Zobacz wszytkie serwisy JOE.pl
blogiblog4u.pl blogiblogasek.pl katalog stronwjo.pl avataryavatary.ork.pl czcionkiczcionki.joe.pl aliasydai.pl, ork.pl, j6.pl tapety tapety.joe.pl obrazkiobrazki na NK
Online: ---
zdrowie i choroby nieruchomości na mapie
Pamiętnik pewnej Okrrropnej Kreatury.
Szablon

274. Płochaja artistka.

Na temat wczoraj wypowiem się o tyle. Po pierwsze - palmy w KFC są złe, a jeszcze gorsze, gdy aparatu brak. Po drugie - kible w Kolegium też są złe, w dodatku kible z zawartością o imieniu Iwonka. Po trzecie - przeklinanie po rusku, kiedy za tobą stoi dwóch Rosjan to headshot. Po czwarte - bieganie w szpilkach po torowisku szkodzi zdrowiu. Nie tylko osoby biegającej. Po piąte - "Wielka księga przysłów" jest fajna, ale dyplom wzbudził we mnie chęć wytapetowania przyszłego pokoju jemu podobnymi. Po szóste - impreza była fajna, dopóki z niej nie wróciłam.

 

Ale że impreza jutro kolejna, tym razem dłużej, zostawię temat. Miało być o artystce, to będzie o artystce, a na wczoraj spuszczamy zasłonę milczenia. Wymownego.

 

W dniu pod tytułem wtorek, kiedy naprawdę nie miałam na to czasu, udało się wreszcie dorwać Panią Psycholog. W dziesięć minut przeleciałyśmy mój średnio zacny życiorys i nawet zapomniałam o tym, jak koszmarnie się spieszę. Dzięki Dorze, że mnie wpuściła, bom się ciekawych rzeczy dowiedziała.

 

1. Mam zaniżoną samoocenę. Nic nowego dla tych, co mnie znają. Średnio trzy razy w tygodniu zadręczam ich efektami owej zaniżonej samooceny. Ale jak tu jej nie mieć, skoro nic, do jasnej ciasnej, NIC mi w życiu nie wychodzi?! /i uprzedzam, jak ktoś się przyczepi słowa "nic", to zaciukam z zimną krwią, bo po wczorajszym wolę o pewnych rzeczach NIE MYŚLEĆ/ Nie przesadzam. W żadnym konkursie nie potrafię wygrać, więc może to nie wina konkursów, tylko moja? I mam koszmarny ruski akcent. I pisać też nie umiem.

 

2. Mam zbyt krytyczny stosunek do ludzi. Moja reakcja: "A jaki mam mieć, skoro wkoło pełno idiotów?!" Przesadziłam. Idioci są w dużej mierze bezimienni, a jeśli imienni, to na odległość, więc nie powinno być źle. Co nie zmienia faktu, że kraj, w którym żyję, napawa mnie momentami najgłębszą odrazą. Jak to padło w innym kontekście - w Boga to ja wierzę, tylko w ludzi coraz mniej. Mam powody, uwierzcie.

 

3. Jestem osobowością neurotyczno-paranoidalną. Nic nowego tym bardziej. Odżywiam się paranojami, a ich brak wpływa na mnie zdecydowanie ujemnie. Obecnie paranoizuję, że nic mi się w życiu nie uda. Co będzie następne, to chyba nikt nie wie.

 

4. Jestem niecierpliwa. Cytując Pewną Damę: "No łał!" Jestem koszmarnie niecierpliwa i nie wytrzymuję faktu, że Wydawnictwo mnie olało. Że pan R. zrobił to samo. Że Ten Od Wilka również tak postąpił. Że w ogóle czuję się maksymalnie olana przez wszystkie Wielkie Szansy. Jakieś pytania ftemacie?

 

5. Mam wybitne uzdolnienia plastyczne, muzyczne i językowe. Pozwolę sobie na brak komentarza. Osądzi historia.

 

Wnioski: typowa artystka. Przewrażliwiona, aspołeczna i genialna. To aby na pewno do mnie pasuje? Pasuje to czy pasuje to, co mi wyszło w similariach /władza, inteligencja, wolność/? Ktoś zna odpowiedzi?

