Zobacz wszytkie serwisy JOE.pl
blogiblog4u.pl blogiblogasek.pl katalog stronwjo.pl avataryavatary.ork.pl czcionkiczcionki.joe.pl aliasydai.pl, ork.pl, j6.pl tapety tapety.joe.pl obrazkiobrazki na NK
Online: ---
zdrowie i choroby nieruchomości na mapie
Pamiętnik pewnej Okrrropnej Kreatury.
Szablon

283. Danzig.

- Ej, zacznijmy hodować owce!
- Po co?
- Tak dla jaj.
- No, z owiec to raczej nie będziesz mieć jaj.
- Faktycznie, prędzej z baranów.

Gdańsk podbity został. Nieważne, że podróż rozpoczęłyśmy w godzinach nieprzyzwoitych /o tej porze czasem chodzę spać, a nie się budzę/ i w niewygodnym pksie, bo nikt nie pomyślał o zamontowaniu w nim łóżka. I tak było rewelacyjnie.

Nasze rozmowy pksowe to temat na osobną powieść, tylko szkoda, że zapisałam w telefonie jedynie marny ich procent. Bo nie ma to jak dwie śnięte wariatki w pksie o szóstej rano. Oraz nasze refleksje odnośnie otoczenia:

Na widok rzeczki.
- Patrz, ile to ma iltrów sześciennych!
- Nie litrów sześciennych, tylko HEKTOLITRÓW SZEŚCIENNYCH!

Odnośnie tego, że niżej podpisanej chce się spać:
- Weź napisz do niego esa z pytaniem: "Masz wygodne łóżko?" Jak ma, to chętnie go poznam.

Czy jakoś tak. W każdym razie, lubię podróżować z Szanowną, tylko po co brałam tego wilkołaka, skoro nawet go nie ruszyłam? Żeby mi się korekta nie pogniotła?!

Sam Gdańsk też uroczy, odjąć chama. Poza chamem było masakrycznie cudownie. Zwłaszcza na plaży. Bo nie ma to jak moczenie nóg w taką pogodę - i wycieranie ich w "wilgotny" ręcznik. Cud, że trafiłyśmy na plażę i nie zgubiłyśmy się po drodze. Chociaż... czy siedzenie w tramwaju po przystanku końcowym nie podpada pod gubienie się?

I Daaaastan! Znaczy, w sumie nie Dastan, tylko Wilcek ewentualnie Pieeees. W każdym razie ja go tak ochrzciłam, a i tak trudno powiedzieć, na co reagował. Wolałam się nie drzeć przy ludziach "Daaastaaaan", bo jeszcze sobie co pomyślą. I tak boję się myśleć, co pomyśleli, widząc dwie dziewoje z aparatami uganiające się za Bogu ducha winnym husky. Niczym bumerang powraca pytanie - czy na Syberii /niekoniecznie starożytnej, choć to, co leży u mnie na biurku, twierdzi inaczej/ znają husky?

Po niewymownie drogich lodach wróciłyśmy na miasto, szukać jarmarku. Jak się okazało, jarmarku nie było, ale co się go naszukałyśmy, to nasze. Z wędrówki jest pełno zdjęć, nieco obiektów materialnych /z czego za najpiękniejszy definitywnie uważam lisiczkę, tak w temacie "Świętej księgi wilkołaka"/. Na zdjęciach można ujrzeć sceny typu uciekający z kadru berneńczyk, dotykany w miejsca intymne Neptun /trafiłyśmy na jego konserwację/ oraz restauracja z ruskimi napisami.

Te ruskie napisy prześladowały mnie zresztą pierwszorzędnie. Najgorszy był ten naprzeciwko Telepizzy, biorąc pod uwagę siedzącego przed nim Sobowtóra. Tak mnie zajęło uciekanie jak najdalej od Sobowtóra, że zapomniałam sfotografować napisu. Złe. A wcześniej, też z winy Sobowtóra, piłam colę jak wódkę i wzbudziłam obawy Avil. I mało nie pochlapałam wizji butów na obcasie od tyłu.

Zostały nam potem dwie godziny do pksu, więc... więc był spontan. Byle jakie autobusy, jedyna zasada - nie wolno patrzeć na rozkład. Jeździłyśmy, żeby wyjeździć nasz bilet dobowy, i było całkiem wesoło. Dwa razy... a może trzy?... chciano nam pomóc.

- Panie chyba nietutejsze.
- No...
- A dokąd panie chcą jechać?
- Wszędzie i nigdzie.

