Zobacz wszytkie serwisy JOE.pl
blogiblog4u.pl blogiblogasek.pl katalog stronwjo.pl avataryavatary.ork.pl czcionkiczcionki.joe.pl aliasydai.pl, ork.pl, j6.pl tapety tapety.joe.pl obrazkiobrazki na NK
Online: ---
zdrowie i choroby nieruchomości na mapie
Pamiętnik pewnej Okrrropnej Kreatury.
Szablon

326. Jeśli to sen, to proszę, nie budź mnie...

I’m going out in the world to save our planet
And I ain’t coming back until she’s saved
I’ll walk my way to see the King and parliament
If they don’t help, I’ll do it by myself

(Paradise Oscar, "Da da dam")

 

Kwitnie we mnie kwiat paproci przekonania, że czas się obudzić. Że ten przeklęty budzik MUSI zadzwonić, tak jak zadzwonił dwudziestego siódmego grudnia i tak jak dzwonił wiele razy. Ale jednocześnie jest iskierka nadziei - przecież był taki czas, że budzik miał zadzwonić. Nie zadzwonił. Zapomniało mu się i nie dzwoni do dziś.

Dogłębnie odczuwam jakiś taki surrealizm sytuacyjny. Nie wiem, kiedy to się zaczęło, ale dziwnie mi z tym, że wreszcie ktoś rozumie moje dowcipy, rosjoaluzyjki, że nauka rosyjskiego zaczęła iść w parze ze skonkretyzowanym systemem kontroli postępów, że można dostawać plusy za to, że człowiek powypowiada się na ukochane tematy... Właściwie gdyby nie to, że czasem coś boli, a najczęściej głowa od burdelu administracyjnego, obawiałabym się, że umarłam i trafiłam do nieba. Chociaż z moimi poglądami politycznymi...

Dobrze, ale może od początku.

Studiuję, jak wiadomo niektórym. Studiuję intensywnie, bo łączone filologie: bałkańską i rosyjską /kolejność alfabetyczna, kolejność podle priorytetów jest nieco inna/, więc zachrzaniam za dwóch. Mój czas jest nonexistent, z pisaniem może być ciężko, ciskam się między wydziałami, załatwiam sryliard papierków, których nikt potem nie przeczyta i wściekam się, że nadal nie ma minimum programowego /aż mi się przypomina tekst: "Mają być pod koniec października... ale nie powiedzieli, którego roku", chociaż on akurat nie minimów się tyczył/. Ogólnie pierwszego dnia wróciłam z zebrania organizacyjnego późną nocą, spłakana i z przekonaniem, że chrzan, bo chociaż ja fizycznie dam radę, to głupie przepisy i głupi USOS zablokują moją przyszłą karierę. Na szczęście stosowne organy mi wytłumaczyły, że USOS to se może, a póki co mam się nie przejmować i brać, ile wlezie. I na ile sił starczy.

Zatem biorę. Jest cudnie, chociaż jak było dane ujrzeć niektórym, momentami z wyrabianiem jest ciężko - ale to kwestia do dopracowania. Poligon doświadczalny trwa, koszta idą w górę /ksero + żarcie = Absolutny Brak Kasy/, na razie jeden wydatek był zabójczy - "Historia Rosji" Riasanovsky'ego i Steinberga za osiem dych /promocyjna cena/, ale warto było, a co! Ogólnie warto.

W każdym razie w momentach, gdy nic mnie nie boli i gdy nie denerwuję się, że znowu czegoś nie mam albo że znowu trzeba pójść do ksero i świecić oczyskami, bo się przyniosło 400-stronicową książkę, czuję, że to sen. Jest za... za inaczej. Znaczy, nie to, żeby dotąd nie było fajnie - jak sobie przypomnę liceum, to morda się śmieje... Ale w liceum byłam raczej oryginalna z poglądami, z upodobaniami, z całą rusofilią - a tu trafił swój na swego, a nawet na wielu swoich. Mam nadzieję, że nie przejedzą mi się w końcu dialogi o "agientach", dowcipy polityczne i wzdychanie do Matuszki Rossii. A przez przedmiot pod tytułem Kultura Rosji bardzo chcę do Moskwy. I do Petersburga. Jak wygram te miliony...

Bałkaniści niech się nie czują odrzuceni. Z nimi też odczuwam głęboką więź emocjonalną, choć może nie aż tak głęboką jeszcze, jak z rusycystami /z czysto technicznego powodu - rusycystów widuję CZĘŚCIEJ/. "Pani J. niama" i takie tam w końcu. Chociaż narzekań na serbski słucham z perspektywy osoby trzeciej, uczącej się na cudzych błędach - serduszko poczęło mnie ciągnąć w stronę albańskiego. Będzie bezpieczniej. A na wykładach u dr Ż. stałam się podejrzanie aktywna od czasu lektury "Historii literatury bułgarskiej". Oby mi się kiedyś te słowiańskie literatury nie pochrzaniły dokumentnie.

W ogóle, moja aktywność to zagadka, wziąwszy pod uwage, że w liceum zazwyczaj nie byłam aktywna, bo mi się nie chciało. No ale w liceum nikt nie obiecywał zwolnień z kolokwium za ADHD. Moje ADHD powinno mnie zwolnić ze wszystkiego. Tym bardziej, że oprócz dwóch dziwnych kierunków śpiewam w zespole /no, praktycznie jeszcze nie śpiewam, wszelako liczą się szlachetne zamiary/, powieści piszę /tak, dzisiaj nawet coś zaczęłam/, mam w planach cykl genialnych spotkań /nadal mi się wydają genialne/, dziennikarzę, aż dziwne, że flamenco nie tańczę. Byłoby do kompletu. Ta nadaktywność o tej porze roku to element surrealizmu.

