Zobacz wszytkie serwisy JOE.pl
blogiblog4u.pl blogiblogasek.pl katalog stronwjo.pl avataryavatary.ork.pl czcionkiczcionki.joe.pl aliasydai.pl, ork.pl, j6.pl tapety tapety.joe.pl obrazkiobrazki na NK
Online: ---
zdrowie i choroby nieruchomości na mapie
Pamiętnik pewnej Okrrropnej Kreatury.
Szablon

290. Perhaps, perhaps, perhaps.

Kropka mnoży znaki zapytania. Może wykrzyknik pomoże?

Od kilku dni jestem w stanie robić wielkie, okrągłe nic. Może to pogoda, może pora roku, chyba zawsze pod koniec września czuję się, jakby mi kombajn żeberka poprzetrącał. A może chodzi o coś wcale nowego.

Szukam intensywnie na płytach, gdzie ja trzepnęłam Anastazję z "Perhaps, perhaps, perhaps" w tle. Bo te perhapsy łażą za mną jak dzikie, mam w głowie jeden wielki perhaps i czuję po kościach, że to się skończy bezsennymi nocami. Ze szczęścia lub z rozpaczy - wolałabym to pierwsze. Nie wiem, jak ja mam pisać niezapowiedziane kartkówki z początku roku, skoro moja psychika to potężny nonexistent /nadużywam tego słowa/. Zasadnicze powody tego stanu są trzy:

1. Skończyłam dziś "Spirita" /zwanego pieszczotliwie "Spirytem"/ i chcę teraz, zaraz, natychmiast "Last Sacrifice". I NIE OBCHODZI MNIE, że to w Stanach wychodzi w grudniu, ja chcę teraz. Umrę z tej niewiedzy, co się stało z Rózią, z kim w końcu będzie /a spróbuje ten Strzygopatodrań jej nie chcieć!/, kto zamordował królową /chociaż tego się akurat domyślam/ i w ogóle chcę ostatnią część, chociaż wiem na 99,9%, że będę ryczeć pod koniec. Chociażby dlatego, że to koniec. Ale wolę ryczeć niż nie wiedzieć - znowu będę się ratować fanfikami w środku nocy. I wściekać się, że z pani O. robią zimną sukę, którą NIE JEST. Imię nie pozwala jej na bycie zimną suką.

Okej, rozumiem, że wśród mych czytelników mało akademiowców, więc nieakademiowcy niech nawet nie próbują wnikać w istotę powyższego. To zbyt skomplikowane - tak jak skomplikowany był mój wczorajszy smsing z Młodą, składający się z wiadomości typu: "Nienawidzę Strzygopatodrania! Jak on mógł mi to zrobić?!" czy jakoś tak.

Grunt, że całą noc śniło mi się poryte skrzyżowanie Strzygopatodrania z Prezesem i jeszcze z kimś tam, pewnie Matką.

2. Paul mnie zabił. Na śmierć. Żyłam sobie spokojnie w przekonaniu, że "Hallelujah" ma jedno najcudowniejsze wykonanie - po hiszpańsku by Il Divo - i na tym koniec. A słyszałam chyba z dziesięć wersji, z czego żadna nie doprowadziła mnie do łez w oczach i ciar na plecach.

Paul to uczynił. Kiedy śpiewał, poczułam się taka maluuuuutka. Dobrze, że siedziałam na podłodze, bo tak czy śmak bym tam skończyła. Pozory mylą przestraszliwie i potrzebuję paru dni, żeby dojść do siebie po tym wstrząsie.

3. Krąży wokół mnie myśl o pięknej sobocie. Jak nie wymyślam kreacji i nie drukuję mapek /nie MATEK/, zastanawiam się, kto tam będzie. Tak sobie fantazjuję, na lekcjach i nie na lekcjach, wszędzie i nigdzie. Chcę już sobotę i do soboty nie będę w stanie myśleć rozsądnie.

A jeśli nie sfinalizuję pewnych spraw, to i dłużej. Niula mówi, że już rozum mi odbiera, a to trzeba ostrożnie, powoli. A ja jej mówię, że ostrożnie, ale żadne powoli, bo musimy zdążyć do grudnia, coby udało się trochę wyprzedać w ramach prezentu świątecznego. Tylko cały czas się boję, czy ta bajka nie zamierza skończyć się źle. Może po prostu po tylu rozczarowaniach jestem zbyt ostrożna.