A potem jakiś facet tłumaczył, że "ten autobus jedzie do Gdańska". To gdzie my byłyśmy? I gdzie był ten Lidl wespół z Biedronką oraz domkami jednorodzinnymi?

Powrót to kolejny motyw epicki. W pewnym momencie autentycznie się zastanawiałam, czy nie zadzwonić do Niuli, żeby dała numer do cioci Joasi. Nocowanie na zamkniętym dworcu jakoś do mnie nie przemawia. Była przygoda? Oj, była. Nienawidzę ichniego pksowego dworca. Może i toalety mają o wysokim standardzie, ale żebym informację zamykać w środku dnia?! No i pks, który się spóźnił karygodnie. Oraz wcześniej, na który cała rzesza koczujących się ucieszyła, a on był, niech go szlag, międzynarodowy. I miał Crumpa na drzwiach!

Stres roku. 19:00, pksu nie ma, nikt nic nie wie, telefon mi się rozładował, a Niula właśnie zadzwoniła, że są z psem u lekarza. Że ja tam nie osiwiałam ani nie powyrywałam sobie ze łba mych pofalowanych włosów, to bardzo dziwne.

Ale co przeżyłyśmy, to nasze! Ja chcę jeszcze raz! Tylko obawiam się, że nie mam dość... czasu.

Wszyscy rozumieją, prawda?

Miało być jeszcze o snach i paru innych, ale House nagli, więc będzie kiedy indziej.

 



Lill, ta fioletowa 28/07/2010 21:58:11 [komentarzy 5] Jakieś pytania?

282. Nocne życie paranoików.

Jest coraz dalej, mży sufit echa
W takcie wagonów upływa las
Już za daleko smutek przejechał
W noce gwiaździste, noce bez gwiazd

Obce pejzaże są jak pocztówki,
Zwierzęta wycięte są tylko z atlasów
Już wyminąłem jasne i ciemne
Widoki wszystkich epok i czasów
(K.K.Baczyński, Ballada o pociągu)

Chodziła za mną w formie śpiewanej. Taki śliczny walc by z tego był, tylko umiejętności niewystarczające...

- Kupiłam ci - oznajmiła rano. Przyszła do pokoju i postawiła na stoliku bezcenną butelkę, wprawdzie z pokrętnym dozownikiem, ale tą samą zawartością.
I nie żebym miała lekomanię, bo to nie o to chodzi. Po prostu bezpieczniej się czuję, kiedy mam to przy sobie. I, o dziwo, im bardziej brak Buteleczki rozchwiewa moje poczucie bezpieczeństwa, tym rzadziej z niej korzystam. To taka forma ostateczności, wdrukowane przekonanie, że gdyby wszystko inne zawiodło, zostaje Buteleczka.
- Skąd wiedziałaś?
Nie myślałam, że będzie pamiętała. Ostatnio wydawało mi się, że w ogóle nie słucha. Zresztą, celowo nie wspominałam, że mi źle, że z każdym dniem czarna dziura pochłania bardziej i bardziej. Ona by to wyśmiała - tak sądziłam.
A wtedy się uśmiechnęła. Bardzo, bardzo smutno.
- Przecież nie jestem głucha.

Mam za sobą dwie najdziwniejsze noce w życiu. Dziwne przede wszystkim dlatego, że totalnie kontrastowe.

O tej pierwszej chciałabym jak najszybciej zapomnieć, chociaż i ona była potrzebna. Potrzebowałam tych łez, szeptanego spierzchniętymi wargami bezsensu i rozmów z licznymi alter ego. Te rozmowy już nie pomagały - ale i tak coś znaczyły, coś mi dały. Najwięcej zaś dało lustro.

Nie pamiętam, jak długo przed nim stałam, powtarzając, że tak strasznie, strasznie Jej nienawidzę. Za to, że jest idealna, że zabiera mi marzenia, że nawet nie potrafi być podła i robi to wszystko tak mimochodem. I że strasznie, strasznie nienawidzę siebie, bo ona przecież nie ma złych intencji. A ja tak. To ja chcę się dowartościowywać cudzym kosztem. To mi nie smakuje zwycięstwo, dopóki nie jestem na szczycie sama, a potem wściekam się o tę samotność na Boga. Mówiłam to wszystko i myślałam, aż w końcu przestałam widzieć cokolwiek.

