczyłam tylko dlatego, że podobał mi się język. No i kto uwierzy - łyknęłam, zlewając pisanie, omal nie zlewając ruskich wiadomości /pierwszy raz w historii nie podniosłam łepetyny, kiedy przemawiał Dimka M./, a matmę w ogóle dyplomatycznie zrzucając pod biurko. I efekt jest taki, że mi popołudnie zeszło na ćwiczeniu technik wizualizacyjnych, bo afirmację to ja ogarniam pół życia już. 

Gwoli wyjaśnienia: jednym z elementów wizualizacji jest stworzenie w umyśle jakiegoś wygodnego otoczenia /w tym wypadku zwizualizował mi się domek pod Uralem i nie miałam siły tego przestawiać na bardziej swojską okolicę/, a potem siedzenie w tym miejscu na zadzie i czekanie, aż przyjdą doradcy. Zawsze jest ich dwoje - facet i niewiasta - i zawsze przynoszą jakiś prezent. A na ich tożsamość ponoć się nie ma wpływu... No to poczekałam i się załamałam.

Właściwie Adresata mogłam się spodziewać. Z racji twórczych ma ostatnio zagwarantowaną kartę stałego klienta w moim umyśle. Alternatywą dla niego byli: szalony kanar i Kondratiew /ratunku, czemu akurat Kondratiew?!/. Ten ostatni nawet się zjawił, ale tylko po to, żeby zamknąć drzwi. Zatem okej, z wizyty Adresata się ucieszyłam. Ale dlaczego towarzyszyła mu Cyganka z aparycją między Esmeraldą, Młodą i Ziną z 1500, a na dodatek obdarzona głosem Mal? No ale dobrze, mój umysł jest pieprznięty, przyjęłam do wiadomości. Za to prezent mnie załamał - skórzana aktówka /Adresat strasznie marudził, że ładniejsza od jego własnej i co to za porządki, żeby jakaś małolata taką wypasioną aktówkę dostawała/ oraz... matrioszka z namalowanym Bushem. Niech to licho, czy ktoś umie wytłumaczyć, dlaczego z tysięcy istniejących matrioszek dostała mi się właśnie taka z Bushem? I nie, słabym jest wyjaśnienie, że dlatego, iźli widziałam jej zdjęcie w książce o Rosji. Na tymż samym zdjęciu stała też matrioszka z Putinem - ergo z jakiej paki ten Bush w mojej wizualizacji?

Doradcy są pochrzanieni, w ogóle mi nie pomagają, tylko się kłócą. Albo Adresat rozwala się na kanapie Rainerowny, szpanuje rosyjskim /też chcę taki akcent!/ i ni z gruchy, ni z pietruchy stwierdza, że ósme dno Przedstawienia jest źle zakamuflowane i na pewno rozkminią je osoby niepowołane. Powiedziałam mu, żeby spadał na topolę, bo ważne, żeby on rozkminił.

Próbka możliwości wizualizacyjnych fioletowego bydlaka, czyli dialog Adresata, Cyganki i Tej Trzeciej /znaczyt, Lillchen/:

L: Witam państwa. Zechcą państwo się czegoś napić? /no bo próbowałam być uprzejma, w końcu przyszli pomóc mi się rozprawić ze światem/
A: A wódkę masz?
Lillchen zalicza facepalma.
C: Wódka niszczy komórki mózgowe i utrudnia kontakt z pierwotną energią...
A: ...w którą nie wierzę, bo to bzdura. Wierzę tylko w postęp.
C: Technokrata. Co on tu robi?!
L /nieśmiało/: Kiedy ja lubię technokratów...
C: Mówi to niedoszła tarocistka! Świat się kończy, no ale powołali mnie, to muszę nieść to brzemię, c'est la vie...

I ja mam z nimi współpracować? To wolę rozwalać blokadę twórczą na własny rachunek, taniej wyjdzie.

A poza tym - chrzanię świat. "Psychotronika" tylko utwierdziła mnie w przekonaniu, że jedynie mięczaki marudzą na rzeczywistość zamiast coś zmienić. Może nie zmienię nic - ale przynajmniej spróbuję. Ortega mówił, że już same chęci się liczą, to chyba coś w tym jest, nie?

