Zobacz wszytkie serwisy JOE.pl
blogiblog4u.pl blogiblogasek.pl katalog stronwjo.pl avataryavatary.ork.pl czcionkiczcionki.joe.pl aliasydai.pl, ork.pl, j6.pl tapety tapety.joe.pl obrazkiobrazki na NK
Online: ---
zdrowie i choroby nieruchomości na mapie
Pamiętnik pewnej Okrrropnej Kreatury.
Szablon

268. Tak trudno mistrzem świata zostać dziś.

Dzisiaj odsłony dwie. Radosna i mniej. Życie tak podyktowało.

Odsłona I: Jabłko smaczne, jabłko zdrowe

Czego mi w sobotę brakowało? Głupie pytanie! "Biało-czerwonych"! W sensie piosenki, bo tych ludzkich było aż nadto jak na mój gust. Rzec można, wtopiłam się w tłum, zdrajczynią nazwał mnie tylko jakiś podpity kibol, a i to dopiero po wyłożeniu mu przeze mnie jasno i stanowczo, że noszę nie ten szalik, co on myśli. Biedactwo, chyba się przejął tym faktem. Jakże mi go żal!

Generalnie należałoby oddzielić kwestię wyniku od kwestii klimatu. Bo wynik był mega do chrzanu i wcale nie dlatego, jak naiwnie sądzę niektórzy, iźli Gollob nie wygrał. /Chociaż po wczorajszym "ten wypadek to nie była wina Nickiego" notowania Tomcia wzrosły u mnie znacząco/. Za to zabawa... przednia była, oj, przednia!

Zacznijmy od tego, że różowo mi. I to różowo mi było od Wrześni do kibla w Lesznie /w toaletach bez zmian, parafrazując klasyka - nadal mają różowy papier/, zwłaszcza oczokrzywdząco różowe mydło w płynie rządzi. Podobnież rządzi duński szalik wywieszony przez okno w samochodzie. Nikt się nie kapnął, że jedziemy ze złymi barwami - a gdyby się kapnął, to nie moja wina. Chłopcy mi kazali wywiesić.

I mieliśmy autostopowicza.

Jeśli chodzi o emocje przedżużlowe, to też się działo a działo. Zwłaszcza w ogródku piwnym w towarzystwie ludzi pijanych oraz bardziej pijanych... My nie piliśmy, a najgłośniejsi tam chyba byliśmy. Zwłaszcza ja, próbując za piętnaście zeta opchnąć jabłko z żużlowymi napisami, coby mieć na przypinkę. Kolejną. Czwartą, jeśli chodzi o Leszno '10. Obecnie straszy na mojej torbie spora kolekcja, a w sobotę doszły "I <3 speedway" oraz dwie cudaczki z ruskimi napisami, z czego jedną czyściłam rano dziesięć minut, a ludzkość i tak mi ją potem pomazała łapami. Et, życie.

Kurczę, nie wiem, o czym jeszcze opowiedzieć, bo tego się nie da opisać słowami. Tam trzeba było się zjawić, zobaczyć, usłyszeć, poczuć. I zapoznać się z namiotem, po którym biegało stado bizonów. Z trąbkami.

Co zaś do samych zawodów - dawno tak nie miałam, działo się tragicznie, a ja się śmiałam, były sztamy biało-czerwone, zgadywanki Pana Z Przodu, kłótnie Panów Z Tyłu, były tańce na betonowych schodach i wdzięczenie się do kamery. Chodzą słuchy, że mnie pokazali. Really?

- Tu kończy się żużel, a zaczyna czysta matematyka.

Czysta to by sie przydała, zwłaszcza na znieczulenie przed biegiem dwudziestym. Nicki mi oddaje za walerianę, nie ma bata! Co to w ogóle za porządki, żeby cztery biegi powtórzył za Lonigo '05? Co to ma być, ja pytam?!

Anyway, było bosko. Chociaż nowa bluzka cuchnie papierochami Panów, którzy - o ile dobrze pamiętam - wyściskali mnie z okazji zwycięstwa kogoś-tam w którymś-tam biegu. A historia koszmarnie lubi się powtarzać: Wrocek '06: Jason - Praha '08: Nicki - Leszno '09: Jason - Bydgoszcz '09: Nicki - Leszno '10: Jason. To dobra wróżba na Toruń, nie?

Odsłona II: Hoping for the best but expecting the worst*

Słucham w kółko "Świętego", ze szczególnym uwzględnieniem wersu "Tak trudno mistrzem świata zostać dziś". Coś mi się majaczy, ale tego nie rozumiem, jeszcze nie umiem wyciągnąć jasnego wniosku z mglistych skojarzeń.

