Zobacz wszytkie serwisy JOE.pl
blogiblog4u.pl blogiblogasek.pl katalog stronwjo.pl avataryavatary.ork.pl czcionkiczcionki.joe.pl aliasydai.pl, ork.pl, j6.pl tapety tapety.joe.pl obrazkiobrazki na NK
Online: ---
zdrowie i choroby nieruchomości na mapie
Pamiętnik pewnej Okrrropnej Kreatury.
Szablon

304. Kwintesencja 2010.

Ponieważ jednak zbliżały się wybory – bo one, skurczybyki, mają tak w naturze, że czego byście nie robili, one zawsze akurat się zbliżają – rząd czuł się w obowiązku uspokoić społeczeństwo.
("Przedstawienie mojego życia")

Dumałam i dumałam nad tym, jak zmajstrować podsumowanie tego roku. Byłam blisko szablonienia z podsumowań wakacyjnych, ale skoro Malchen rzekła, że ma być nieklasycznie, będzie zatem nieklasycznie. Przed państwem - zestawienie debestof książek anno Domini 2010 (wybór z jakichś 140 przeczytanych jest, zaiste, wielki):

Styczeń: Daria Doncowa, "Manikiur dla nieboszczyka"

W chandrze bezsłoneczności, bezśniegowości i nijakości "Manikiur" zjawił się jako ten jasny promyk na horyzoncie. T o jedna z najbardziej popapranych historii, jakie w życiu czytałam - i jeden z najlepszych kryminałów. Rosyjska Chmielewska, czyli humor, absurd i cudowna bohaterka. Nie ma to jak powiew optymizmu w środku zimy nie tylko zewnętrznej (bo zewnętrzną lubię), ale i wewnętrznej.

Luty: Andriej Bielanin, "Moja żona wiedźma"

To jedna z książek, które same mnie wybrały na właścicielkę. Może z półki nie spadła, ale kusiła, kusiła... no i w efekcie Akunin musiał zaczekać /czeka do dziś/. Dominanta kompozycyjna mojej zimy została zachowana, porykiwałam ze śmiechu na bezkomputerowiu /po tym, jak w Walentynki Bzpr wysadził w powietrze machinę piekielną/ i całym sercem pokochałam tego nieudacznika, poetę Siergieja /w sumie nieudacznik i poeta na razie wychodzą mi na synonimy/. A diabelsko-anielscy doradcy to mistrzostwo. Szkoda, że "Profesjonalny zwierzołak" odstawał poziomem na minus /choć nadal był kawałem dobrej literatury/.

Marzec: Iwan Turgieniew, "Wiosenne wody"

Za kawał dobrej literatury dziękuje się Malchen. Gdyby nie jej latanie po miejscach okazyjnego nabycia knig wszelakich, nie umierałabym ze śmiechu /znowu, zauważcie/ na kamiennym murku pod kościołem w dniu rekolekcji. Czy Malchen zdawała sobie sprawę, co to dzieło zawiera? Czy miała świadomość /dobra, powinna mieć/ mojej reakcji na odnalezienie na przestrzeni dwóch stron słów następujących: "Petersburg", "Dymitr", "Emil"?

Kwiecień: Agata Christie, "Spotkanie w Bagdadzie"

Królowa niewątpliwie zasłużyła na obecność pośród mojego Top12. Właściwie wcześniej miałam w łapkach tylko jedną jej książkę - i to dość słabą. "Spotkanie w Bagdadzie" to jednak literatura całkiem przyjazna, zwłaszcza na długą /godzinną/ podróż na trasie Bydź-Toruń, zwłaszcza po niewypale zwanym panami doktorami z UAM, zwłaszcza tuż przed GP. Na dodatek to pierwszy kryminał, w który wgryzłam się na tyle, żeby rozszyfrować intrygę, zanim autorka uznała za stosowne to uczynić.

Maj: Polina Daszkowa, "Rosyjska orchidea"

Spodziewam się w tym momencie gradu pytań: co TO tu robi?! I już wyjaśniam. "Orchideę" uważam za genialną pod względem fabuły, splecenia dwóch linii czasowych i pod względem kreacji postaci typu Waria. A że tłumaczka do spółki z korektorką skopały sprawę koncertowo, to jakby powszechnie wiadomo.

Czerwiec: Aleksander Korżakow, "Borys Jelcyn od świtu do zmierzchu"

Pierwsza przedstawicielka literatury faktu w tym zestawieniu. Chociaż biorąc pod uwagę, jak to wciąga, trudno uważać pamiętniki Korżakowa za stuprocentową literaturę faktu. Genialny obraz Rosji lat dziewięćdziesiątych, genialny portret Jelcyna /nieprzekłamany, chociaż generał Korżakow miał powody do dąsów na prezydenta/, historia manipulacji, puczu i walenia ministrów łyżkami. Cudo!