 

Poza tematem - w nocy z czwartku na piątek, kiedy teoretycznie powinnam spać przed Ważnym Wydarzeniem, przeczytałam genialny wywiad z Środą. Życiowy. Pozwolę sobie na cytat, bo jak mało co pasuje do mojego sposobu myślenia:

 

"Konsekwentni” (...) to, ci dla których zasady są ważniejsze niż ludzie. Jeżeli uznają, że prawda jest ważną wartością, to będą ją głosili nawet wtedy, jeśli miałaby doprowadzić do śmierci czy cierpienia drugiej osoby. W Polsce np. głosiciel „obrony życia poczętego” nie będzie zwracał uwagi na zdrowie i życie kobiety, byleby zasadom stało się za dość. Dzieckiem żyjącym nie zajmie się również. Chodzi mu tylko o zasadę. Jej świętość. Jest jakieś niebezpieczeństwo w postawach, które nie uznają „mniejszego zła”. Bo cała trudność w moralności polega na tym, że głosząc ważność pewnych zasad, musimy niekiedy od nich odstąpić, by obronić wartości ważniejszych. Uznając wartość prawdy możemy niekiedy skłamać, by uratować kogoś przed cierpieniem. Uznając wartość obietnicy możemy niekiedy ją złamać, by ochronić kogoś przed poważną krzywdą itd. Sztywne kodeksy mogą prowadzić – jeśli nie do fanatyzmu – to do hipokryzji, co jest chyba jeszcze poważniejszym zagrożeniem. Dlatego reagowanie odpowiednie do sytuacji wydaje mi się z etycznego punktu widzenia najlepsze. Oczywiście musi być to połączone z wiedzą, wrażliwością i przede wszystkim – odpowiedzialnością. Czasem trzeba odstąpić od pewnych zasad, żeby zapobiec krzywdzie. Przecież po to jest moralność.

 

Wam do oceny. Moja opinia jest zbyt obrazoburcza, żeby ją wygłaszać publicznie. Ale chętnie ujmę ją w "Świętszych od papieża", jeśli kiedyś oszaleję na tyle, żeby to napisać.





Lill, ta fioletowa 29/05/2010 19:55:17 [komentarzy 5] Jakieś pytania?

273. Spokojnie, to tylko apokalipsa.

Żart na dziś:
Przychodzi papież do Golloba, a Gollob też papa.

Sytuacyjne, tylko dla wtajemniczonych, ale co tam. Dzisiaj mamy Najważniejszy Dzień, który świętować winno się w sposób następujący: dużo żużlić. Nie tolerować nieżużlenia. Tylko co zrobić, kiedy żużla na żywo niet, a tego nie na żywo nie zdążę nawet wyciągnąć. Za pół godziny House, w międzyczasie nawiedzi mnie przedstawiciel mafii polskiej w celu ściągnięcia haraczu w wysokości dychy, a wypadałoby się jeszcze uszykować na jutro. Gratulacje dla tej pani, która dzień spędziła na pisaniu.

Dobrze, nie przesadzajmy. Dzień to to nie był. Musiałam polecieć z psem, ze śmieciami i z listem do wysłania. Oszwabili mnie na poczcie /jak Polaków po wojnie, że tak nawiążę/ niemożebnie, śmieci się wysypały, a pies ma ADHD. Nic nowego.

Wczoraj było dziwnie. W tym autobusie w sensie, kiedy wszyscy się na mnie gapili. Co za ludzie, w życiu niebieskiej róży nie widzieli? Jak się ma niezwykłą matkę, to i kwiatek dla niej niezwykły musi być. Na półpiętrze wstawiłam roślinność do doniczki, coby mi w przygotowywaniu się nie przeszkadzała. A potem szlag trafił przedstawienie, bo drzwi musiał otworzyć Bzpr z Rudem wraz. Rude oczywiście jest przekonane, że wszystkie kwiaty to dla niej. Co za zwierzę.

Spontaniczne, samotne wypady na miasto definitywnie są ZŁE. Wracałam o wpół do piątej wściekła, spocona, z bolącym pęcherzem i głodna niczym stado wilków /na marginesie - wiedzieliście, że "latarnia" to określenie zarówno wilczego oka, jak też wilczego łba?/. Ale warto było. Załatwiło się mulinę na prezent dla M. /pani M. i nie, nie kojarzcie tego z 1500km/, knigę dla Mal /i przy okazji rabat w miłej księgarni/, knigę dla Niuli, knigę dla pani prof. M. C.-F. /w sensie nowy podręcznik od niemca, za którym przegoniłam przez pół sklepu faceta z obsługi/ oraz gramatykę rosyjską ku chwale i czci Wielkiego Sąsiada /nie, nie mam na myśli Matki!/.

