Zobacz wszytkie serwisy JOE.pl
blogiblog4u.pl blogiblogasek.pl katalog stronwjo.pl avataryavatary.ork.pl czcionkiczcionki.joe.pl aliasydai.pl, ork.pl, j6.pl tapety tapety.joe.pl obrazkiobrazki na NK
Online: ---
zdrowie i choroby nieruchomości na mapie
Pamiętnik pewnej Okrrropnej Kreatury.
Szablon

265. Dziewiąty, czyli Prezes.

Jest bosko. Tak totalnie, absurdalnie i przewrotnie bosko, chociaż trzeci kwietnia zbliża się milowymi krokami /w tym miejscu przerwa na wzdech i otarcie kącików oczu/, a dzisiejszą kartkówkę z "Gloria victis" podsumować można raczej sentencją "vae victis". Wachlarz ocen z polskiego mi się definitywnie rozszerza - tylko jakby w złym kierunku. Ale co tam, martwić się przed przyszłym piątkiem nie będziem!

Za dużo rzeczy mi łeb ostatnio zaprząta. Od ubiegłego wtorku do obecnego wtorku był niby tydzień, ale dawno nie miałam tak intensywnego tygodnia. Rekolekcje /i chór/, wizyta u Avil /i randka Prezesa, mru mru/, szczepienie /"ej, to już?"/, Targi Edukacyjne /Niulę podrywał hebraista/, żużel /bez sparingu, ale i tak zdązyłam pomachać Synowi/, konkurs recytatorski /ja żem techniczną była/, babcia, konkurs piątkowy /i pizza, którą jadłam z konieczności - z konieczności, to człowiek wszystko w siebie wepchnie/, bilard i Sioux sobotni, niedzielna impreza u babci... Uff, trochę tego było. A to tak w bardzo telegraficznym skrócie. Wyłuskać z tego zapragnęłam motywy w liczbie sztuk dwóch, znaczy - Prezes oraz Niedorzeczne Spekulacje.

Te Niedorzeczne Spekulacje to jakby odpowiedź na notkę na Cyganie. Raz, że one nie takie znowu Niedorzeczne, wnioskując z mojego obcowania z Krewną. Krewna ucywilizowana została w początkach roku niniejszego szkolnego, umie używać magicznych słów, czeka na ludzi, ba, nawet odzywa się jakby częściej. Ale to doprawdy dziwna sytuacja, kiedy najpierw śnią mi się Szanowna i Krewna siedzący obok siebie, a potem słyszę to pytanie, które usłyszałam. I tę odpowiedź. Co najgorsze, żyję jakby poza tym - fascynuje mnie ta relacja /można to już tak nazwać?/ z przyczyn czysto... literackich. W końcu - choroba Krewnej + chemia /nie w takim sensie, o jakim moglibyście pomyśleć/ + zainteresowanie Krewnej Szanowną kojarzą mi się dość jednoznacznie z pewnym dziełem literackim. I życzę im takiego zakończenia, czemu nie - ale mam obawy. Bo jak wszystko zacznie się spełniać, to Chjena będzie ścigać ruska mafia, a mi przyjdzie zwiewać autostopem przez Rosję. Mało zacna perspektywa.

Sprawa druga, czyli Prezes. Czyli 1500 w ogóle, a Prezes w szczególe. Ostatnio bardziej żyję losami moich bohaterów niż losami rzeczywistych osób, ale to akurat kwestia marginalna. Mniej marginalne jest powolne uzależnienie od tworzenia, na równi z uzależnieniem od czytania, co daje piorunującą mieszankę. Kiedy człowiek siada do pisania po lekturze "LO Story", zaczyna rzucać paniami lekkich obyczajów oraz męskimi organami i jeszcze nie daj Boże zrobi z porządnych ludzi jakichś rynsztokowców. Poza tym - Rosjanki podobno nie przeklinają, tak mówi Przewodnik po Wszystkim. Ale biorąc pod uwagę, jak Przewodnik tłumaczy konstrukcję rosyjskich imion, nie wiem, czy mogę mu wierzyć.