Lipiec: Ken Follett, "Człowiek z Petersburga"

Sądzę, że Karimi byłby zachwycony, gdyby to czytał. Fakt faktem, mało co z wakacyjnego maratonu ksiązkowego zapamiętałam tak jak "Człowieka z Petersburga". Może dlatego że przez cała powieść piszczałam "niech oni nie będą razem, niech oni nie będą razem", a potem się wściekałam: "Dlaczego oni nie są razem?!" Hm, czyżby dlatego, że ON był martwy? To stanowczo jedna z większych przeszkód w tworzeniu szczęśliwego związku.

Sierpień: Boris Reitschuster, "Ruski ekstrem"

Literatura faktu, odsłona druga. Prawdę powiedziawszy, wolałabym, żeby to nie miało nic wspólnego z faktami - może poza kwestią jeżdżenia samochodem po wariacku, bo to jestem w stanie zdzierżyć. Ale absurdy biurokratyczne, kółka prysznicowe i inne tego typu atrakcje? No, po tej książce poważnie się zastanawiam, czy chcę mieszkać w Rosji...

Wrzesień: Richelle Mead, "Blood promise"

I tak, wiem, że powinno być raczej "Spirit bound". Ale pomyślałam, że coś się "Obietnicy" należy, skoro przetrwała ze mną całą podróż paryską, skoro tyle wycierpiała i skoro rogi ma w stanie agonalnym od przebywania w za ciasnej torebce. Niewątpliwie podejrzliwe spojrzenia na moją lekturę podczas drogi krzyżowej w autokarze były jednym z hitów tej wycieczki.

 Październik: Theresa Revay, "Biała wilczyca"
Z dużym dystansem podchodzę do zachodnich ksiązek traktujących o Rosjanach - niestety, zbyt wiele w tej materii wycierpiałam od nacji Hamburgerów. Ale pani Revay ma nie dość, że wyczucie tematu, to olbrzymią wiedzę - i historyczną, i psychologiczną. Jak nie lubię romansów, tak "Biała wilczycę" wciągnęłam jednym haustem - a "Wszystkie marzenia świata" tak samo. I wierzcie mi, od czasu "Przerwanego lotu" przy żadnej książce nie zaliczyłam TAKIEGO napadu histerii.

Listopad: Ludwig Winder, "Następca tronu"

Bogiem a prawdą, nie mam pojęcia, czy to się jeszcze liczy do listopada, ale przyjmijmy czysto teoretycznie, że i owszem. Tym razem powieść historyczna, czyli coś między beletrystyką a literaturą faktu - bo te historyczne to już się ode mnie najwyraźniej nie odczepią. Żal mi Franza potwornie, ale jeszcze bardziej mi po tej książce żal Zośki, z której Habsburgowie jakiegoś potwora zrobili i nie odpuścili jej aż do śmierci /a nawet i po/. I po tej książce planowałam umrzeć za Serbię - tylko podejrzanie szybko mi przeszło.

Grudzień: Boris Akunin "F.M."

Grudzień faktycznie obfitował w literaturę dobrą, lepszą i najlepszą. Eliminując wszystkie pomyje w stylu "Przebiegum...", wychodzi mi lista jakichś 5 książek. Ale tylko "F.M." wgniotło w fotel kunsztem i stanowieniem intelektualnej zabawy. Akunin to mega ziomal i za każdym razem, kiedy sięgam po jego ksiązki, mam ochotę na dobre pozbyć się własnych wypocin, ot.

Oczywiście, brakuje mi tu stanowczo paru dzieł typu "Muzyka niebieskiej studni" (listopad), wreszcie skończone "A lasy..." (marzec) czy "Apokaliptycy i dostosowani" Eco (kwiecień). Niestety, gdybym miała zrobić pełną listę, nikomu nie chciałoby się tego czytać.

Tak czy śmak, do zobaczenia w jeszcze lepszym 2011 (a Paryż, Egzamin z Angielskiego i 1500 trudno będzie przebić, wierzcie mi!)! Szczęśliwego nowego!

 



Lill, ta fioletowa 30/12/2010 20:50:51 [komentarzy 4] Jakieś pytania?