Tak czy inaczej, wena we mnie wzrasta. Odstawienie od klawiatury dobrze robi, tylko wena jest nie-na-fortepian. Wena jest na to beztytułowe coś, co mi się roi w ramach protestu przeciwko mnie niepiszącej romansów. Albo na Niemalsa, tylko tam siada mi czas akcji. Nic to, damy radę, w końcu jam jest pisarka publikowana, alleluja, nie?

Mam ochotę coś zaśpiewać. Po tym, jak w niedzielę trafiłam do nutowego raju, mam konkretną ochotę zaśpiewać "At the beginning" /marudziłam, że solo to głupio, ale co tam/, "Valentine" albo "I believe in you". Nuty Trans Syberyjskich za drogie, ja i tak jestem pod kreską przez Korpiki w przyszły łychend, zeszyt do faków z matmy /przepisałam się!/  i prawdopodobnie przez "Białą wilczycę", po którą polecę z piątkowego chlania. Nigdy więcej nie odbieram poczty - znalazłam w skrzynce katalog ze "Świata książki", a dla posiadaczy srebrnych kart mają takie cudowne promocje... No i ta "Biała Wilczyca". Piter, ach. Paryż, ach. Generalnie jedno wielkie ach.

I "F.M." mają w pięknej cenie. I promocję na "Bursztynowego rycerza", na którego się czaję od dłuższego czasu. Kasy mi trzeba, kasy. Wydam wszystko na książki i będę szczęśliwa.

Wydaje mi się, że i tak jestem, ale co tam. To się wytnie, prawda?

Podsumowując, dzieje się. Pomimo września, pomimo stanu ciężkiego niechcenia, dzieje się więcej niż powinno. Boję się, że mam zbyt wiele nadziei. Strasznie się boję. I boję się, że nie jestem dość dobra. A zaraz potem myślę, że może ja nie, ale "Szkoła"... "Szkoła" się udała. Kocham ją, chociaż to miłość trudna, owocująca wizytami w dziwnych porach w miejscach takich jak Bunkropodobny albo cmentarzysko z ruskimi żołnierzami. Młoda chce ze mną na cmentarzysko, ale ja nie obiecuję, że odnajdę ponownie te dziwne groby. One są z gatunku tych zapewne, które widać tylko wtedy, gdy człowiek naprawdę ich potrzebuje.

Swoją drogą, poprawianie sobie nastroju łażeniem po cmentarzu to wybitnie dziwny zwyczaj. Może jestem psychopatką?

Nie, nie Strzygopatką. Ta rola już obsadzona.

Ech, byle do soboty. Byle do przyszłego tygodnia. Może coś się wyjaśni, może odzyskam grunt. Za dużo tych perhapsów. W ramach uodpornienia powinnam się zakopać w działalność twórczą - to dobra tarcza przeciw niepewności świata. Pytanie tylko na ile mi wystarczy?

Ta gwiazda musi kiedyś rozbłysnąć... Musi. Znaki nie mogą mylić. Dzisiejszy wykład o kompleksach etc. też. Wierzę... Wierzę.

WIERZĘ.



Lill, ta fioletowa 29/09/2010 19:50:39 [komentarzy 4] Jakieś pytania?

289. Podróż do początku.

And even if the sun refused to shine
Even if romance ran out of rhyme
You would still have my heart until the end of time

(Martina McBride, Valentine)

Nie wytrzymam dłużej, chociaż ambitnie chciałam zaczekać, żeby wszyscy nawet odrobinę zainteresowani mogli przeczytać relację z wyprawy. Ale tyle się dzieje, że twittera by nie starczyło, a gdzieś to muszę zanotować, wypluć z siebie, uporządkować jakoś, jak uporządkowałam mój zacny pokój, którego nikomu we łbie nie stało posprzątać przez czas mej nieobecności.

Już wtedy, tamtej pierwszej nocy, jeszcze w Polsce, zrozumiałam, że dano mi klucz. Nie do końca pojmowałam istotę sprawy, może zbytnio wykończyły mnie długie godziny w autokarze - tylko coś w środku podpowiedziało, że jadę w metaforyczną podróż w głąb siebie. Że z Paryża wróci ktoś inny, tylko w mojej skórze.

Prawdę mówiąc, z tą skórą to też uproszczenie. Wychudłam koszmarnie jak na mnie, aż wszyscy dopytują, co to za dieta. Żadna. Organizm jeszcze nie wrócił do starego funkcjonowania i domaga się obiadu w porze kolacji, kolacji na śniadanie i śniadania na obiad - ale to minie. Niestety, pewnie miną też cudowne po francuskiej wodzie włosy. No ale ja wcale nie o tym chciałam.