Do sedna jednakowoż. Odkrycie dokonane zostało, iźli dnia dziewiątego kwietnia Prezes ma imieniny. Udam się w związku z tym z wirtualnymi kwiatami do Chjena, bo do Prezesa itself byłoby ciuteńkę trudnawo. A że wpisałam ową przezacną datę do kalendarza, naszło mnie, aby wpisać również Urodziny Młodego oraz Urodziny Prezesa. I tu napotkałam złośliwość dat martwych - jak inaczej wytłumaczyć fakt, że Młody ma urodziny w Ruski Dzień, a Prezes w Noc Ruskiej Mafii? Co najlepsze, oba te święta powstały niezależnie od dat przypisanych do moich wspaniałych bohaterów. Szlag, szlag, szlag, te zbiegi okoliczności zaczynają mnie martwić.

Chociaż najlepsze zbiegi /okoliczności ofkorz/ są w "Wiosennych wodach" Turgieniewa*. Przeczytajcie i porównajcie ze "Szkołą wyprzedzania". Ubaw gwarantowany.

PS: Od jutra przestaję być bankrutką. O, szczęśliwe to czasy!
PS2: Od maja na nowo zacznę być bankrutką - szykuje się wycieczka Paryż-Berlin. Paris holds the key to your heart...**


*a jak nie macie pod ręką, rzucę trzy hasła: Petersburg, Dymitr, Emil. Dobija mnie ta książka.
**biorąc pod uwagę, kto to śpiewał w oryginale... Nie dziwota, że się mnie piosnka uczepiła.

Lill, ta fioletowa 30/03/2010 20:43:36 [komentarzy 4] Jakieś pytania?

264. Dryml just a little.

Łomatko, jaki ja miałam sen makabryczny. Śniło mi się, że Potencjalny Sponsor dał głos, znaczy, tfu, odpowiedź. I brzmiała ona, cytując: "NIE!!!XD". Tak, z tą mordą na końcu. Nie wiem, skąd mi się takie sny biorą, chyba za dużo ostatnio myślę.

I za dużo kicham.

Zadziałała teoria samospełniającej się przepowiedni. Wszyscy mi wmawiali, że po tej Warszawie jak nic zachoruję - i proszę, w czwartek zwiewałam ze szkoły z gorączką, kaszlem, katarem, bolącym gardłem i w ogóle w stanie ciężkim. Wróciłam, przespałam dwa dni niczym Prezes po 'burgu, po czym zaczęła odzyskiwać kontakt ze światem. Potem jeszcze złapała mnie alergia na Stysię, wobec czego było zupełnie wesoło. Tak, możecie mi współczuć. Z cudownego weekendu nic nie wyszło, nie było bilardu, nie było warsztatów, siouxa, mszy w Górsku i osiemnastki też nie było. Muszę znaleźć inną okazję, by się wylansować. Okazji zresztą aż nadto - Lao Che, PRL... no i żużl.

Tak, tak, jeśli ktoś wątpił, że amor mój do żużla vincit omnia, niech teraz umilknie na wieki. Ledwie się wczoraj skończył sezon zimowy - biathlonowych ostatków nie liczę, przy takiej formie Króla wątpię, bym chciała to w ogóle oglądać - ledwie przestałam się śmiać z czekającego przed metą Northuga, a już wciągnął mnie wir zwany ŻUŻL. Nie mam pojęcia, jak się czuje alkoholik, który po kilkumiesięcznym odwyku zagląda do kieliszka, ale to musi być coś podobnego. Rany, sfazowałam kompletnie, a gdy jeszcze ptaszyska zaćwierkały, że ponoć jakiś sparing z Gorzowem się kroi... Muszę być na tym sparingu, kiedy by nie był! Nawet jeśli będzie w czwartek. Chociaż nie, w czwartek wypada pojawić się w szkole i o swoje upomnieć, skoro w sobotę zamierzam dokonać Zakupu.

Wracając do Żużla - po memoriale Kogoś-Tam ogarnęła mnie dziwna wesołość, chociaż memoriał widziałam tylko na tabelkach. Newermajnd, i tak jarałam się nieprzeciętnie, a teraz chichoczę pod nosem, wyobrażając sobie Bjarne drącego się na Emila S. /ach, gdzie te czasy, kiedy określenie "Emil S." kojarzyło mi się z Księciem Biathlonu?/: "Sajf, ty idioto, Pederseny ci się pomyliły!". To musiałoby być słodkie.