303. Gwiazdka z nieba.

- Twojemu dziadkowi to zdrowie już się chyba nie przyda. Ale jeśli na to spojrzeć z innej strony, jest teraz zdrów jak nigdy. Nic mu nie dolega.
- Przynajmniej duchowo, fizycznie można mieć wątpliwości.
- No, fizycznie to dość kiepsko się miewa...
- Rzekłabym, że bezustannie coś go gryzie.*
(przedświąteczny czarny humor Młodej i mój)

Wyłączyłam deutsche Weihnachtslieder, bo ileż można. Jeszcze trochę, a na głowę bym od nich dostała. Jak mnie zainspiruje, załączę Bocelliego, bo chłopak nie miał okazji za dużo w tym roku pośpiewać. Albo Grobana. A potem szlus z kolędami, bo jak nic oszaleję w tej mojej jaskini rozpusty wszelakiej /w tym momencie wzrok sam z siebie wędruje w stronę Metaxy i Palycota na parapecie/. Do zobaczenia się z państwem za rok!

Gdybym jeszcze kiedyś narzekała, że nie czuję magii świąt, przełóżcie mnie przez kolano i spierzcie miejsce, gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę, byle mocno. W czwartek żaliłam się Ronny'emu na fejsowym czacie /zupełnie jakby nie było bardziej odpowiednich miejsc ku temu/, że świąt ni czorta nie czuję, czuję za to, że będę pierwszą osobą na świecie, którą zabije uporczywy kaszel. Miło być w czymś pierwszą, choćby chodziło o coś tak niezacnego jak śmierć. No ale... Poza tym, że Ronny wyraził nadprogramową troskę o moje zdrowie /a widzicie! ja zawsze wiedziałam, że Norwegowie to dobre ludzie są!/, uświadomił, że nie tylko w szalonej Bulandzie** święta zaczynają się /a często przy okazji kończą/ od "Kevina samego w domu". Ze zdenerwowania, że Kevin dopiero w pierwszy dzień świąt /Niesprawiedliwość jasna, Ronny miał go w czwartek/, włączyłam niemieckie kolędy. No i się zaczęło...

Najpierw o godzinie duchów odezwał się pan AA z redakcji powszechnie znanego magazynu, któremu nie zamierzamy robić reklamy na niniejszych łamach /ze względu na szeroko rozumianą skromność i brak miłości własnej... albo coś/. Pan AA w ciepłych słowach wyraził się o felietonie, który w piątek bazgrałam na kolanie i nawet nie miałam czasu przepatrzeć go w poszukiwaniu błędów. Nie zmienia to faktu, że włożyłam w felieton trochę serca /nie żeby jakiś kawał flaka tam tkwił czy coś/, toteż komplement uniósł mnie pod niebiosa. Coaching coachingiem, podróże w głąb siebie swoją drogą, ale dobre słowo zawsze jest w cenie.

Potem jak zwykle, zacna ma familia musiała wyskoczyć z czymś kretyńsko-dobijającym, to znaczy z absurdalną kłótnią typu przedszkolnego. Przed oczami jakoś mimowolnie stanęła mi stosowna scena ze Szkoły, nie żeby coś... w końcu Bezprawny, czego by o nim nie mówić, nie ma w sobie nawet jednej setnej uroku Prezesa /łączy ich tylko zamiłowanie do języka kwiecistego inaczej/. Najpierw się wkurzyłam i kiedy nieudolnie próbowali się pogodzić, zaczęłam im "Żurawia i czaplę" recytować / "...tak już chodzą lata długie, jedno chce, to nie chce drugie..."/, a potem wkurzyłam się jeszcze bardziej i wychodząc zaproponowałam, że kupię plastikowe łopatki w ramach prezentu gwiazdkowego. Żeby przynajmniej mieli czym się po głowach walić.

I wyszłam. Cała rozeźlona, z wizją zepsutych świąt we łbie et cetera... Wyszłam, a w skrzynce czekała niespodzianka. Kartka z Postcrossingu. Moja absolutnie pierwsza kartka z Postcrossingu. Mogłam ją dostać z dowolnego miejsca na świecie. Dostałam... z Petersburga. Nie uważacie, że to ZNAK? Do spółki z Metaxą, Końmi w Pod Wietrze i paroma innymi?

Dzisiaj cudów nastał zenit. Odezwała się do mnie Julija, z którą kontaktu nie miałam od wieków, której maila gdzieś zgubiłam, a gadu-gadu nie posiadałam nigdy. Odezwała się i poleciła mi... Insomnium. Dostałam dzikiej głupawki, bo nie dość, że Insomnium znam, to jeszcze tam publikowałam po długich a zawiłych namowach Karola /i co go za to spotkało? "Idiotę" ode mnie dostał... jeszcze to mylnie zinterpretuje.../. Świat jest maleńki, a Internet - stokroć mniejszy.