Rusyfikacja trwa. Dzisiaj nastał szczyt szczytów, kiedy musiałam pospiesznie zmazywać relief z szybki, bo imię "Ania" zaczęłam pisać "AH...". Potrafię też powiedzieć pół zdania po polsku, pół po rosyjsku i nawet nie ogarnąć, że coś jest nie tak. Nie wspominając o oglądaniu Anastazji w wersji rosyjskiej z angielskimi napisami. Zastanawia mnie niezmiernie, dlaczego w napisach kierowca miałam na imię Andriej, skoro słyszałam wyraźnie Ilja? Albo na odwrót.

Poprawna POLSZCZYZNA też rządzi. Wchodzę na ich stron od miesiąca i dopiero dzisiaj obadałam na niej fajne linki. Tylko problem, bowiem jeden z fajnych linków zaprowadził mnie... nie, nie do piekła... na stronę o transkrypcjach. Ha, mam w ręku twardy dowód na to, że to moja była racja we wszelakich sporach ftemacie*. Wynika z tego zresztą, że nie żaden Roman Poważnyj, tylko POWAŻNY. Ależ mi ulżyło.

1500 przekroczyło barierę 350 stron. To mnie przeraża. Pan Achmed też mnie przeraża, do spółki z panem Wieprzem. Informacje na ich tematów uzupełniam na bieżąco, w miarę posuwania się w lekturze "Mafii rosyjskiej". 4 strony notatek drobnym maczkiem, w dodatku ołówkowych... A jutro chcę to przepisywać. Powodzenia tej pani.

Eurowizja inspiruje. Z oglądania tego, co wszyscy rzekomo wstydzą się oglądać - a i tak są potem dziwnie ftemacie - wynikła piosenka ilustrująca nienapisane jeszcze "Ting Tar Tid". Coraz większą mam na to wenę, w miarę oglądania żużla... Chociaż może poza niedzielnym.

W niedzielę stwierdziłam, iźli z optymizmem patrzę w przyszłość - bo gorzej to już nie będzie. Nicki pojechał jak ciota, nasi przegrali, a Krater Gollob-Gollob zrobił rekord toru. Na dodatek wracaliśmy ze stadionu godzinę /"Pięć kilometrów - siedem minut jazdy" "Kwadrans temu było dziesięć minut"/ w rytm powodzi /"Już starożytni powiadali, że wszystko płynie"/. Ale ja naprawdę nie przypominam sobie, żeby tam po prawo było jezioro, w dodatku wokół jakiejś wieży radiowej/telewizyjnej/Bóg-wie-jakiej. Ale co tam, nie będziem tego wspominać w Najważniejszym Dniu. Radować się dziś należy z samego istnienia żużla. Oraz żużlowców.

Wyobrażacie to sobie, że gdybym pięć lat temu nie jadła tej przeklętej marchewki, nie byłoby Joanny Andriejewny Bazgrolnikowej? Szkoły by nie było, 1500 by nie było, nic by nie było... Paru zacnych kontaktów by nie było. Nocy Cudów by nie było /w telewizji powiadają - Noc Cudów powraca/. Obecnego szablonu też by nie było.

PS: Następnym razem, jak znajdę więcej czasu, opowiem Wam o tym, jak zostałam Typową Artystką. A na razie - noga na gazie i bierzemy wiraże. Ajuści!**


*pisownia celowa. Ale dlaczego, długo by tłumaczyć.

**kto chce być ftemacie, niechaj posłucha piosnki "Zbawiciel Diesel" Lao Che



Lill, ta fioletowa 27/05/2010 20:41:21 [komentarzy 2] Jakieś pytania?

272. Jestem żużlowcem.

And the night and the dark
And the hopes and the dreams
As we all play our parts
While ignoring the screams

So we lie to ourselves
And we just carry on
Never stop, never turn
Don't admit what is...

Gone in to this twisted story
All these things so clear before me
Every path we've ever taken
Can't admit we were mistaken

(TSO, "Epiphany")

Jestem jak taki żużlowiec. Doszłam do tego wniosku już w niedzielę, ale w poniedziałek nie miałam kiedy go zapisać ku potomnym, a wczoraj blog4u wziął i się popsuł. Zdanie jednakowoż zostało, chociaż możliwe, że okoliczności nieco sie rozmazały. Albo... zmieniły. To lepsze słowo.

Jestem żużlowcem, ale nie takim tam zwyczajnym, pierwszym lepszym. Charakterologiczne podobieństwo do Nickiego, Jasona czy Sajfa* się ujawnia, drodzy państwo. Bo ja nie chcę być druga, nawet jeśli na to drugie miejsce przebiłam się z czwartego. Ja muszę być najlepsza i to żadne tam chcenie, tylko wręcz uzależnienie. Nie zwrócę uwagi na to, że przeszłam tysiąc kroków po cienkiej linie, jeśli moja noga powinie się przy tysiąc pierwszym. Nie chcę stać na podium obok zwycięzcy, bo znienawidzę tego zwycięzcę tylko za to, że stanowi motor napędowy moich cholernych kompleksów.