A w ogóle, co to za porządki - sezon dopiero się zaczął, a rosyjskie torpedy już koszą Dunów. Na co one liczą - że jak wykoszą Dream Team, to zostaną moim drużynowym numerem jeden, hę? Never ever! Rosjanie są fajni ze swoim "my nie planowali, że my będziemy w finale", ale bez przesady. Z Największymi Tego Świata nie mają szans.

Odnośnie Sajfa jeszcze, bo mnie pan coś prześladuje. Ruszyłam dzisiaj z tej dzikiej miłości oraz Żądzy Żużla stare programy, w tym zdobycze z Leszna '09 - czyli wspomnienie pięknych lat DPŚ. I rozwaliło mnie, rozbiło mnie na drobniutkie kawalątki to jedno zdanie:
"One name will be on most people's lips (...) - even though most people won't be able to pronounce it"
Coś w tym jest. Jak by powiedziała Em - nawet dużo tego czegoś.

Dzisiejsze o programie, Żużlu i wierności:
Bzpr: A ty się dalej Pedersenem* jarasz?
Lill (piszczy): Nooo, wygrał wczoraj!
Bzpr: Znalazłabyś se młodszego.
Lill: No wiesz! (prycha)
Niedługo później Lill przylatuje z programem.
Lill: Pamiętasz Romana Iwanowa?
Bzpr: A kto to?
Lill (bulwers): Kibicowałeś mu w Lesznie, panie Alzheimer! W każdym razie ujrzałam dziś zdjęcie Iwanowa... W moich wyobrażeniach prezentował się gorzej.
Bzpr: Jest szansa, że wygryzie Pedersena?
Lill: Chyba cię pogło! Mistrza świata miałabym porzucać dla jakiegoś Ruska z drugiej ligi?!

Najwyżej któryś z moich bohaterów dostanie twarz Romka. Tyle będzie miał. No i to, że mu w tym Lesznie ostatecznie kibicowałam, a to nie byle co.


*kto zna Bzpr wie, że on by nie powiedział "Pedersen", ale co tam

Lill, ta fioletowa 22/03/2010 20:46:33 [komentarzy 9] Jakieś pytania?

263. Pokój z klamkami.

- A do czego służy popielniczka?

Najlepsza wycieczka ever, najlepsza! Muszę to wykrzyczeć, bo zwariuję chyba. I już nawet nie chodzi o szczegóły, zapomnijmy o wkurzaniu się w Zamku, o gigantycznych kolejkach do kibli i o zamarzaniu bez kurtki ("Przeziębisz się!"). Oraz o tym, że czekoladki z Romy właśnie mi się skończyły. Tak, same.

Początek? Na początku był chaos i w tym stwierdzeniu nie ma krzty przesady. Chaos totalny, przerzucanie ludzi z miejsca na miejsce, a i tak nikt potem owego miejsca nie pilnował. Autokar - jaki by nie był, ale nasz, jeśli ktoś rozumie, co mam na myśli /"Rozmowa przed telewizorem" Wołodi się kłania/. I tak rządzi budzenie się przed tabliczką z napisem "Łomianki" /"Jesteśmy w Łomiankach?"/ oraz playlista Pana Kierowcy. Rodem z płyty "Kicz party" poszerzonej o Ich Troje i parę innych hitowych kapel. Ale miał Groove'a i HHB, to mu się chwali. Zresztą, pod koniec kicz party się przydało - przy wspólnym śpiewaniu. No, dojdę do tego.

Przystanek pierwszy - Zamek Ujazdowski. Genialniejszy od poprzedniowycieczkowych "przystanków obowiązkowych". Już zapomniwszy o idealnym moście na samobójstwo i fakcie, że jako jedyna leciałam przez zaspy /nikt inny nie pomyślał, że najlepsze obuwie na Wawę to kozaki/. Ale ta wystawa! Ludzie, jaki rytomózg! Do "Lalkarza" i paru innych życiowych ciekawostek będzie jak znalazł, ze szczególnym uwzględnieniem pokoju o sterylnie białych ścianach, pełnego wiszących na owych ścianach klamek. Moja pierwsza /głośna/ myśl po zapoznaniu się z tąże instalacją: "To taka alternatywa dla pokoju bez klamek?". Zbyt duży wybór uniemożliwia podjęcie decyzji, czy tak? W każdym razie, rytomózga spodziewajcie się w 1500.