I wtedy je zobaczyłam.Dwie zielono-brązowe /idealnie pół na pół/ plamki, w których odbiła się cała nieskończoność świateł, jak kiedyś, dawno temu, tak dawno, że ledwie to pamiętam. Taki pstryk, jak w filmach - w jednym momencie zrozumiałam, że właśnie krzywdzę osobę, którą kocham najbardziej na świecie.

A bliźniego swego jak siebie samego... Jak mam skończyć z nienawiścią do całej ludzkości, nienawidząc jednocześnie samej siebie?

Nie pamiętam, o której zasnęłam - ale na mój brak snu złożyły się jeszcze ińsze czynniki, o których w miejscu publicznym pisać nie wypada. Napomknę tylko, iźli w wakacje roku 2007 wspominałam już o moim zacnym sąsiedztwie. Tak, sprawa ma związek z sąsiedztwem.

Potem była lawina innych zdarzeń, które koniec końców doprowadziły do wczorajszej balkonowej północy. Że spędzam noce na balkonie, nie powinno już nikogo dziwić. Za dnia za gorąco, a kiedy się ochłodzi, jest tak dobrze, miło, przyjemnie... I gwiazdy znów układają się w ten sam znak, co kiedyś, oby to była dobra wróżba.

Balkon był taki jak zawsze. Na budynku w oddali straszyła reklama klejów Atlas, sąsiadka naprzeciwko stukała w klawisze... Samochodów przejechało przez cały ten czas pięć, a stałam prawie godzinę. Nawet latarnie bzyczały tak samo. Ale jakoś tak wyszło, taki splot okoliczności, dogodny czas i miejsce - że ja na tym balkonie właśnie wczorajszej nocy zadałam sobie arcyważne pytanie.

A jeśli tak właśnie wygląda szczęście? Jeżeli szczęście polega na tym, że stoję tu i teraz, spoglądam w okna, gdzie jeszcze pali się światło, oddycham nocnym powietrzem...? Że widzę tych wszystkich ludzi i z każdego ich gestu wyciągam kolejną historię? Jeżeli moje szczęście nie tkwi gdzieś tam, za widnokręgiem, tylko w domu, który z takim trudem wywalczyłam?

To było coś pięknego, mistycznego wręcz. Świat mi nagle pojaśniał i znalazłam sens, który zgubiłam gdzieś między orkiestrą na Szerokiej a plikiem kartek czytanych coraz to od nowa. Przypomniałam sobie własne myśli, że jestem prawie w raju. Żebyście mnie, do cięzkiej cholery, nie budzili z tego snu, a jeżeli to jest rzeczywistość, to Bóg musiał ostro przyćpać, kiedy ją stwarzał. Przypomniałam sobie, jak tanecznym krokiem przemierzałam moje miejsca, jak rzucałam monety moim ubogim i jak śmiałam się, kiedy po stwierdzeniu, że do pełni szczęścia brakuje tylko Rosjan minęłam faceta rozmawiającego po rosyjsku przez telefon.

Oczywiście, że mogłoby być lepiej. Po stokroć. Są marzenia, od lat te same, są jakieś nowe, są ambitne plany... I jest deszcz, który stuka mi właśnie o szybę, jest motyl, którego się wystraszyłam, jest Siostrzyczka... Jest tysiąc rzeczy, które sprawiają mi radość i egzystują niezależnie od tego, czy ktoś mnie pochwali, czy znowu powie "wyrzuć ten żużel z powieści, bo żużel odstrasza czytelników". A wała, a takiego! Ja tu jestem bogiem, to moja powieść, nie wasza, możecie radzić, możecie oceniać, ale nie macie prawa mówić mi, jak ma być. Będzie po mojemu i będzie dobrze.

Może właśnie to jest szczęście?

 



Lill, ta fioletowa 23/07/2010 21:26:37 [komentarzy 3] Jakieś pytania?

281. Drin.

- Ale to jest impreza zamknięta!
- To znaczy, że mam się zamknąć, tak?

Uff, było ostro. Pięć dni, a niech je, balangowych - znaczy całkiem balangowe dwa, ale reszta liczy się w poczet, bo wiecznie coś było w zanadrzu.