Myśl na dziś /i wczoraj/ by Świeżo Upieczony Posiadacz Licencjatu: "w głębi duszy chciałabyś mieć pewny puchar, ale tak naprawdę największą przyjemność sprawia walka o jego zdobycie"

I tego się trzymajmy. alleluja i do przodu, bo świat jest nasz, co nie?



Lill, ta fioletowa 14/02/2011 20:30:18 [komentarzy 4] Jakieś pytania?

310. Barbarzyńca w pomarańczach.

Pamiętacie, jak mówiłam, że mi pewność siebie idzie w górę po wizycie u fryzjera? To działa, to naprawdę działa, jak niegdyś działały czary - kino w dzień mazów albo wychodzenie w momencie skoku Roara! Pozbyłam się nadwyżki kudłów, grzywka przestała włazić w oczy i czuję się taka... oczyszczona. Normalnie full katharsis. Nie wspominając o ulubionym poczuciu wyższości - jest jakaś magia w tym, że siedzisz u fryzjera, czekając na swoją kolej, wszyscy wokół czytają babskie pisemka, a ty dumnie siedzisz z "Rosją w XXI wieku" Agnieszki Bryc. Nawiasem mówiąc, wspaniała książka! Wespół z Gardockim obaliła moją teorię, że nic, co polskie i o Rosji, nie może być dobre /teorię podkarmił szereg dzieł wcześniejszych/. Chociaż Bryc poszła dalej niż Gardocki, przez co kojarzy mi się dobitnie ze Stuermerem i resztą Wspaniałych Niemców - bo nie ocenia. Ludzie kochani, to fenomen jakiś - masz na tacy wszystkie fakty i żadnych personalnych ocen! No ale Bryc nasza, toruńska, to co się dziwić?*

Dobrze, już nie chrzanię enigmatycznie, bo wszyscy mają dosyć mojego nawijania o wielkiej Rosji, wielkiej polityce i o jakiejś całkowitej manii wielkości, w opozycji do "słodkiego kurdupla" /czy jakoś tak/. A jeśli ktoś nie ma, to niech się zgłosi prywatnie, albowiem temat nie został wyczerpan pomimo znalezienia godnego partnera do dyskusji /Sz.P.O. zgłosił - zapewne nieświadomie - akces w tym kierunku, odpowiadając na prowokacyjne słowa o dywersyfikacji relacji bilateralnych w stosunkach z podmiotami federalnymi**/. 

A w ogóle, to damn. Jestem postacią tragiczną, nie potrafię nawet pomarańczy pokroić, nie robiąc przy tym chlewu w promieniu dziesięciu metrów. Mamcz nazwała moje metody radzenia sobie z owocami "barbarzyńskimi". Ergo - jestem dzika. Boicie się?

Do sedna, kochani, bo ja dziś nawet mam jakieś sedno. Otóż napisał mi ponad tydzień temu szanowny Lisek o zajęciach rekreacyjno-edukacyjnych w OHP, które to zajęcia obejmowały m.in. warsztaty norweskiego i rosyjskiego. Po takiej reklamie /oraz zapewnieniu, że cała ta impreza bezpłatną jest/ jasne, że musiałam polecieć. Pierwszego dnia mało się nie rozryczałam, wylądowawszy hej-tam pod lasem, borem i dworcem kolejowym, za mostem. Bo wiecie, w tym dziwnym mieście mój znany, bezpieczny, cywilizowany świat kończy się na wysokości mostu - dalej rozeznaję tereny jeszcze mniej niż Warszawę /może z racji braku punktu odniesienia w postaci PKiN/. I dlaczego nikt mi nie powiedział, że jeśli autobus staje na Poznańskiej, to wcale nie znaczy, że będę mieć stamtąd blisko? Się okazało post factum, iźli Poznańska jest długości podobnej co Marszałkowska. No i miałam potem nieomal zakwasy po półgodzinnym biegu do OHP.