I może to jest jakieś wyjaśnienie**, dlaczego za każdym razem, gdy myślę o wielkim szczęściu, które mnie spotkało, chce mi się ryczeć. Nie ze szczęścia. Zresztą, nie będę się produkować o niedzieli i ciągu dalszym - na to przyjdzie czas, po co zapeszać.

Zaczęłam się wsłuchiwać uważniej w teksty Siberianów. Najwyższy czas, nie uważacie? I zakochałam się jeszcze bardziej w Epiphany. Takie to życiowe, takie moje, takie śliczne...

Did you ever walk up
To the edge of a cliff
Stare into the abyss
As your mind wonders if

You should take one more step
Further into that night
Well your mind says you won't
But your heart says you might

"Staliśmy nad przepaścią, ale uczyniliśmy wielki krok do przodu."*** A tak serio - wypisz, wymaluj - ja i moje przejścia chociażby z osiedlową drogą krzyżową. Albo ze starymi grobami dzieci na cmentarzu. Odkryłam, że mam pod nosem cudowny cmentarz. Czy też raczej odkryliśmy - we dwoje, Bzpr i ja. Sobotni wieczór był szalony, "Kalinka" na melodię requiem i wywrzaskiwanie odczytanych z nagrobka czerwonoarmistów słów. I genialne: "Polacy? To nie, ja idę dalej...". Nie pytajcie lepiej, tam się za dużo działo.

- O, padziemnyj pieriechod!
- Tu żeś mnie zdumiała...

Ale poza tym byłam wytrącona z równowagi przez ten weekend. Żal mi się zrobiło Sz.P.O., kiedy go zobaczyłam, znów spadła mi samoocena i jeszcze zgubiłam gdzieś oczko z ulubionego pierścionka. Ale, ale, ale - odnalazła się przypinka! Mój Wostok, mój najdroższy. Niemożliwe, był cały czas w torbie, chociaż przetrząsnęłam ją ze trzy razy i go NIE BYŁO. Ktoś to w ogóle rozumie?

Z rzeczy innych: Hamar '03 po zrywie gdzieś w połowie kwietnia leży odłogiem. Anastazja podobnie. Ale to dobrze - podkręcę się, podjaram, to przyjemniej będzie potem oglądać jedno i drugie. Już teraz mi wszystko skacze, bo na YT ładuje się "At the beginning". Kurde, dlaczego chciałabym, żeby ktoś zekranizował Szkołę? Bo soundtrack! Co innego moje radosne pomysły (wczoraj jeden z nowych utworów zyskał wreszcie godziwy tekst), a co innego taki soundtrack z prawdziwego wrażenia. Ale jakiś uroczy, bo ja nie chcę nic brutalnego. Szkoła filmowa też ma być urocza, o. 

Żaden reżyser nie zechce moich tworów, skoro chodzą w pakiecie z czepliwą autorką...

Ach, ach, a w przyszłą środę siedzę do oporu i piszę, aż zasnę przy biurku. Udało mi się wybłagać dzień wolny od pracy - a to przecież nadal jest poprawna polszczyzna, kiedy piszę, czyż nie?

Btw. Mam straszną ochotę napisać do wydawnictwa****: "Czy przyjęlibyście mnie państwo do pracy jako korektor? Czytając wydaną przez państwa 'Rosyjską orchideę', odnoszę wrażenie, iż macie wakat na tym stanowisku".


*napisałabym "Emila", ale nie chcę robić kolizji oznaczeń

**za Raspailem powtarzam. Przedawkowałam "Obóz świętych".

***cytat z pamięci, niedokładny

****nie, nie do TEGO wydawnictwa


Głosuj (0)

Lill, ta fioletowa 19/05/2010 20:51:59 [komentarzy 6] Jakieś pytania?

271. Joanna po godzinach.

- Co to jest?
- To jest dziura.
- To jest dziura w ziemi.
- To jest duuuża dziura w ziemi!

Ta notka jest niejako odpowiedzią na życzenie ludu. Lud albowiem wyraził w dniu dzisiejszym życzenie, by dowiedzieć się, co w trawie piszczy, znaczy co Joanna robi popołudniami. Tak, tak, jeśli ktoś z uczestniczących w pogawędce autobusowej to czyta i się teraz czerwieni, niech wie, że ja mam swoich informatorów na mieście. Tak, to ci, co wyglądają jak wysłannicy mafii. Dokładnie ci.