Dzień 1 - Lill's Eighteen VIP Party

Miałam lęki rozmaite, połowa się sprawdziła - bo połowy gości nie było. Na szczęście, rezerwacji nikt mi nie zabrał jak w niecnym śnie, gdzie moją rezerwację przepisano na Sawinę /skąd on tam?!/. I nawet żużel się objawił, towarzystwo mogło zatem ujrzeć, jak reaguję na "polskie szmaty" i "duńskie mendy". Oraz na prawie-bójki w duńskiej gromadzie /chciałam napisać "w danijskom holdzie", przy czym byłoby to w czterech językach naraz/. Towarzystwo dalej nie rozumie, co jest w żużlu pasjonującego, ale wierzę, że mają jeszcze czas, by się nawrócić.

/Nie bierzcie tego do siebie./

Było jak najbardziej VIP-owsko. Na wyposażeniu ochroniarze, goście z dalekiej Szwecji /tylko czemu oni byli za Urugwajem?!/, bębny, TVN24 i... pornol. Jak dobrze, że Karimi miał przybyć i dzięki temu zbrakło miejsca dla zakochanej pary, która miała chyba dosyć gry wstępnej i zamierzała przejść do czynów. Rozumiem - skończyłam te osiemnaście lat, więc winny być alkohol, papierosy i pornosy, no ale bez przesady. Papierosów zresztą nie było, bo mają złą karmę.

I nigdy nie pomyślałabym, że ratusz należy oznaczać stosowną plakietką. Tak jak nie pomyślałabym, że ten przeklęty bankomat znajduje się tuż kolo Szwejowskiego. Mądry Polak po szkodzie.

- Wypijmy za... za... za... *desperacko wyjmuje z torby przyniesione przez Mal dzieło*.. za tych państwa!

Ciekawe, ile osób w pełni zrozumiało powagę sytuacji.

Swoją drogą - mam nieodparte wrażenie, że kiedy wszystko się mieszało, a najbardziej pieniądze, alkohole i ińsze takie, niechcący zafundowałam Szwedom piwo. Ale głowy nie dam. Nie pamiętam nawet, ile bolsów wypiłam.

SMS do Avil jakoś po północy: "Czekolada od ciebie dotarła w stanie półpłynnym. Termometr pokazuje 28 stopni". Czemu upał musiał mi zepsuć imprezę?

Dobrze chociaż, że "Śniętego" nam nie zepsuł:

"Nie jestem śnięty, wiem
Upadam, podnoszę się
Tak trudno abstynentem zostać dziś
Już lepiej ciągle pić, nie wiedzieć nic"

Dzień 2: PASTA!!!

P lany były ambitne, tylko co z tego, skoro w paradę musiał wejść nieziemski upał. Jedyna wycieczka, jaką odbyłyśmy, zaczynała się na przystanku na Józefa, a kończyła w Polo koło piątki. I nie ma to jak dwie osobistości, które nie umieją liczyć. Nasze dobijanie do piętnastu złotych rządzi.

Znajomość Mal z Niulą nie zaczęła się może zbyt dobrze, ale skończyła wcale nieźle - wciskaniem prowiantu. Nie ma to jak Niulina troska o lud.

Było zacno nawet w tym upale, chociaż od niedzieli chronicznie brak mi czasu na Hetalię, a chyba się zakochałam. Hetalia - pasta - nasz makaron - arbuz. Łańcuszek skojarzeń, zatem kiedy przed chwilą pod mój nos podjechał dorodny arbuz, wybuchłam opętańczym śmiechem. Nie ma to jak obiad - makaron z chili, czekolada Bóg wie z czym, arbuz i ciasteczka obficie podlewane spirytem.

"Urządzenia elektryczne lepiej działają, kiedy się je podłączy do prądu", czy jakoś tak.

No i kartka z bazgrołami, z którą obecnie mam problem - jaki bazgroł był czyj. Ktoś mnie ostatnio pytał o oko, a ja nie wiem, kto w końcu rysował oko. Możliwe, że to praca wspólna.

Dzień 3&4: To już jest koniec

Trzeci dzień gości z rzędu, znaczy Avil i quizy na fejsbuku. I powstały z tego quiz "Kim ze Szkoły jesteś?".

A poza tym, co dalece istotniejsze, nastąpił oficjalny KONIEC. Po blisko siedmiu miesiącach ciężkiej pracy, kilkuset stronach notatek i Bóg jeden wie, czym jeszcze - koniec. Myślałam, że się ucieszę, ale na razie odczuwam jedynie pustkę. Źle mi bez pisania. Zbieram siły na rzeczy następne, ale zanim się zbiorę na coś poważniejszego, minie pół roku zapewne, jak zwykle.