Mniejsza o przygody natury logistycznej. Same zajęcia - cud, miód i orzeszki. Kameralna, strasznie fajna grupa /mogłaby być jeszcze fajniejsza, gdyby się Jarek ostał, no ale ponoć zatrzymały go ważniejsze sprawy/, pączki z konfiturą różaną /a do poniedziałku nie znosiłam pączków/, wymienianie doświadczeń zawodowych /i nie tylko, bo w końcu dyskusja zjechała na mentalność Polaków i wpływ uwarunkowań klimatycznych na niszczenie barier moralnych/... Aż szkoda, że poza rosyjskim z panią Wiktorią /która miała odlotowe teksty i świetne podejście typu "mówcie, co chcecie robić" - jak dobrze nie mieć z góry narzuconego programu!/ to już koniec przyjemności. Będzie mi brakowało zwłaszcza norweskiego - bo przez nieszczęsną maturę nie za bardzo mam kiedy ogarniać go na własną rękę.

- Jeg gar...
- Jaki gar?  Gotujesz?!

Znów mam ten problem, że nie potrafię opisywać czegoś naprawdę sympatycznego. Nie porażająco cudownego, tylko po prostu fajnego, miłego i takiego, że będzie się za tym tęsknić. Pomilczę więc wymownie i przerzucę się na kolejny temat - czyli dzisiejszy desant na Tanie Książki. We wszystkich naraz jest masakryczna wyprzedaż i we wszystkich mają cuda, które mnie zachwyciły /Romanowów razy wiele, Castledena dzieło o zabójstwach politycznych, biednego Litwienienkę***/. I, oczywiście, wyprawiłam się tam z czterema złotymi w portfelu. Gratulacje dla tej pani! Ale nie ma tego złego /jestem tylko - aż - ja/, zamiast kupować na URA!, spisałam wszystkie obiekty westchnień w komórce, a potem pół godziny sprawdzałam ich dostępność w bibliotekach, klnąc, na czym świat stoi.

- Mamcze... Śniła mi się pani Sz.
- Co dokładnie?
- Że czegoś ode mnie chciała i do nas przyszła. Posadziłam ją na łózku, a potem zaczęłam się za nas wstydzić.
- Dlaczego wstydzić?
- Bo wszyscy jesteśmy szaleni, a ja najbardziej, skoro klnę w czterech językach naraz, bo jeden to dla mnie za mało, by wyrazić emocje.

Śmiesznie musiałam wyglądać, biegając między księgarniami z komórką w łapie i stukając jak głupia, nie licząc się całkowicie z obecnością na mej drodze pojazdów natury mechanicznej. Do tego dodajmy słynną jedną słuchawkę w uchu i drugą zawieszoną na wysokości ust niczym mikrofon oraz fakt, że lubię gadać sama do siebie. Wypisz, wymaluj - szpieg! Z tejże konkluzji zrodziły mi się dalsze, coraz bardziej fantastyczne wizje, a ich zwieńczeniem stało się wyobrażenie takiej oto rozmowy telefonicznej:

Kochanie, jest problem... Nie wrócę dziś na kolację... Nie, nic się nie stało, tylko gonili mnie czeczeńscy**** terroryści i musiałem spieprzyć za ocean. Rozumiesz, chyba nie zdążę dotrzeć do Polski przed ósmą...

Czysta fantasmagoria, przyznajcie. Ale śmiszne. Mam ochotę napisać dzieło "Do diabła ze wszystkim!", o ile już gdzieś takie nie istnieje /a tytuł brzmi znajomo/.

Poza tym muszę, muszę, muszę pojechać wreszcie z aparatem na dworzec i w samotności przyglądać się pociągom martwym i pustym. Planuję to od tygodnia, tylko - o ironio! - chronicznie brak mi czasu. A tak bardzo bym chciała, chociaż wiem, że to zaboli...

Wiecie... Abstrahując od całego tego pijacko-radosnego tonu, krąży za mną myśl zgoła odmiennej natury. Zastanawiam się, czy gdyby On nadal istniał gdzieś więcej niż tam, za marmurową płytą, byłby ze mnie teraz dumny czy raczej ze zgrozą patrzył na moje poczynania. Przestał mi się śnić mniej więcej w momencie, gdy zaczęłam śnić o czymś zupełnie innym. I nie wiem, czy to znak, że nie jest zachwycony, czy coś całkiem bez związku... A wierzcie mi, z Jego wsparciem byłoby o wiele łatwiej konstruować to nieszczęsne bombiszcze.