Przystanek drugi - Złociaste. Szał zakupów, ale nie u mnie. Torbę w końcu chwyciłam na minutę przed zbiórką, a ekskluzywny ekspedient w ekskluzywnym sklepie prawie dostał nerwicy od mojego poganiania. A na pewno jej dostał, kiedy poganiały go dwie następne osoby.

I tak jak w "Szkole" był problem typu "kto tu kim się opiekuje?", tak w Złociastych pojawiła się kwestia: "Kto tu kogo oprowadza?". Bo wyszło na to, że oprowadzałam ja Chjena. I Chjen kupiła szpilki, o czym nie mogłabym nie wspomnieć. I przez Chjena mało nie wydałam kasy "na torbę" na wyjątkowo nieobyczajne buty. A jeżeli w którymś rozdziale 1500 Prezes będzie paradował we fioletowym... czymś z futerkiem, to to też jest wyłączna wina Chjena. Tak można podsumować spotkanie dwóch generalnie porytych osobowości oraz posiłek /"Ten kurczak nie wygląda dobrze"/ w sąsiedztwie /w kontekście Matki oraz innych to brzmi dziwnie/ opiekunek wycieczki. Tak, tak, ja naprawdę kocham niemiecki i wcaaaale nie powiedziałam tego, żeby pani profesor było miło. Oczywiście.

/Idąc po Złociastych i szukając wzrokiem sklepu z torbami/
- Myyyydła!
- Alkoholeee!
No tak, każdemu podług gustu, nie?

/Szukanie torby/
- Tak, to jest torba mojego życia!
/Po spojrzeniu na metkę, konsternacja/
- Ale cena chyba nie twojego życia.

Chjen został wzięty za batoraczkę. W sumie nie wiem, czy to komplement, czy obelga. A Jarko zginie kiedyś z mojej ręki, jak następnym razem zmusi mnie to wylezienia ze Złociastych bez kurtki. Z kolei ja już nigdy nie będę jeść udka z niepewnego źródła.

- Gdzie ci najłatwiej będzie wyjść?
- Chyba na parterze.

Przystanek trzeci - Roma. Nieopisywalne to było i tyle, piosenki ze spektaklu łaziły za mną dziś na wszystkich lekcjach, a tam śmiałam się i płakałam na przemian. Przy fragmencie z "Upiora" cała nasza loża /numer 12/ mdlała, chociaż wszyscy spodziewali się żyrandola i w ogóle. Ale i tak było super, a pudełko z czekoladkami przydało się do noszenia komórki.

- Co ty tak chronisz te czekoladki?
- Bo telefon tam schowałam. Nienawidzę spódnic bez kieszeni!

Gratulacje dla tej pani, która wylazła z autokatu bez kurtki, bo "to tak blisko". Blisko, ale kwadrans na mrozie... hm, właściwie niewiele mi zrobił, jeśli nie nic at all. Gardło boli tylko dlatego, że je sobie zdarłam. A zdarłam już w drodze powrotnej, po tym jak o wpół do drugiej kierowca ryknął: "Pobudka! Nie śpimy!", po czym zaczęły się chóralne śpiewy. Rozklekotany autokar toczący się za kwadrans druga przez wieś i wywrzaskujący "Kanikuły" rządzi!

- Asia, ty wszystkie teksty znasz!

A pewnie, że znam. Jak starsze przeboje, to oczywista, że znam. Tylko tych nowych spamiętać jakoś nie umiem, łeb już nie ten.

Z kolei tak bardziej dzisiaj /znaczy rano/ był szczęścia ciąg dalszy. Bezproblemowo weszłam w ukochane spodnie /dwa miesiące temu były za ciasne/ oraz... pam-pam-pam... dostałam się do finału Olimpiady! Chociaż przesłałam pracę nie do końca regulaminową /znaczy bez płyty CD/ - jestem jedną z siedemnastki szczęśliwców! Z takim wsparciem to i zgona odganiać łatwiej, o!

Wniosek ogólny: Ja chcę jeszcze raz!



Lill, ta fioletowa 17/03/2010 20:11:16 [komentarzy 4] Jakieś pytania?