I co poważniejszego miałabym pisać po Powieści Życia? To bydlę mogłoby rozmiarami konkurować z "Wojną i pokojem".

Dzień 5: Impreza Zamknięta

- Premiera już miałam, teraz wzięłabym prezydenta... ej, to źle brzmi!
Chwilę później.
- A z kim ty robisz ten wywiad?
- Z Benzem.
- TYM OD MERCEDESA?
- Co chcesz, Aśka ma kontakty.

Pewnie, że Aśka ma. Aśka po wyjściu z Molusa o tej pięknej północy /padało!/ napotkała wzrok bardzo dziwnej istoty - takiego skrzywdzonego przez los, wyłagodniałego... Prezesa. I nie przyjmuję reklamacji, że ja już wszędzie widzę Prezesa, bo nie wszędzie. A TO miało oczy Prezesa i uśmiech Prezesa, i włosy nawet... Tylko za łagodne było. Pomyślałam tak, a za rogiem wpadłam na białego mercedesa. No cóż.

- Nalejemy sobie winka...
*Widząc butelkę*
- Albo i nie nalejemy... Hej, ludzie, kto wychlał pół butelki?

Potem wyszło, że ja. Wyszło, jak spadłam prawie z podwyższenia didżejskiego. Albowiem spełniałam potrójną rolę - didżejki, barmanki i fotografki. Mam nadzieję, że moje zdjęcia z Tańca wyszły znośnie, Pani Solebilatko?*

Barmaństwo zaczęło się od niechęci do szampana. Miałam pół kielicha, a samego szampana nie toleruję i widzę po nim niebieskie światełka. Dolałam zatem soku pomarańczowego, wody i resztki bułgarskiego wina, tego, które ktoś opróżnił za naszymi plecami.  Wszyscy mi potem wieszczyli kaca - ale mój kac chyba polega na tym, że zeżarłabym pół lodówki. Jeżeli tak wygląda kac, to owszem, miałam kaca. I to potwornego.

Ale ten drin był mega dobry. Opatentuję go.

- Za co pijemy
- Za dzieci tej pani *i pokazuje na mnie*
- Oooo!

Czy naprawdę trzeba było tłumaczyć, że te "dzieci" to moje powieści? ech...

A na dokładkę dzień szósty, bo zdobyczny:

Radości dnia dzisiejszego: duża czekolada toffi, 87,7 procent ruskiego za mną, oczokrzywdząco różowy szal, nowa torebka /starej ucho się urwało/, wydruk 1500 i kniga pożyczona od Karimiego.
Smutki dnia dzisiejszego: problem z wywiadem, Nicki nie pojedzie w DPŚ /usilnie staram się bagatelizować problem, chociaż de facto chce mi się ryczeć/, upał i to, że pies mi śmierdzi zjełczałym tłuszczem.

Więcej grzechów... A nie, wróć. Refleksję mam, oto i ona:

niewiniątko - jest to osoba niepijąca wina tudzież utrzymująca, iż nie pije wina

Taka definicja się ukuła o trzeciej w nocy, podczas oglądania sportklubu w oczekiwaniu na nadejście Kaca-Mordercy.


*nie mogliśmy się zgodzić, czy urodziny świętuje solenizant czy jubilat, więc wyszedł kompromis. Solebilat.




Lill, ta fioletowa 15/07/2010 21:35:57 [komentarzy 3] Jakieś pytania?

280. Osiemnastkowe TOP20 - część druga.

Ciąg dalszy nastąpił.

10. Il Divo feat. Celine Dion "I believe in you (Je crois en toi)"

Znaleziona na płycie mundialowej '06 i pokochana od pierwszego przesłuchania. Słyszałam ją niezliczoną ilość razy, podejrzanie często w momentach, gdy nie sżło (Cardiff '06 itp.), ale miłość pozostała. Jeśli chodzi o konkretny moment - z pewnością pierwsze czerwcowe dni roku 2006, kiedy wszystko było jeszcze jasne, a ja nie pisałam po nocy mrocznych stron, których treść później spełniła się co do przecinka.

9. Archive "Day that you go"

Wymiennie z "Attimo di eternita" Stadio, to ta sama półka. Półka "Wrzuciłam na empetę, żeby było i znalazło się w najdziwniejszym momencie". Sierpniowy wieczór, słońce powoli chowa się za widnokręgiem. W nozdrzach wciąż czuję zapach kebabu z taniej budy, gdzie na kolację /jej/ zaciągnęła mnie Avil, na zmianę z metanolem z Ligi Juniorów. I potykam się o te żółciutkie śliwki rozsypane na drodze...