Już nie chodzi o długie rozmowy ani o to, co usłyszałam na koniec i co sprawiło, że łzy mi stanęły w oczach. Mimo wszystko - chociaż wreszcie przestałam dostrzegać siebie tylko w oczach innych ludzi. Nauczyłam się integracji swoich dwóch ja, jakkolwiek psychotycznie to nie brzmi. Interego i eksterego dokonały zjednoczenia i jest... inaczej. To nie do końca ja i nie do końca ta, którą chcę się stać. Jestem w połowie drogi.

Od powrotu dużo się zdarzyło. Choćby symboliczne pożegnanie dzieciństwa. Pozbyłam się starej wieży, z którą wiążę naprawdę wiele wspomnień i którą uparcie trzymałam przez ostatnie pół roku, pomimo, że działał w niej jeno odtwarzacz kaset, których po remoncie zostało raptem cztery sztuki. Teraz stoi tam zbiór przewodników i mitologii, lusterko, komódka oraz ukochane świece. Korci mnie, żeby je zapalić - ale to jeszcze nie dziś. Wtedy, kiedy będę mieć dość czasu na delektowanie się niebytem.

Do sprawy z Wydawnictwem życie dopisało zaskakujący epilog. Zaskakujący pod względem mojej reakcji. Bo choć spełniły się najczarniejsze obawy, jestem szczęśliwa. Paradoks? Cóż, jeden dzień przeryczałam. Potem wzięłam się na odwagę i spytałam o powody. A to, czego się dowiedziałam, sprawiło, że wyrosły mi te pierzaste z łopatek i teraz trochę łażę, a trochę jednak fruwam.  Zresztą, wyszła z tej sprawy ważna lekcja. Nagle zrozumiałam, że bardziej od wizji ujrzenia mojej powieści na półkach w księgarni ekscytuje mnie sam byt, jakim jest powieść. Że czasem cały dzień myślę tylko o tym, kiedy wieczorem usiądę z dawno nieaktualnym wydrukiem i będę go po raz n-ty czytać pod pretekstem nastej korekty.

Kocham to.

"Victime de ma victoire" świetnie się spisuje w roli budzika, choć pewnie jeszcze lepsze byłoby z głośników kompowych /na to muszę do jutra poczekać/. Jednocześnie wracam do moich staroci, a w przerwach fazuję na "Valentine" i "Epiphany" /są podobne o tyle, że obie kojarzą mi się z 1500/. I rodzi się we mnie jakaś melancholijna tęsknota, kiedy idę rano tą samą od trrzech lat trasą. Wracam myślami do octu jabłkowego, czerwonych ścian i do przybiegania po szkole w miejsce, które dziś jest - już albo jeszcze - domem. Wspominam nocne kebabiarnie, karetki i powroty przez rozgniecione na chodniku śliwki. Jest w tym wszystkim jakaś magia. Ale znów /paradoks!/ - nie chodzi o to, żeby tamto wróciło. Magia by wtedy znikła, bo na pewno nie odtworzyłabym tamtych chwil w dokładnie takiej postaci, w jakiej przechowuję je w pamięci. Gdzieś tam są - jako cudowne wspomnienie. Nie chcę tego znów przeżywać, żeby nie spłoszyć iskierki.

Spoglądam w przyszłość i wiem - teraz już na pewno. Gdzieś tam, za horyzontem, jest moja gwiazda. A w sercu czuję, że z każdym dniem przybliżam się do chwili, gdy cały Wszechświat dostrzeże jej blask.

Budzę się i zasypiam z tą myślą.



Lill, ta fioletowa 17/09/2010 20:37:55 [komentarzy 6] Jakieś pytania?

288. Paree holds the key to your heart.

"Kocham Belgię. To jedyny kraj, gdzie mogę na dzień dobry powiedzieć 'chuj' i nikt na mnie krzywo nie spojrzy"
(Pan Pilot)

Ja to mam pecha. Jeszcze w Paryżu zrąbał mi się aparat, 350 zdjęć diabli wzięli, a ja byłam bliska płaczu na środku ulicy koło Musee Grevin. Foty spod wieży Eiffela! Belgijskie graffiti! Mona Lisa! Pocałunki z Putinem! Na szczęście ponoć nie wszystko stracone - jak dobrze pójdzie, wkrótce odzyskam chociaż część kolekcji.