Skoro zatem chcecie wiedzieć, co Joanna wyprawia popołudniami, to macie:

1. Joanna knuje.

Jak wygląda knucie? Ano obkładam się książkami i kombinuję, koncypuję i inne na ko, tylko kobry w to nie mieszajcie. Dzisiaj leżą wokół mnie "Kuchnia rosyjska", "Mafia rosyjska" i... "Petersburg". Też rosyjski. A wszystko to na poczet Tysiąca i pół tak zwanego, któryż to od dziś oficjalnie staje się moją najdłuższą powieścią, licząc u progu kolejnego rozdziału stron całych dwieście dziewięćdziesiąt jeden, dwieście dziewięćdziesiąta druga w produkcji. Do końca zaś daleko, koniec mi ino gdzieś na horyzoncie majaczy, tylko z tego majaczenia chwilowo niewiele wynika.

I kocham moje Tysiąc i pół miłością matczyną /niech wam się to źle nie kojarzy, zwłaszcza niektórym/, zaborczą do nieprzytomności, więc chyba nie ma co liczyć na pokazanie go za pomocą netu szerszemu gronu.

A powieść, jak by ktoś nie wiedział, to ambitne przedsięwzięcie. Już nie mówię o tym, ile musiałam przeczytać, żeby móc w ogóle zacząć pisać tego bydlaka... Ale samo pisanie to tak pół godziny na stronę, dwadzieścia minut jak się rozkręcę, w transie schodzę do kwadransa. Ale w trans się chwilowo nie wprowadzam, to niebezpieczne - nie byłabym w stanie nic robić, tylko siedzieć i pisać. Przerabiałam motyw w wakacje - prawie zero snu, a jadłam tylko wtedy, kiedy przypomniałam sobie o istnieniu żołądka. Trochę na krawędzi taka egzystencja.

2. Joanna się stresuje.

Zwłaszcza teraz. Odświeżające się tabelki mode on i jedziemy z koksem. I wściekam się co chwilę "Głupi Grisza!", przy czym uparcie mi się merda, z Griszy wychodzi Kosa, bo to przecież jedno i to samo. Tylko nie w tej rzeczywistości, ale o tym jakoś nie myślę. Klasyka gatunku.

Anyway, żużl potrafi być absorbujący. Człowiek siedzi przed kompem, obgryza paznokcie ze stresu, wkurza się, jak już powiedziano, na Griszę /chociaż nadal bardziej go lubi niż nie lubi/, a potem pomstuje, że nie ma żadnego realnego wpływu na wynik. Jak w sobotę.

Oby następna GP była lepsza. Bo gorsza to już chyba pod względem wyniku nie będzie, prawda?

3. Joanna zwiedza

- Rozumiem, że to siedmiopokojowe to ta rudera przed nami?
- Ej, podoba mi się! Zamieszkajmy tu!
- Boże...

Zabawnie było wczoraj, pomijając fakt, że te podróże zeżarły mi pół popołudnia. Nie ma to jak tułanie się po potencjalnych swoich mieszkaniach i wnioskowanie o lokatorach na podstawie magnesów na lodówce tudzież zdjęciach w ramkach na parapecie. Wnuczka jednej z właścicielek ma goldusię!

To fajne zajęcie - planować, co się gdzie ustawi, kto który pokój zajmie. Wykłócać się z Bzpr o zabudowany balkon /w końcu go nie chcę, za ciemny jest, ja nie mogę mieć ciemnego pokoju/ i obiecywać, że następnym razem zwizytuje się mieszkanie z psem. Pies wszystkich kocha i wszyscy kochają jego, to w czym problem?

4. Joanna się dziwi.

A co Wy byście robili, gdyby rano włączyły Wam się na mpcie piosenki w takiej oto kolejności: Matka - W aucie - Dziewczyna Gangstera? To już samo w sobie jest podejrzane, ale okej, przyjęłam, że to ma głębszy /głeboki jak seta u sporofitu/ sens. I, niestety, miało.

Ale przecież u mnie w aucie jest miejsce!

Yyy... po tym, co słyszałam i czego sama się domyślam, chyba podziękuję. Nie żeby coś, ale jeszcze popadnę w stany lękowe. Poza tym, ja rozumiem, że maj to miesiąc Matki, ale bez przesady z Instynktem Macierzyńskim. Nie dam się wrobić w TAKIE NIECNE RZECZY. Niech lepiej Matka poświęci Instynkt na realizację Niedorzecznych. Będzie pożytek dla społeczeństwa.