*o ile Lill patriotką polską jest o tyle, o ile /czyli zasadniczo w ogóle/, o tyle patriotyzm lokalny jest u niej wyjątkowo rozwinięty.

**to nie jest po chińsku. To Lillchen o 23:02 w niedzielę.

***czy on taki biedny, to dopiero stwierdzę; na razie biedny, bo został odsunięty w czasie na mojej liście czytelniczej /dzieła już zdobyte oraz dzieła doprzedstawieniowe mają niezaprzeczalnie pierwszeństwo/

****podobno terroryści narodowości nie mają, ale czeczeńscy byli, bom się za dużo w temacie naczytała



Lill, ta fioletowa 11/02/2011 21:27:19 [komentarzy 3] Jakieś pytania?

309. I'm sorry, I'm Polish*

I could tell you to go to war
Or I could march for peace and fighting no more
How do I know which is right
(Katie Melua, Spider's Web)

Siedzi tam na końcu, widzi pani, w tej jednoosobowej ławce. Tam gdzie taki bajzel na blacie, to jej - ona chyba z tych, co preferują artystyczny nieład. Widzi pani, książki porozwalane, a ona akurat gdzieś polazła, pewnie się swojemu szefostwu spowiada albo coś.

Drugi dzień jak siedzi. Przyłazi rano, wyłazi jak się ściemnia. Zamawia po kilka książek, a zanim je ściągniemy z magazynu, skrobie coś w tym swoim pasiastym notesie. Strony numeruje, rozumie pani? Nie wiem, po co. Jak wyszła do toalety, podejrzałam te jej notatki... rozczytać się za czorta nie idzie, a jak już coś w miarę jest czytelne, to brzmi ni przypiął, ni wypiął. W notatkach ma jeszcze gorszy bałagan niż na tej ławeczce... i w czterech językach pisze. Naraz, wyobraża sobie pani? Jedno zdanie dało się rozczytać, ja patrzę, a tu najpierw dwa słowa po polsku, trzy po angielsku, jedno po niemiecku, a końcówka to już po rosyjsku...

...Nie wpuszczać jej, myśli pani? Może to i racja. Ona jakaś dziwna jest. Wodzi tymi oczyskami po okolicy, lustruje ludzi ponurym wzrokiem, włóczy się między regałami i dziwne czasopisma czyta... a te książki by pani widziała!... wszystkie mają w tytule albo Rosję, albo Putina, albo Jelcyna. Niby nosi ołówek, ale nie robi notatek na marginesach, tylko zaznacza rozdziały, które chce przeczytać... a potem, niech mi pani wierzy, i tak czyta całość. Od dwunastej do czwartej przeczytała dwie książki, po ponad 300 stron każda i notatki zrobiła. A do tego siedzi czasem ze słuchawką w uchu - pani rozumie, tylko jedną - i coś mamrocze pod nosem, jakby z kimś dzieliła się przemysleniami...

Oddawała mi dzisiaj dwie książki... już z samych takich zainteresowań posądziłabym ją o szpiegostwo, tylko nie mam twardych dowodów... Pytam, czy odesłać do magazynu, czy będzie jeszcze korzystać.

- Przecież je już przeczytałam - zdziwiła się i wyszła, bo jej akurat telefon dzwonił. No wie pani, może ja jestem zbyt podejrzliwa, ale tu się dzieje coś niedobrego, a jej to powinni więcej tej karty nie wydawać... Biorąc pod uwagę nasze stosunki z Rosją...!

*

To tam wyżej, nad tą pseudorelacją z ostatnich dwóch dni, przyplątało się dziś do mnie w trakcie przymusowego postoju między autobusem a autobusem. Śmigały pojazdy czterokołowe, deszcz lał równo i się ściemniało... i pomyślałam, że ta piosenka, którą lubiłam zawsze pomimo niechęci ogólnej do wykonawczyni, niesamowicie pasuje do... do wszystkiego tak właściwie. Myślałam naiwnie, że może to tylko złudzenie z tym, że im więcej czytam, tym mniej rozumiem.

Na potrzeby "Przedstawienia" wchłonęłam w ciągu ostatnich dwóch dni pięć książek i pięć poważnych artykułów z "Europy" /czadowy dwumiesięcznik, tak notabene, gdybym miała kasę, zaczęłabym go sobie sprowadzać/. I nie tylko, że nie ruszyłam do przodu z punktu wyjścia - ja się cofnęłam. Co krok natykam się na wzajemnie wykluczające się opinie i już nie wiem, komu ufać w tej całej zawierusze.