Potem rozwalił mi się napęd DVD i cholera mnie bierze, bo drugi dzień mogę odtwarzać koszmarnie drogie płycisze z Francji tylko na discmanie, a i to cud boski, bo wcześniej baterie mi w nim wylały. Jutro kupuję nową stację, nie ma bata. To będzie taki zakup na poprawę humoru po tym, jak mnie potraktowano. A potraktowano niewesoło, marzenia się sypły po raz kolejny i czuję się w związku z tym fatalnie. Albo raczej - czułabym się. Wyprawa przyćmiła wszystko.

Ludzie! Jak się wita o trzeciej w nocy? Mówi się "dzień dobry", 'dobry wieczór' czy jak?

Pierwszy dzień był bardziej lajtowy niż całe moje wakacje pozbierane do kupy. Tropikale pod Berlinem to fantastyczna sprawa - gdybym miała bliżej, pojechałabym tam przed maturą wykąpać się w rozkosznie ciepłym morzu, posiedzieć w jacuzzi i poleżeć na wielkich materacach u góry, oby znów w tak doborowym towarzystwie. Pierwszy raz w życiu kompletnie nie przeszkadzał mi papierosowy dym, byleby tylko siedzieć tam wiecznie. No, albo i nie. W końcu zlazłam - w celu pożarcia kubła lodów krokantowych. Boże mój, Boże, kocham krokant!

Miny nam zrzedły, jak zobaczyliśmy noclegownię. Ściany odrapane, łóżka niewygodne, a do tego kontakty nie działały, przez co moja suszarka otrzymała znaczący przydomek "Jezus" /nie pytajcie o kontekst, to skomplikowane/. Na szczęście, ekipa była rewelacyjna. Ja zaś odkryłam, że podróż ma podteksty coachingowe - co wcale nie zdziwiło, biorąc pod uwagę, że mój sen z poprzedniej nocy oznaczał, wedle sennika, "wyzwolenie, oswobodzenie". Potem zrozumiałam, że cały ten tydzień to jeden wielki coaching - ba, że on trwa i do teraz. Ale to jakby temat na osobną opowieść.

We wtorek, podczas nastogodzinnej podróży, zaliczyłam cztery kraje i cztery zmiany sieci. Na benzynowej pod Belgią obkupiłam się w lokalne specyjały, co procentowało przez dni następne. Poza tym - kocham belgijskie graffiti i kocham francuskie wiochy. Jedliśmy w takiej obiadokolację, a potem zaczepiły nas... polskie dresy! Później doszliśmy do wniosku, że Polacy są dosłownie wszędzie. Następnym razem jadę w dzicz /zaraz się zaczną uśmiechy, bo to słowo znaczące/ afrykańską, żeby nie słyszeć polskiego! Po coś jechałam ZA GRANICĘ, nie?

O warunkach mieszkaniowych produkować się nie będę, bo i tak wszystkich zanudzam motywem. Dało się przywyknąć, a łóżka piętrowego wręcz mi brakuje. Podobnie jak wieczornych rozmów z paniami i wstawania o... nie, bez przesady, wstawania o szóstej po pięciu godzinach snu zdecydowanie mi nie brakuje!

Paryż jest megaśliczny. Trudno mi powiedzieć cokolwiek w temacie bez popadania w banał. Po prostu trzeba pojechać i zobaczyć. Jasne domy, tango nad Sekwaną, Murzyni-poligloci z wieżyczkami Eiffela... Inny świat. Miasto-narkotyk. Oplotło mnie mackami, zapomniałam o wszystkim, nawet internetu nie sępiłam od dziewczyn, jakbym zupełnie straciła z oczu wszystko, na czym tak mi zależało jeszcze przed wyjazdem. Chciałam po prostu nigdy nie opuszczać tego miejsca i w nieskończoność upajać się sklepami, mijaną co dzień księgarnią anglojęzyczną, wieczornym rejsem po Sekwanie... Nie umiem o tym wszystkim opowiadać bez zdjęć. Jak Bóg da, zdjęcia będą za półtora tygodnia - i wtedy dostaniecie coś na kształt konkretnej relacji. Póki co zbytnio jeszcze trzyma mnie magia, by móc wykrzesać z siebie logiczne słowa.

A paryskie metro to też ińsza bajka. Zwłaszcza skakanie do metra, które właśnie piszczy, że chce odjechać, a pół grupy jeszcze na stacji.

- Ile stacji teraz jedziemy? 3? 5?
- Yyyy... 19.