262. Tylko ten biały śnieg.

Biełyj snieg kak biełyj płen
Smiert' kak pios leżit u nog
Ty adin na wsiej ziemle
Sam siebie i wrag, i Boh*

(Feliks Ilinych - Biełyj Snieg)

Trochę ta piosenka nie pasuje do obecnej aury, ale co tam. Ważne, że jest absolutnie przecudowna, chociaż smutna okropecznie. Ale z "Radcą Stanu" w tle (Fandoorin) i z tym tekstem (którego jedną zwrotkę zrozumiałam ze słuchu i po dwóch odsłuchaniach, co jest totalnym kosmosem) - wygrywa z wiosną. Tym bardziej, że mi wiosny odczuć nie dali. Siedzę w domu z kontuzją, ominęły mnie trzy sprawdziany, no ale jutro powracam w mury szkolne. Za dużo roboty, żeby robić sobi wakacje. Wakacje to będę miała we wtorek /a babcia, nie wiedzieć czemu, twierdzi, żebym uważała, bo Mal może okazać się facetem/.

Generalnie było tak. Na historii prof. L. oświadczył, że on nic nie wie, żebyśmy mieli mieć dzisiaj /czyli wczoraj/ jakiś sprawdzian, bo sprawdzian ma być w czwartek. Ale w czwartek już mieliśmy sprawdzian z ZoMo! I dla nas wszystkich to było niewyobrażalne - na trzeciej lekcji pisać z drugiej wojny światowej, a na szóstej z drugiej RP. Przecież to się wszystko dokumentnie pomiesza! A. oświadczyła, że ona na ZoMo nie idzie. A ja zaczęłam się modlić, żeby rodzona zgodziła się na podobny wybryk z mojej strony.

A potem potoczyło się tak, że stanęłam w progu babcinego mieszkania i rozryczałam się jak mało kiedy. Wszystko mnie bolało, a najbardziej stopa, którą przygniotły drzwi w autobusie. Boli zresztą do teraz, chociaż obecnie odzywa się raczej rzadko, na całe szczęście. I nie poszłam na ZoMo. Na nic innego zresztą też nie. Ale nie ma tego złego /jestem tylko ja/ - okazało się, że więcej można uczynić, siedząc w domu niźli udawszy się do szkoły. No bo co? W szkole na sześć lekcji były cztery sprawdziany /jeden niezapowiedziany/, jedna normalna lekcja i powtórzenie na matmie, którego nie ma sensu nawet nadrabiać. Z kolei ja w domu:
a) wyodrębniłam grupę mydeł "do użytku"
b) pobawiłam się z Rudzielcem
c) zrobiłam lekcje na jutro
d) przeczytałam prawie wszystkie pisma janowe
e) obczaiłam dwie prezentacje na konkurs wiedzy o zdrowiu
f) prawie skończyłam aranżację "Goodbye my lover"
g) napisałam... dziewięć stron!

I oderwać się nie mogłam. Coraz lepiej, coraz lepiej. Tylko jakoś brak odwagi, żeby napisać do Potencjalnego Sponsora. Muszę się zebrać w sobie i przestać to ciągle odkładać. Tylko nie wiem, kiedy to zrobię, skoro jutro sprawy dziennikarskie, w sobotę Avil i dzieła sztuki, a niedzielę całą rezerwuję dla owych dzieł sztuki. Muszą być na pierwszy dzień wiosny gotowe w każdym calu. Po prostu muszą!


*Biały śnieg jak biała niewola
Śmierć jak pies leży u nog
Ty jeden na całej Ziemi
Sam sobie i wróg, i Bóg

(tłum. moje własne)

Lill, ta fioletowa 11/03/2010 20:09:43 [komentarzy 3] Jakieś pytania?

261. Vikinger og verdensmestere.

To już jest koniec, nie ma już nic, chciałoby się zanucić. Tak mi trochę smutno, że igrzyska się skończyły /chociaż gdyby trwały w nieskończoność, szybko bym się znudziła/. Nawet uroniłam kilka łezek w dniu zwanym poniedziałkiem, ale to raczej z koszmarnego niewyspania /a potem prof. O. na angielskim dziwi się, że zapominam o "s" przy trzeciej osobie w Present Simple/. I ze wzruszenia, no bo Northuuuug na podium. Mam słabość do tego pana - i wcale nie tylko ze względu na imię! Wcale a wcale.

Wypadałoby to jakoś podsumować, te dwa tygodnie łez szczęścia i rozgoryczenia, zaciskania kciuków do białości oraz okrzyków, których naprawdę nie odważyłabym się tutaj przytoczyć. Raz, że niewiele mają wspólnego z cenzuralnością /specjalna, olimpijska wiązanka made by Lill&Bzpr liczy siedem słów, z czego cztery powszechnie uznane za obelżywe/, dwa zaś, że połowa komentujących by mi sie zgorszyła, że jak ja mówię na Polaków.