Próbowałam to potem oddać w "Szkole", magię tamtej chwili, lecz z miernym dość skutkiem. Zostało tylko wspomnienie wyścigu, na który się spóźnilyśmy, czego mojej towarzyszce nigdy nie wybaczę. Kobra dojechał na drugim miejscu!

8. Melanie C. "Northern star"

Że to się nie znalazło na miejscu pierwszym, to wyłączna wina systemu losującego. Najbardziej żużlowa - cóż za przewrotność w tym określeniu - z nieżużlowych piosenek, mój hymn Nocy Cudów. Znaleziona jeszcze za czasów półżużlowych, ale to ona i tylko ona królowała w starym odtwarzaczu przez całą pierwszą Noc. No, prawie całą - o czwartej wstałam i wyłączyłam dziada, coby Niula się nie wściekała.

Od tej piosenki i jej pochodnych powstał też, nawiasem mówiąc, adres niniejszego bloga.

7. Ace of Base "Muenchhausen (Just Chaos)"

W czasach, kiedy pilnie tej piosenki potrzebowałam, YT albo jeszcze nie istniał, albo nie istniał na tyle intensywnie, bym zdawała sobie sprawę z jego istnienia. "Muenchhausena" /i całą limitowaną edycję "Happy nation"/ przywiózł z Dojczlandii Jarko, a potem płytę szlag trafił, bo wpadła za tapczan. U dziadków co wpadło za tapczan, nigdy już stamtąd nie wypadało.

Pojmijcież więc, drodzy, me zdumienie, gdy pół roku po remoncie babcia przyniosła mi tę płytę, samą, bez opakowania. I płyta działa znakomicie, może troszeńkę się zacina. Po dekadzie spędzonej za przeklętym tapczanem! Od tamtej pory błogosławię remonty.

6. Enya "Book of days"

Tutaj historia krótka a banalna. Enya była od zawsze a nawet jeszcze dłużej, pamiętam ją z czasów, z których nie pamiętam nic innego. Ale "Book of days" na jakiejś, o zgrozo, kasecie magnetofonowej było pierwszą Enyą, którą osobiście przytachałam do domu, skoczywszy do Empiku po zajęciach plastycznych /tak, za podstawówki chodziłam na zajęcia plastyczne z, podobno, dobrym skutkiem/ . I jakoś tak na zawsze skojarzyło mi się z Bożym Narodzeniem, chociaż nie bardziej niż ukochane niemieckie kolędy.

5. Andrea Bocelli "Canto della terra"

...pieszczotliwie zwana "Piosenką Wrocławską" albo "Piosenką o tapecie". Wrocławską, bo gdy pierwszy raz jej słuchałam, znalazło się we mnie najstarsze ze wspomnień. Wyjazd z Wrocławia, noc, teatr, dworzec, rząd latarni i dziwne, różowo-szaro-purpurowe chmury. Ile w tym prawdy, ile mojej wyobraźni - trudno orzec.

Piosenka o Tapecie? Cóż, "Canto della terra" razem z całym Bocellim leciała w odtwarzaczu /wspomnianym już/, kiedy noc po chwilowym powrocie do domu spędziłam na obserwacji wzorków na tapecie.

4. Kurt Nilsen "Smell the roses"

Ach, gdzież te złote czasy, kiedy na interesujące piosenki czyhało się na VIVIE /niemieckiej oczywiście/ , zgrywało na VHS, po czym przegrywało w warunkach mało sterylnych na kasetę magnetofonową? I, oczywiście, słuchało dokonanego dzieła na magnetofonie "pamiętającym Hitlera", wedle obecnej nomenklatury.

I gdzie te czasy, gdy największy problem chodził wiecznie na czarno, Moń i ja latałyśmy po krzakach pod oknami księdza, a zamiast żużla były skoki? To se ne vrati...

3. Sylver "Wild horses"

Lonigo '05. Źli się cieszyli, ja wyłam z rozpaczy. Przedawkowałam sudoku,palec mnie swędział od pierścionka i utknęłam przy magnetofonie w kuchni. Ale może i to było w jakiś sposób, tajemniczo, potrzebne - choć z tamtej pory nie uchowały się żadne zapiski, przemyślnie usunięte z pamięci wszechwładnego Zwierzaczka.