5. Bonusy wszelakie

Notka wyszła zupełnie nie tak, jak miała, no ale kij z tym. Mam zły humor, bo zgubiłam /albo ktoś mi w tym zgubieniu dopomógł/ ukochaną przypinkę, tę z napisem Wostok, tę, którą polerowałam pięć razy dziennie, żeby ślicznie wyglądała. I wcięło ją. Niby to dycha w tę czy w tamtę, ale na okazję ponownego zakupu muszę czekać aż do GP, a i tak nie ma pewności, czy będzie.

A propos GP:

Jedź do Pragi, ja cię proszę, JEDŹ DO PRAGI!!!

A wała. Nie jadę do Pragi, żeby potem płakać w Toruniu, nawet jeśli znajdują się chętnie na zasponsorowanie takiej wycieczki. Nie ze mną te numery, o, ja chcę, żeby mi w Toruniu Mistrzu wygrał. Prawo serii wiecznie żywe, tak czy nie?

+ muszę posprzątać playlistę

+ jeszcze bardziej muszę dojść do ładu z tyłem okładki

+ cholera jasna, ile można czekać?! Jeśli cierpliwość jest cnotą, ja moją już dawno straciłam, ot.

+ muszę pozbyć się wątku Mariny, bo Uniwersytet Gdański chyba wymaga ode mnie tego poświęcenia

+ ja nie daję, ja Kenneth, Kenneth, Kenneth Bjerre! Przepraszam, w sumie się podjarałam, bo jeśli nie Nicki i nie Emil, to inny Dun /aha, i właśnie wyszło, że meiner Meinung nach Emil jest Dunem, cudownie/

+ w odpowiedzi na pytanie, na jakie studia ja idę:

- No przecież nie musisz teraz decydować, masz jeszcze cały rok...
- Ta, a dzisiaj to czemu mi kazali wpisywać, na jakie fakultety idę? Tak dla jaj?
- I co wpisałaś?
- A co mogłam wpisać? Polski i historię.
- Rany, kobieto, zmarnujesz się...

+ nie wspominać przy mnie o księżach, chyba że komuś zależy na tym, żebym go zniszczyła wzrokiem


Głosuj (0)

Lill, ta fioletowa 11/05/2010 20:56:34 [komentarzy 4] Jakieś pytania?

270. Niespokojna jest ta noc.

Zostało dziś naukowo /przeze mnie/ dowiedzione, że nowa fryzura daje +2 do lansu, +5 do pewności siebie i +9 do dobrego humoru. Bycie psychicznym wrakiem przeszło jak ręką odjął i tylko czekam na wieczór, żeby sobie zrobić sesję w stylu neogotyckim /przepraszam, mię odwala dziś/.Albo gangsterskim. Or whatever, w końcu potrzebuję trzech różnych /trzech? czterech!/ wizji mnie w trzech /czterech!/ różnych celach. Wypadałoby, żeby Ioannah zaczęła mieć twarz. Na Szkole mi się marzy sygnować wszystko własnym ryjem. No i może tutaj też się wreszcie objawię, w dodatku z przeredagowanym opisem siebie samej, bo stary się lekko zdeaktualizował. A czwarty cel niechaj pozostanie /tymczasowo/ moją najsłodszą tajemnicą.

Tak totalnie btw. Wczoraj poczułam, że mam władzę. Nie tylko mogę wpływać na przeszłość, ale jeszcze pozostawia się w mojej gestii, czy zachować dokonane zmiany. Szczegóły? O, tutaj je macie. Bosko, nie?*

Ale tak poza tym, to chyba zrozumiałam, że pewnych zachowań wprowadzać w życie się nie powinno. Zwłaszcza, gdy doskonale się wie, czym one grożą. Jakbym zdążyła zapomnieć o drugiej gimnazjum, kiedy to mało się jadło, mało spało, w nocy żużel za żużlem, a potem mnie z ławki zdrapywali, bo zasnęłam w środku biologii. No tak, od tamtej pory minęły trzy lata, a skleroza nie boli.

Kiedy ja ostatnio się wyspałam? Nie pamiętam, chyba przed olimpiadą, z środy na czwartek, bo z czwartku na piątek był House, a po Housie nie mogę spać, z piątku na sobotę czytałam zdobycze, z soboty na niedzielę jechałam, z niedzieli na poniedziałek czytałam, a potem... No jakoś nie było czasu. Zwłaszcza odkąd zaczął się długi weekend - chodziłam spać tak późno, że aż wcześniej, bo przecież pisanie...