Prostuję - nie na Polaków, tylko na Polkę. Jedna pani jest, która z przyczyn powszechnie znanych doprowadza mnie do białej gorączki swoją głupotą, zarozumialstwem i zachowaniem godnym blachary /nie ujmując blacharom/. I jedna jest pani, przez którą w sobotę wieczorem klęłam jak szewc, po czym ruszyłam na spacer w kółko po pokoju, mamrocząc pod nosem "krwi, krwi, krwi pragnę". Mało brakowało, a zaczęłabym wzorem dziadów z "Dziadów" śpiewać pieśń zemsty. No ale mi przeszło.

Kolejny wyjątkowo podły moment igrzysk to, jak nietrudno się domyślić, biathlon panów. Prawie wszystkie konkurencje, oprócz biegu indywidualnego, którego nie oglądałam przez wzgląd na doktora samo-H. A już bieg ze startu wspólnego... Dramat na kółkach, drodzy państwo. Po trzecim strzelaniu, ze łzami w oczach, wyłączyłam pudło grozy, nie bacząc na prośby tudzież groźby pana Bzpr. Pan Bzpr poszedł niepocieszony, a ja w mym wielkim żalu szukałam pozytywów sytuacji. Pozytyw odnalazłam jeden.
Przynajmniej Ustjugow nie wygrał...
A potem włączyłam telewizor i szczena mi opadła. Jak pech, to na całego. Chociaż... Właściwie polubiłam Ustjugowa. Dobrze chłopakowi z oczu patrzy. Niech ma.

Dobre się zaczęło od pierwszego złota Marit, po którym nie mogłam usnąć, łaziłam po domu, budziłam psa, budziłam babcię i w ogóle budziłam cały świat. I było pięknie. Równie pięknie było przy kolejnych złotach Marit, przy Akselu /to imię też mi się dziwnie kojarzy/ i przy biathlonistach w indywidualnych.

Chociaż i tak najpiękniejszym medalem był ten srebrny w męskiej sztafecie w biegach. Niebywałe - Northug zapitalał jak TGV i nijak nie zmieniło to jego piorunującego jak zwykle finiszu. Mega. Facet jest po prostu niebywały. Chyba napiszę odę do Northuga. Jak znajdę czas, oczywiście*

A potem nadeszły czary. Odblokowało mi się coś w mózgu i postanowiłam "dopomóc szczęściu". Z czarów wyszła nocna sesja zdjęciowa /ktorej efekty dumnie prezentują się na mojej obecnej tapecie/ oraz... Oraz dużo. Czarowałam w czwartek, od tamtej pory Norwegia miała cztery szanse medalowe. I cztery medale zdobyła. Dwa złote oraz dwa srebrne - z czego najpiękniejsze jednak te złote, biathlonistów (król powetował porażki indywidualne - "tylko" jedno srebro) oraz... Northuga. Lubię Petterów, co ja się kryć będę.

Teraz zaś mam zapieprz - dobrze, że te igrzyska się skończyły, bo z nimi w tle chyba nijak bym nie wyrobiła.
/"Dobrze, że igrzyska się skończyły"? Herezja, zaiste! Mózg mi się lasuje/

Na zakończenie zaś pozwolę sobie na cytaciątko z murów szkoły:
- Jaki to jest kolor?
- Rybny!
Et, mężczyźni. Chodziło mu o łososiowy, tylko nazwy ryby zapomniał.


*czyli nie w tym życiu

Lill, ta fioletowa 4/03/2010 20:25:50 [komentarzy 5] Jakieś pytania?

Stare papierki
2015
Marzec
2014
Czerwiec
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2013
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2012
Wrzesień
Lipiec
Czerwiec
Kwiecień
Marzec
Styczeń
2011
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2010
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2009
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2008
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2007
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń

Galeria twarzy
Kiimi
Ziemo
Jah
Avil
An-Nah
Garcinda
Ada
Schmittka
Cineva
Mal
Mestari

Autobiografia
(klik)

Notka
Zdjęcie na szablonie własne. Słowa też moje. Szablon przejściowy. Czcionka z Serwisu.
Chcesz coś? Poproś.