2. Maryla Rodowicz "Opera mydlana"

I raz, i dwa... Gimnastyka wieczorna z Euro '08 w tle. Awesome Russia, argh, już wtedy coś mnie do Ruskich ciągnęło.  


To były moje naprawdę ostatnie dni w Mieście Absurdu - może dlatego wspominam je najmilej. Niewiele się działo, tylko nocami kibole krążyli po ulicach, dęli w podróbki wuwuzeli, a pies nie wytrzymywał nerwowo. Zdarza się wszakże i tak - ale dlaczego po usypianiu psa do drugiej w nocy następnego ranka musiałam koniecznie pisać sprawdzian z historii Kościoła?

1. Novaspace "Come out of your darkness"

Pachniało bzem i różanymi mydełkami, wyczuwalnymi nawet przez blaszane pudełko. Słuchawki w discmanie się popsuły, więc Andreas pożyczył swoje, które potem pojechały ze mną do Torunia. Gdzieś daleko, w odległym salonie, Babcia Krystiana oglądała transmisję z Sapporo - zwycięską dla mojego ówczesnego /i wiecznego w sumie/ ulubieńca. Była szósta rano, ale kogo to wtedy obchodziło?

 

 



Lill, ta fioletowa 9/07/2010 21:51:36 [komentarzy 4] Jakieś pytania?

279. Na osiemnastkę TOP20 - część pierwsza.

 

Słowem wstępu; Kryteria wyboru utworów były trzy: musiało się kojarzyć z konkretnym momentem, być lubiane obecnie i być nie więcej niż jeden utwór jednego wykonawcy. Kolejność całkiem przypadkowa. A dlaczego 20, a nie 18? Cóż, z tej prostej przyczyny, że się, kurde, zdecydować nie mogłam, o!

20. Jeanette "Right now"

Pamiętny rok 2003. Die Deutsche Eiche, magiczny sklepik bożonarodzeniowy w Neustadt i pierwsze wesele, na jakim byłam. Wesele, które dla mnie skończyło się, nie wiedzieć czemu, o 21. Teraz kompletnie tego nie rozumiem.

Od tamtej pory kocham niemiecką telewizję. I Neustadt.

 

19. Garou "Que l'amour est violent"

T o jest właśnie piosenka, dla której z TOP18 zrobiło się TOP20. Bo nie kojarzy się z żadnym momentem z przeszłości, a jednocześnie jest tak moja, że bardziej moja już być nie może. Pochodzi z czasów, gdy muzyka jako taka nie znaczyła dla mnie nic - a piosenka już była, siedziała w świadomości. I siedzi nadal, chociaż nadal wcale się nie kojarzy.

 

18. Chris Rea "The Blue Cafe"

Bardziej pasowałoby do TOP20 Sz.P.O., ale jest u mnie, bo to ona leciała w radiu Tamtego Popołudnia (Wieczoru?). Jechaliśmy z Niemiec z przesiadką we Wrocku, gdzie samochód Andreasa wymienialiśmy na auto Sz.P.O. Cały dzień słońce waliło jak głupie, a na naszej stacji (benzynowej) jak na złość zaczęło lać. I Dziadek zapomniał portfela. Andreas jechał za nami tak, jak w tym roku Jarko za Andreasem z wielkanocnym weisswurstem. To były czasy!

17. Atomic Kitten "The Last Goodbye"

Kiedyś, wyobraźcie sobie, Bzpr miał laptopa. Laptop był na noc zagarniany przeze mnie. Odbywały się na nim narady produkcyjne, odbywało się pisanie tekstów, któych już nawet nie pamiętam i śledzenie wyników Elite League. Była wiosna, leżałam ciężko przeziębiona i pocieszałam się, że Adrenalina ma grypę, więc zawsze mogło być gorzej. I oglądałam po pięć razy dziennie DVD z koncertu pożegnalnego Atomic Kitten. DVD do dziś służy mi do rozpoczynania wiosny - nie ma wiosny bez Kociaków.

16. Trans-Siberian Orchestra "Back to a reason"

Najsmutniejsza piosenka w tym zestawieniu. Do ghosts cry tears, do they feel years? Jeśli kiedyś dorosłam, to wcale nie dziś, w dniu osiemnastych urodzin, tylko właśnie wtedy. Trzeciego kwietnia. I pomyśleć, że jeszcze dzień wcześniej beztrosko słuchałam TSO, nie mając pojęcia, że za chwilę "Back to a reason" stanie się ponurym symbolem. Co nie zmienia faktu, że jest, po prostu, piękne.