No i musiało się tak skończyć. Siekło mnie wczoraj o 23, a potem ze zmęczenia nie mogłam spać... Skończyło się tym, że o pierwszej w nocy jadłyśmy z Rudzią bułki /nasze ulubione/, a w tle deszcz wlewał się do pokoju przez otwarte okno. Zmoczył mi roślinkę, Tęczowy Kieliszek i Komodę. O ile Tęczowemu wszystko jedno, bo i tak zawiera wodę, a roślinkę uchroniło przed uschnięciem, o tyle Komoda uznała to za brak szacunku. I przytrzasnęła mi dziś palce w ramach odwetu. Nie ma co, lubimy takie zachowania. Straszniście. Ale ja chyba nie o tym miałam.

W każdym razie - odchorowałam artystyczny tryb życia. Odchorowałam również psychicznie efekt artystycznego trybu życia. Dawno tak mocno nie przeżywałam razem z bohaterami. Strasznie mi smutno i nie pociesza mnie nawet myśl, że to da się jeszcze odkręcić... Nie beczałam tak nawet po scenie śmierci. Paskudztwo.

W ogóle, powinnam zacząć spisywać moje refleksje twórcze, niezła lektura by z tego powstała.

Dzisiejsze, dialog między mną a Bzpr:
Ja: Opiekunie, zrobisz ty coś dla mnie?
Bzpr: Co ci tym razem uszyć?
Ja: Nie, nie, co innego... Masz-li w pracy drukarkę?
Bzpr: Nie mam.
Niula: Ma, kłamca jeden!
Ja: A mógłbyś...?
Bzpr: ile stron?
Ja: Yyy... 163. Ale powiesz, że to dla przyszłej noblistki, to ci chyba pozwolą, nie?

Powinien jeszcze powiedzieć, że to dla facetki, która pokazała im Google Earth. Teraz cała spółdzielnia robi sobie wycieczki dookoła świata w godzinach pracy.

A w ogóle, zapomniałam się podzielić szczęściem. Coraz więcej osób docenia "Szkołę". Może jest jeszcze światełko w tunelu?


*nie, Emuś, nie chodzi mi o las!


Głosuj (0)

Lill, ta fioletowa 5/05/2010 20:46:58 [komentarzy 6] Jakieś pytania?

269. Bad gate(way). Totally.

Ta notka, tak czuję, przyjmie wygląd szeregu wpisów na Twittera. Swoją drogą - dawno go nie używałam. Bardzo dawno.

Mam od rana takie nieodparte wrażenie, iźli obudziłam się w złej rzeczywistości. Albo, jak twierdzi Mal, to wszechświat obudził się w złej rzeczywistości. Moje realia mnie nie chcą, wypluły mnie w jakiś alternatywny kosmos i radź tu sobie, człowieku. Et, życie. Powody wrażenia złej rzeczywistości są trzy zasadnicze:

Po uno: codzienność. Mamy dzień "ustawowo wolny od pracy", jak to trafnie ujęła Sarna. A mnie się do pracy pali, jak miałam dzisiaj godzinę bezrobotną, to nie wiedziałam, co ze sobą zrobić i co minutę przylatywałam do salonu, by zdać Bzpr relację z meczu. Właściwie był to mój błąd, bowiem w meczu działo się niewesoło - ale co tam. Dzisiaj jest ponoć dzień Polonii, niech więc Polonia ma. Co zaś się jeszcze tyczy rzeczywistości - jak cię ludzie po nocy pytają "masz może jądro pożyczyć?", to też robi się niejako dziwnie. Zwłaszcza w kontekście środowych rozmów korytarzowych. Co więcej? Ach, dzisiaj, przed chwilą. Nazwanie Sundstroema "Sajfem z głową" /tak w opozycji do Sajfa bez głowy, któremu, jak Ziemo i Avil wiedzą doskonale, nie mogłabym już spojrzeć w oczy/, a potem opis Avil i połączenie Kryzysa z "Mniej niż zero". Poczułam się, kurcze, jak w Pradze.

Po duo: twórczość. We wszystkich wymiarach. Beze mnie o mnie - to przede wszystkim. Śledzę sobie rozmowę dwóch oceniających o Szkole i ani mi w głowie postoi się w to wchrzanić. Jest ciekawie, przynajmniej mam stuprocentowo niezależne od mojej osoby informacje. Pozytywne, chociaż uparcie szukam w nich negatywów. Cóz, pażyjom, uwidim - jak ocenią, to uwidim tym bardziej. A dalej - dalej mamy wywiad. Tak, wywiad, tak, ze mną. Szok. Poczułam się sławna. To doprawdy zdumiewające uczucie /mam ochotę dopisać: "...jak cię własne koło wyprzedza", nie wiem, dlaczego, ten tekst był dawno i nieprawda/ - stać po drugiej stronie. Dotąd to ja, z mniejszym lub większym powodzeniem, przeprowadzałam wywiady. A tu nagle lustrzane odbicie. Efekty? Efekty są na Ostoi.