Tylko złażenie z wieży na piechotę jest bardzo złe. Podobnie jak kranówa za pięć euro - ale to dłuższa opowieść.

- Niedobrze mi...
- Potem zaszpanujesz: 'rzygałam na wieży Eiffela'!

Potem był Berlin. Też wspaniały - choć bardziej swojski, normalny i co tam jeszcze. Inna sprawa, że ja ten Berlin pamiętam piąte przez dziesiąte, bo bardziej zajmowałam się tym, że jestem niewyspana, boli mnie pęcherz i mam tłuste włosy. Nawet zamierzałam wykorzystać czas wolny na pójście do fryzjera... tylko portfel się nie zgodził. Portfel wolał likier dla familii, kilka pamiątek i słodycze z najlepszego sklepu na świecie. Bo ja kocham niemieckie słodycze.

I precle też kocham. I jedzenie precli w towarzystwie sześćdziesięcioletniej Niemki, która zaczęła opowiadać mi historię swego życia, a potem poprosiła, żebym zakropliła jej oko. A ludzie dziwnie się patrzyli...

Kupuję alkohol w sklepie z pamiątkami.

Sprzedawca: How old are you?
Ja: Achtzehn.
Sprawdza dokumenty.
Sprzedawca: Danke (oddaje paszport i daje alkohol)
Ja: Spasiba.
Sprzedawca: Et voila!

Konwersacja roku, definitywnie. I tekst wyjazdu, przebił nawet "Truny" by Pan Andrzej-Pilot:

Wielkieś mi uczyniła pustki w domu moim
Moja droga Orszulko tym granatem swoim

A w Reichstagu doszli do wniosku, że szykuję zamach. Jechaliśmy do Berlina prosto z Paryża, więc w bagażu podręcznym miałam kosmetyczkę... a w niej nożyczki. Skonfiskowali. Ale potem było miło, bo dostaliśmy mnóstwo rzeczy za darmo i nawet za wodę nie trzeba było płacić, tylko się dolewało do kubka. Nabrałyśmy z Magdą ulotek i innych gadżetów, a Kadra chyba poparła jakąś partię w sposób dość nieświadomy. Nożyczki mi potem oddali. 

2:30 w nocy, poniedziałek
Ktoś: Gdzie jesteśmy?
Ja (patrząc przez okno, za którym noc ciemna): Chyba w Inowrocławiu.
Głos1: We Wrocławiu?!
Głos2: To ile jeszcze mamy do Poznania?

Bo wiecie, mieli nas obudzić w Poznaniu i powiedzieć, o której będziemy w domu. Nie obudzili - bo sami zasnęli. Tylko ja czuwałam, bo siadanie na murkach źle się kończy dla zdrowia.

Wróciłam w poniedziałek o trzeciej, ledwie żywa po dwóch dobach w autokarze, spałam do 13, po czym resztę dnia spędziłam na rozpakowywaniu walizek. Przywiozłam mnóstwo wspomnień, pamiątek i dobrego humoru - choć ten ostatni prysł pod wpływem nocnych informacji.

Dziś wrócił. Coaching działa - a Bóg to taka mądra instytucja, że jak chcesz za wiele, doprowadzi cię do stanu, w którym cieszy najmniejsza drobnostka. Dostałam maila, który nie znaczy nic - ale dla mnie był najwspanialszy na świecie. Cieszy to. I cieszy "Victime de ma victoire" puszczane co rano na przebudzenie ze starego discmana. I cieszą zwożone z księgarń dzieła, choć żadne z nich nie jest Całusem. Nic to, wyciągnę go od Młodej.

Idę się wyspać. Kiedyś, kurna, trzeba, o!

A potem wyszło tak jakoś,
Że mi skrzydła wyrosły u ramion
I poniosły nad smog wielkich miast
Aż do gwiazd...



Lill, ta fioletowa 15/09/2010 20:54:01 [komentarzy 3] Jakieś pytania?

Stare papierki
2015
Marzec
2014
Czerwiec
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2013
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2012
Wrzesień
Lipiec
Czerwiec
Kwiecień
Marzec
Styczeń
2011
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2010
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2009
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2008
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2007
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń

Galeria twarzy
Kiimi
Ziemo
Jah
Avil
An-Nah
Garcinda
Ada
Schmittka
Cineva
Mal
Mestari

Autobiografia
(klik)

Notka
Zdjęcie na szablonie własne. Słowa też moje. Szablon przejściowy. Czcionka z Serwisu.
Chcesz coś? Poproś.