To jeden z tych wieczorów, kiedy człowiek czuje, że wszystko, co robi jest kompletnie bez sensu. Nic na to nie poradzę, absolutnie nic. Taka się cholernie niedoceniona czuję, ot. I znowu mam jakieś dziwne sny, jakby przestrogi, jakby napomnienia. Dzisiaj na ten przykład śnili mi się ludzie z dawnych lat i mówili, że powinnam coś z TYM zrobić. A ja dopiero po przebudzeniu zrozumiałam, że chodziło im o Lipę. Do licha, nie mogę, mam związane ręce! Lipa jest w kolegium Mojego Potencjalnego Miejsca Pracy, rzucać się na niego to byłoby medialne samobójstwo. A z drugiej strony - przecież sama sobie obiecywałam: jeszcze jeden wyskok Lipy, a skończy jak Menda. Czemu już nie potrafię pójść za głosem serducha?

Konfucjusz powiada, że za głosem serca może iść ten, komu co najmniej ósmy krzyżyk leci. Taak, wtedy to się nie ma ochoty na szaleństwa, można sobie pozwolić. Szabelka na czołgi to przeżytek, nie?

I mam kaca moralnego. Nie wolno ryczeć w słuchawkę komuś, kto powinien dziś wyłącznie świętować sukces. Podła sucz ze mnie, ot.


*Alphaville, Forever young

 


Głosuj (0)

Lill, ta fioletowa 26/04/2010 20:17:22 [komentarzy 4] Jakieś pytania?

267. Czarna wstążeczka albo life goes on.

Niebo było wtedy niebieskie. Na chwilę - chmury się rozstąpiły, "Klucznik" w głośnikach tak podziałał, może rosyjski /tak, teraz to takie przewrotne/. I pomyślałam, że zanim wyjdę, sprawdzę pocztę. Nawet nie umiem powiedzieć, czy dobrze wtedy zrobiłam - czy lepiej wiedzieć, czy dowiedzieć się dopiero u Dory, gdzie radio non-stop nadawało informacje z epicentrum wydarzeń. Chociaż - gdybym dowiedziała się u niej, nie ryczałabym na środku drogi, oparta o płot, nie zapomniałabym prezentu i, przede wszystkim, nie szłabym jak pijana albo jakbym solidnie przyćpała.

Pierwsza myśl totalnie absurdalna. Że skoro rozbił się samolot i 87 osób /tak wtedy podawali/ zginęło, to prezydent na pewno teraz ogłosi żałobę narodową i będzie miał ku temu powód, wreszcie. Oczyma wyobraźni widziałam go leżącego w jakimś szpitalu i wydającego rozporządzenie o tejże żałobie. Bo to nie dociera - samolot się rozbił, okej, masa ofiar, zdarza się, ale przecież prezydent... Jak to mówili w "Kilerów 2-óch" - "Prezydent jest wiecznie live".

Nie tym razem.

Tam mieszało się wszystko. Lęk, niedowierzanie, absurdalna nadzieja, że może to tylko zły sen albo spóźniony, makabryczny prima aprilis... A potem jeszcze większy lęk, że może razem z nim leciał Michał od Kasi. I ryczenie kwadrans w słuchawkę, by wyjść z domu godzinę przed umówionym spotkaniem.

Tułałam się po mieście jak w moim starym śnie, takim sprzed dziesięciu lat. Nawet tą samą trasą. Szłam, patrząc na twarze ludzi i zastanawiając się irracjonalnie - kto już wie? Jakby to miało cokolwiek zmienić. Płakałam, bo dla mnie to ma wymiar poniekąd osobisty - kto zna sytuację, ten wie, kogo u mnie w domu najbardziej się żałowało. Oprócz tego Nurowski, którego miałam okazję poznać osobiście i który naprawdę był zacnym człowiekiem. Ale reszty też szkoda - mogłam ich nie znosić, ale jakoś pusto będzie, kiedy zabraknie ich na szklanym ekranie. Jakoś... nie tak.

Co boli najbardziej? Że oni zginęli za nic. To już widać - puder, pokazówka, uszami się to wszystko wylewa z martyrologią do spółki. Może chodziło o pojednanie, może o refleksję - ale ile tej refleksji będzie? skończy się żałoba i wszystko wróci do normy - a może to tylko mnie tak czarnowidzko natchnęło?

Obok też jest źle, zmarła mama Kajtka, dzisiaj był pogrzeb, znowu śnił mi się dziadek... Ale żyć trzeba dalej, zmarli poradzą sobie sami. Zatem piszę nadal, szykuję się do olimpiady, szukam sponsora. Tylko jakoś odeszła mi ochota na opisywanie snów o dopraszającym się uwagi Igorze, kwestii powstania /czyli co jest największym problemem przy robieniu prezentacji/ albo czwartkowego koncertu. Chociaż koncert to magia była, siniaki mam do dziś i do dziś w wolnych chwilach nucę piosenki Lao Che. Nigdy więcej nie dam się Avil tak zbałamucić!

Głosuj (2)

Lill, ta fioletowa 14/04/2010 20:47:30 [komentarzy 7] Jakieś pytania?

266. Chłop krojony.

Zatonęłam. Zatonęłam absolutnie i niezaprzeczalnie w dwóch istotach materialnych. Po pierwsze, co nikogo już dziwić nie powinno, pochłonęły mnie niebieskie oczy Prezesa i wszystko, co związane, znaczy-się 1500 w ogóle i w szczególe. Nic bym nie robiła, tylko pisała rozdział za rozdziałem, nawet czytając coś, analizuję to pod kątem 1500 /mam tę możliwość, ponieważ ostatnio wyłącznie okazjonalnie czytam coś, co nie dotyczy teorii literatury/. Mam wena i fazę tudzież fazę i wena. Dobrze jest, chociaż Prezesa nie znoszę, bo mi się spod kontroli wymknął.