Poza tym twórczość mi się rozjeżdża. Już nie mówię o objętości 1500 - to zbyt załamujące. 230 stron i jeszcze nie doszłam do Ważnego Punktu, on mi się odwleka w czasie jak wyrok śmierci. I jak obalanie Związku Radzieckiego. Nocami w notesiku piszę "Kosę" /wszystko przez przejeżdżanie przez Kosowo, speedway3d i dziwne sny podczas powrotu z Leszna/, miało być opowiadanie, a tu wyskakują dwa, może nawet trzy wątki. Ale przecież nie zrobię kolejnej powieści w narracji pierwszoosobowej, to straciłoby cały urok! I co teraz? Chyba zasięgnę porady u tatarskiej wiki, tylko ona mnie kocha.

Po tre: żużl. "Ojcze, podążmy na żużl", powiem Sz.P.O. dnia piętnastego maja, kiedyż on mnie nawiedzi. I liczę, iźli znowu zdarzy się Coś. Dzisiaj cosiów był nawał, chociaż nie wszystkie pozytywne, i tak mam banana na ryju. W końcu Nicki dawno nie zrobił kompletu, Griszka /co do którego nadal nie mogę się zdecydować, czy go uwielbiam, czy nienawidzę/ chyba takoż.

A poza tym - dziwujta się ludu. Jason cieniuje jak mało kiedy /mamuśka płacze po kątach nad jego postawą*/, Falubazy u siebie zdechły /i rzekł Maestro Z.: "teraz sami będą deptać szaliki" - czy jakoś tak/, Apator na wyjedzie poległ z Bydzią /i Giza bieg wygrał/... Na pewno obudziłam się w złej rzeczywistości. Jeszcze ta transmisja z Tarnów-Gorzów. Kibicowałam Gorzowowi, czaicie? No, ale spotkały się dwie drużyny, których nie lubię. I w jednej jeździ mój absolutny ulubieniec. Wybór jest prosty.

Pysk mi się zaczął śmiać, jak Nicki wyskoczył z propozycją, żeby chłopcy złapali za szczoty i hajda na tor, błocko usuwać. Rewelacja. Rau, muszę mieć z nim zdjęcie - i nie tylko z nim /kto słyszał o Trojgu Najniebezpiczniejszych Etc., wie, co mam na myśli/. Plus rozwaliło mnie to, co po biegu piętnastym, jak biednego Tomcia upuścili na glebę. Znowu będzie cieniował w Szwecji.

Bonus: garść tekstów na dni najbliższe.

*"Ty nie masz dysleksji, tylko dysmóżdże"

*"Jaki naród, takie miłosierdzie"

*"Na złego lokatora nawet sedes warczy"

*"Nic nie mogłem zrobić - stanął mi w poprzek"

*"Żyjemy w takich czasach, że najładniej po polsku mówią Słowacy i Rosjanie. Ot, globalizacja"

*"Dzisiaj odeszła komuna"

Bonus2: Dialog z dziś, odnośnie mojej wyprawy do kościoła:

Niula: Co tak szybko wróciłaś?
Ja: Wiesz, mamy maj. A pamiętasz, czyim miesiącem jest maj?
Niula: Matki!
Ja: Ty to tylko o sobie. Komunistów miałam na myśli!


*dlaczego mamuśka kocha Jasona? Bo to jedyny żużlowiec, jakiego zna. Ona nadal nie pamięta, jak się nazywa mój ulubieniec. Pathetic.


Głosuj (1)

Lill, ta fioletowa 2/05/2010 21:19:18 [komentarzy 4] Jakieś pytania?

Stare papierki
2015
Marzec
2014
Czerwiec
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2013
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2012
Wrzesień
Lipiec
Czerwiec
Kwiecień
Marzec
Styczeń
2011
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2010
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2009
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2008
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2007
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń

Galeria twarzy
Kiimi
Ziemo
Jah
Avil
An-Nah
Garcinda
Ada
Schmittka
Cineva
Mal
Mestari

Autobiografia
(klik)

Notka
Zdjęcie na szablonie własne. Słowa też moje. Szablon przejściowy. Czcionka z Serwisu.
Chcesz coś? Poproś.