Ale apogeum nastąpiło wczoraj/dzisiaj...

Środa, 20:30. Dzwonię do R. /nowej ofiary wywiadu, na wszelki wypadek personalia chronione/, bo mu wczoraj obiecałam /prosił, żebym zadzwoniła "Wednesday night", uznałam, że 20:30 to już night/. R. informuje, że jest zajęty i oddzwoni za pół godziny.

Środa, 21:30. R. milczy, więc dzwonię ja. Nie odbiera.

Środa, 22:30. R. milczy. Piszę do Oli, czy załatwili, żeby bułgarskiego nie było /lubię, ale dzisiaj wybitnie mi się nie chciało na niego iść/. Ola milczy.

Czwartek, 00:03. Kładę się spać zestresowana, bo wszyscy mnie zlewają. Na noc biorę nervosol i mam wrażenie, że ktoś mi wypalił przełyk. Nie mogąc zasnąć, dręczę Mal.

Czwartek, 07:53 Zadaję rusycystom pytanie fundamentalne: czy mnie się zdawa, czy pół godziny to termin, zaiste szeroki.

Czwartek, 08:59. R. oddzwania. Co za radość, wreszcie wiem, ile trwa jego pół godziny. Szkoda, że jestem w środku ruskiego i za Chiny nie odbiorę.

Czwartek, 12:08. Wychodzimy ze skróconego bułgarskiego i ruszamy na miasto.

Czwartek, 12:18. W "I am" z Gosią i Martą przeglądamy ofertę obiektów przecenionych. Napomykam o pierścionku z tarczą zegara, który /pierścionek, nie zegar/ śni mi się po nocach, taki jest cudny.

Czwartek, 12:23. W New Yorkerze Marta znajduje rzeczony pierścionek. Cena: 3,95zł. Chwała Bogu, że jest za mały na palec Marty.

Czwartek, 12:34. Krążymy po New Yorkerze. Dzwoni R. Przeprasza, tłumaczy się często-gęsto, staje na tym, że mam krążyć po mieście, on się odezwie i "jakoś się zgadamy".  No to krążymy, pamiętając, że mam zapłacić za pierścionek, a nie wynieść go ze sklepu na palcu.

Czwartek, 12:38. Postanawiam "jakoś wyglądać" i w popłochu szukam ostrzynki od kredki do oczu. Nie pytajcie, po co mi w torbie kredka do oczu, skoro do dzisiejszego popołudnia nie potrafiłam się nią posługiwać.

Czwartek 13:15. Siedzę w Macu, spożywam obiad i zaczynam pisać na netbooku. Z nudów.

Czwartek, 13:17. Odkrywam, że w Macu jest darmowy net i przestaje się mi nudzić. Mimo to piszę.

Czwartek, 15:44. Dzwoni mamcz, żeby odwołać mnie z miasta. Bardzo dobrze, bo zaczęłam umierać z nudów.

Czwartek, 16:35. Smsing z Mal przerywa sms-intruz. Zgadnijcie, od kogo...

Tak, R. nie jest byle kim, dla mnie generalnie jest z półki na tyle nieosiągalnej, że dzięki smsingowi został zaliczony w poczet realizacji mojej tajemnej listy rzeczy/obiektów, które mam/znam/umiem przed 25. urodzinami. Tak, jeden z punktów brzmiał "rozmawiałam /wywiady się nie liczą/ towarzysko z przynajmniej 5 żużlowcami". Punkt miał ciag dalszy, ale jego nie przytoczę, żeby mi tu nie achali i nie ochali.

Podsumowując, moje życie roi się od elementów nierzeczywistych, takich jak:

a) smsowanie z R.
b) zdobycie wymarzonego pierścionka za psi grosz
c) poczucie przebywania wreszcie na swoim miejscu we Wszechświecie
d) plusy zdobywane za robienie mądrej miny /ja się do aktywności nadmiernej nie poczuwam/
e)plany organizacji wydarzenia, które może się okazać hitem
f) moja tutorka /została nią dr B. - osoba od kilku miesięcy pozostająca moją absolutną idolką w dziedzinie politologii - i teraz czajcie, że ta pani została moim naukowym wsparciem - kolejny dowód na to, że świat ma nierówno pod kopułą niekoniecznie cerkiewną/

I jeszcze odezwało się pewne Wydawnictwo. Pewne Wydawnictwo czuje się zachęcone opisem mojej twórczości i przystąpiło do lektury. Ale wiecie - jak mi powieść wydadzą, to ja już się chyba nawet nie zdziwię. Po śpiewaniu "Takogo kak Putin", białoruskich drinkach w Czeskim Śnie, rozmowach telefonicznych o różnych porach dnia i nocy i wkręceniu w repertuar "Dawaj za", po prostu nie mam siły się czemukolwiek dziwić.

 



Lill, ta fioletowa 27/10/2011 20:53:39 [komentarzy 3] Jakieś pytania?

Stare papierki
2015
Marzec
2014
Czerwiec
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2013
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2012
Wrzesień
Lipiec
Czerwiec
Kwiecień
Marzec
Styczeń
2011
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2010
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2009
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2008
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2007
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń

Galeria twarzy
Kiimi
Ziemo
Jah
Avil
An-Nah
Garcinda
Ada
Schmittka
Cineva
Mal
Mestari

Autobiografia
(klik)

Notka
Zdjęcie na szablonie własne. Słowa też moje. Szablon przejściowy. Czcionka z Serwisu.
Chcesz coś? Poproś.