Drugi powód zatonięcia to kupiona za otrzymane od Babci pieniądze kniga pod wdzięcznym tytułem: "Apokaliptycy i dostosowani" /przy czym drugi człon nieodmiennie czytam jako "Dostojewski", ale to zapewne zboczenie zawodowe/. Eseje Eco o kulturze masowej. Są mega i już wiem, że będę je czytać pod kilkunastoma różnymi kątami. Na razie zajmuję się lekturą w celach poznawczych i jęczę, że nie mam ołówka pod ręką, a tak by mi się przydał do notowania refleksji na marginesach. Połowy refleksji pozapominam, no chyba że przypomną mi się przy ponownej lekturze. Poza tym - dowiedziałam się, że Prezes jest postacią artystycznie udaną. Dlaczego? Ano dlatego, że można go sobie wyobrazić w sytuacji niezwiązanej z jego miejscem literackim /no, na ten przykład wyobraźcie sobie Prezesa jedzącego pałeczkami - każdy wie, że będzie marudzić, kląć i w ogóle zachowywać się dość... oryginalnie/, lecz jednocześnie /o czym w ocenie wspominała Marit/ kiedy wyrwie się go z tego miejsca, coś będzie nie tak. Bo popadnę w samozachwyt, damn...

Z tego, co powyżej, zdążyłam zapomnieć, że są święta. Przypomniałam sobie wczoraj. Nasze zmagania ze święconką to motyw niemalże epicki - mieliśmy w oryginale pójść na 10, dotarliśmy z wywalonymi jęzorami o 13:30. A dlaczego? ano z tej prostej przyczyny, że jakiś inteligent w trakcie remontu wywalił koszyk i rodzoną wysłano po nowy. Wróciła po ponad godzinie, a w międzyczasie nastała już bolszaja rozpierducha w związku z kiełbasą. Kupiliśmy Andreasowi 4,5 kilo kiełbasy, schowaliśmy do zamrażarki i... zapomnieliśmy. Przypomnieliśmy sobie dwie godziny od jego wyjazdu i Jarko musiał gonić brata autem. Z tą kiełbasą nieszczęsną, rzecz jasna.

Istny kociokwik, nie wiem, jakim cudem ja żyję jeszcze po dniu wczorajszym. Głównie stałam przy garach, a jak nie stałam, to próbowałam czytać "apokaliptyków...", tylko niespecjalnie wychodziło, bo Bella wlazła mi na kolana i dopominała się uwagi. Kiedy kierowałam uwagę na coś innego, gryzła to, obojętnie, czy trzymałam w dłoniach komórkę, książkę czy tusz do rzęs. Ciekawe, jakim cudem przetrwały ten kocioł sznureczki przy mojej torbie. Bella, jak to kot, zainteresowana była nimi niezmiernie.

A kiedy nie było kota ani garów, ani pisania latałam po mieście za figami, daktylami oraz chlebem. Rozwaliła mnie pani w piekarni /wystrój a la PRL - na półkach nędzny resztki i makowiec z muchami/, wołająca do koleżanki:
- Chłop krojony razy dwa!
Mężczyzn lepiej tam chyba nie przyprowadzać.

No ale, nie da się ukryć, jest wesoło. Dzisiaj też było, kiedy państwo G. szybciej dotarli z Ciechocinka niż my z mieszkania na ulicę. I czy tylko ja mam wrażenie, że na tej mszy coś było bardzo nie halo?

A w ogóle, to:

1. Uczę Bzpr nowych słów:
Lill: Masz aparycję kwitnącego meksykańskiego sugaro cactus
Bzpr: Czy ty mnie czasem nie obrażasz?

2. Komplementuję Avil, gdy idziemy razem ulicą i troszkę ją spycham.
Avil: Nie spychaj mnie do rynsztoka!
Lill (filozoficznie): Ideał sięgnął bruku.
Avil: Chcesz powiedzieć, że jestem twoim ideałem?

+ mam Dzika na parapecie. Tak, tego, co udawał Rosjanina. Świat się kończy, daję słowo.



Lill, ta fioletowa 4/04/2010 20:58:33 [komentarzy 4] Jakieś pytania?

Stare papierki
2015
Marzec
2014
Czerwiec
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2013
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2012
Wrzesień
Lipiec
Czerwiec
Kwiecień
Marzec
Styczeń
2011
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2010
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2009
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2008
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2007
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń

Galeria twarzy
Kiimi
Ziemo
Jah
Avil
An-Nah
Garcinda
Ada
Schmittka
Cineva
Mal
Mestari

Autobiografia
(klik)

Notka
Zdjęcie na szablonie własne. Słowa też moje. Szablon przejściowy. Czcionka z Serwisu.
Chcesz coś? Poproś.