15. Vangelis & Jon "I'll find my way home"

- A co, jak nas straż miejska złapie?
- Będziemy udawać, że nie rozumiemy po polsku.
- A jak oni znają angielski?
- Straż miejska? No coooo tyyy...

Piosenka warszawsko-leszczyńska. Bardziej warszawska, właściwie miałam tu wtrynić "Hymn", ale "Hymn" nie ma takiej mocy. Vangelis był najlepszym towarzyszem pierwszych dni na emigracji, a w wakacje 2007 stał się towarzyszem depeesiowym. Roman Iwanow, hej hej hej! A ja nadal nie rozumiem, dlaczego oni akurat po barażu puścili "I'll find..." zamiast zwyczajowego "We are the champions"? Ale u Byków zawsze mieli dziwne zwyczaje.

14. HHB & Tony Christie "Amarillo"

O wariacie na drodze.
- Bóg go chyba opuścił!
- Może to ateista?

 Chata góralska, jedno łóżko i jedna kołdra, którą zaopiekowała się Rudosława. Wuwuzele na Krupówkach. Dwie nieprzespane noce w rytmie Jarre'a oraz "Dżem wyszedł, zadzwonię jak wróci". Złote myśli kibiców: "Nawet, jak będzie źle, to i tak będzie dobrze". Oraz tęsknota za jakże odległą Bydgoszczą i za Grand Prix. Pierwsze i ostatnie skoki, które oglądałam na żywo (znaczy, pierwszą serię oglądałam, potem uciekłyśmy). Norweski szalik. No i pomysł, który przywiozłam z Zakopca i na którym oparła się pierwsza zakończona powieści. Dużo tego było.

13. Zuzanna Szreder "Biało-czerwoni"

 Ci, którzy mnie znają, zastanawiają się zapewne, co TO robi w MOIM TOP20. Pasuje, przyznajmy, do moich poglądów jako ta pięść do nosa. Ale cóż poradzę, że pierwsza GP w życiu na stadionie, Wrocek '06, rozpoczęła się właśnie tą piosenką, której potem beskutecznie poszukiwałam przez trzy lata, pamiętając raptem dwie linijki... Znalazłam rok temu. W Lesznie. I chociaż Polaków nadal nie lubię, piosenka jest urocza.

12. Fool's Garden "Lemon tree"

O trzeciej w nocy biegłam boso przez Piotrkowską, a jeden wypity kieliszek wódki mieszał się w żołądku z pięcioma filiżankami gorzkiej herbaty. Siadłam na kolanach Rubinsteinowi, po czym oświadczyłam, że ja do Grandu nie wracam. Skusiła perspektywa ukradnięcia mydła no i siedzenie na parapecie. Piąte piętro. Drugie wesele w życiu. Karolina - i nawet nie pamiętam, o czym wtedy rozmawiałyśmy. Poza tym, że o żużlu.

I na bazie tej piosenki powstało później "Another Victory" ku czci Nickiego i jego zwycięstw, które stały się już nudne. Znaczy, wtedy.

11. Vanilla Ninja "Hellracer"

Różni ludzie różnie by zapewne ocenili powód obecności "Hellka" w zestawieniu. Dla mnie powód jest jeden - majowe noce roku Pańskiego 2005, pierwsze Wielkie Schizy, eurowizja, płyta Vanillek i parę innych szczegółów. Od "Hellracera" wzięła się moja pierwsza prawdziwa, niedokończona powieść. I nic to, że Alex miał być początkowo włoskim rajdowcem, a rzecz działa się w Rzymie. To wszystko błędy młodości.

A w ogóle, kto ma wydruk tego dziadostwa? Bo nie ja!



Lill, ta fioletowa 5/07/2010 21:28:48 [komentarzy 7] Jakieś pytania?

Stare papierki
2015
Marzec
2014
Czerwiec
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2013
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2012
Wrzesień
Lipiec
Czerwiec
Kwiecień
Marzec
Styczeń
2011
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2010
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2009
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2008
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2007
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń

Galeria twarzy
Kiimi
Ziemo
Jah
Avil
An-Nah
Garcinda
Ada
Schmittka
Cineva
Mal
Mestari

Autobiografia
(klik)

Notka
Zdjęcie na szablonie własne. Słowa też moje. Szablon przejściowy. Czcionka z Serwisu.
Chcesz coś? Poproś.