/Rozkosznie rozbrajająca notatka z dzisiejszej lektury: "Nie ufać temu autorowi. Ma hamburgera zamiast mózgu. Zapamiętać: Nigdy nie ruszać niczego, co popełnił lub poleca!"/

Powiedziałam to wszystko Niuli, dodając, że chyba nie ma dobrej ani złej drogi i trzeba po prostu stanąć po którejś ze stron.

- Po co w ogóle stawać? - zdziwiła się autentycznie. - Czemu nie możesz po prostu się nie mieszać w jakieś wyimaginowane konflikty?

Hm... Bo jestem mną? Niech mówi, że mam to po tatusiu. Jeśli o czymś piszę, muszę mieć na to jasny pogląd... Oczywiście, zawsze można uczynić W. prezydentem np. Egiptu. wtedy wszystko stałoby się prostsze, czyż nie? /I tak, to była ironia ciężkiego kalibru/.

Pracowite te ferie. Myślałam, że po odrzuceniu wyjazdu do Koszalina będę siedzieć w domu i się nudzić bądź siedzieć w domu i pisać, bądź siedzieć w uniwersyteckiej i czytać. I owszem, w uniwersyteckiej siedziałam, jak widać... dwa dni. Na temat powiem wam tyle, że na głowę można dostać, jak się człowiekowi słowo "federacja" zaczyna kojarzyć z żarciem. Zresztą, to w ogóle konsumpcyjnie ciężki tydzień był, biorąc pod uwagę nieregularność pór jadania oraz ilość kasy wydanej na żarcie. No bo wiecie, nie ma to jak stołowanie się w metro dzień po dniu i koszmarnie drogie skrzydełka kurczacze... ale dobre to było.

Film Młodej będzie bezcenny i genialny, i niech Młoda już szykuje kreację na rozdanie Oscarów! A babcia ma, zgodnie z ustaleniami dokarmionych przez nią studentów, ma się objawić w napisach końcowych jako catering.

Umierająca Marina: Wiesz, Griszeńka...
Grisza: Siku ci się chce?
Marina: Skąd wiedziałeś? Siostro, kaczkę!
Siostra: Pieczoną?

I tak wyglądało nasze kręcenie. A szczegóły będą, jak uda się zmontować alternatywną wersję albo jak niżej podpisana zdobędzie się na siły zmontować album z genijalnych zdjęć, przetykając je proporcjonalnie genijalnymi tekstami.

Tak oto z notki o filmie /w założeniu miała być o filmie/ wyszło mi coś zgoła niefilmowego - taka konieczność. Po rysach na pięknym szkle, kreowaniu nowej wizji wszechświata i trzecim dnie "Przedstawienia" podobne zdarzenia musiały nastąpić. Byleby tylko mi się ta bomba, której obsługi uczą mnie mądre knigi, nie przemieniła się w bombę atomową, bo wszyscy wylecimy w powietrze. Z autorką na czele.

A tak na dobry humor w ramach zakończenia:

W panelu blog4u mam dwa przyciski "zarządzaj notkami" i "zarządzaj wyglądem". Zwizualizowałam sobie dzisiaj trzeci - "zarządzaj krajem". Jakieś imperialistyczne wizje się mnie imają, niech to piorun trzaśnie!

 


*cytat z maila do Antona, nie bulwersować się

 



Lill, ta fioletowa 4/02/2011 21:17:02 [komentarzy 3] Jakieś pytania?

Stare papierki
2015
Marzec
2014
Czerwiec
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2013
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2012
Wrzesień
Lipiec
Czerwiec
Kwiecień
Marzec
Styczeń
2011
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2010
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2009
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2008
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2007
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń

Galeria twarzy
Kiimi
Ziemo
Jah
Avil
An-Nah
Garcinda
Ada
Schmittka
Cineva
Mal
Mestari

Autobiografia
(klik)

Notka
Zdjęcie na szablonie własne. Słowa też moje. Szablon przejściowy. Czcionka z Serwisu.
Chcesz coś? Poproś.