Wypada też wspomnieć, całkiem gubiąc chronologię, o wigilii klasowej. O ostatniej wigilii z moimi, kiedy łzy naprawdę czaiły się w kącikach oczu i nie wiem, jakim cudem się nie wylały. O "autografy później!" i planach dokończenia składania życzeń w innym miejscu i czasie. O wszystkim tym, co usłyszałam i co uniosło mnie aż do gwiazd. Spędziłam prawie trzy lata z najwspanialszymi ludźmi na świecie. Dwa dotychczasowe rozstania były megatrudne, ale czuję, że to będzie najtrudniejsze ze wszystkich. Bo przy mojej kochanej trzeciej ce naprawdę dorosłam - z wielu powodów.

Ale dobrze, łzy zostawiam na wymowną datę 29 kwietnia 2011, wtedy wypłaczę ich z pewnością dość. Et, a propos płakania przypomniała mi się wizja Ktosia otrzymującego od Pewnej Istoty Płci Żeńskiej pożegnalny prezent - chusteczkę. I wydmuchującego nos w ową chusteczkę. To by przebiło nawet moje wyczyny z apologią żużlowców toruńskich przed rokiem.

Na mocy mnie samej jedynie znanych skojarzeń od apologii żużlowców toruńskich doszłam do aparatu, który obecnie przebywa w rękach Yena, co średnio mi pasi, bo aura sprzyja fotografowaniu. Wtorkowy powrót do domu był epicki. W ogóle wtorkowy wieczór był epicki - życzenia od dawno niewidzianych, rozmowy z księdzem i czipsy zagryzane czekoladkami. I poślizg w drodze do domu - w każdym sensie. Anyway, nigdy więcej... aż do przyszłego roku.

Te święta były jak rok temu - skromne, trochę smutne, stołowo-telewizyjne. Jakbyśmy chcieli się pobyczyć na zapas, bo chłopcy obiecali, że za rok zwalą nam się na głowę z dziećmi, psami i kotami. Nie o tym chciałam - święta były trochę takie, jakby ich jednak nie było... Ale coś się zmieniło. Coś się stało i nie umiem koło tego przejść obojętnie.

Mam w sobie muzykę. Ona jest jeszcze cicha i nieśmiała. Nie potrafię znaleźć tych nut na świeżo odkurzonej klawiaturze. Trochę się boję - że nie znajdę ich już nigdy. Ale gra we mnie nadal. Tak jak boję się tłumaczyć Szkołę i jak boję się tysiąca innych rzeczy. Tylko że wkrótce szaleństwo odepchnie strach - balonik rośnie i rośnie.

Byle nie przegapić gwiazdy. Byle pamiętać...


*nie pamiętam, czy to tak szło. Za wszelkie odstępstwa od  faktycznej linii dialogu przepraszam. Sens zachowany.

**w sensie, że Polsce. Określenie pożyczyłam z "Przebiegum życiae"



Lill, ta fioletowa 26/12/2010 20:34:25 [komentarzy 5] Jakieś pytania?

302. Ho ho ho!

Oh the weather outside is frightful, 
But the fire is so delightful,
And since we've no place to go,
Let It Snow! Let It Snow! Let It Snow!

Jeśli kiedyś wyląduję na socjologii, czego - biorąc pod uwagę wieści z tamtych stron - raczej sobie nie życzę, mam pomysł na program badawczy. Wpływ świąt na psychikę statystycznego Polaka. Święta idą, to wiadomo, że wszyscy robią się mili do obrzydliwości, nawet Pani Sacrimonious /wybaczcie, kiedy o niej myślę, staje mi przed oczami Tatiana z VA, więc ten epitet stuprocentowo trafny jest/ paraduje po swoim terytorium z przyklejonym uśmiechem i demonstracyjnie olewa moje uwagi. Kij jej w oko zresztą. Podobnie jak kij w oko śmiesznym zasadom, chociaż tu chyba będę musiała się pożalić. Też chcę taką szkołę, w której za same sprawdziany dobrze napisane można mieć szóstkę na koniec roku. Mnie niektórzy nie chcą jej przyznać pomimo wybitnych sukcesów pozaszkolnych.

Pocieszam się, że skoro Święty Mikołaj już zmierza w moją stronę, to może i Sprawiedliwość się w końcu pofatyguje. Byle bez Prawa, bo mnie, cytując pewną imprezę, "Tadeusz opuści"*. O ile nie zrobi tego po Metaksie.

Z Metaxą to też śmiszna historia. Dostałam w weekend w ramach prezentu świątecznego. Flacha wielka jak stodoła, spędziła cały dzień na widoku na parapecie - i nikt jej nie zauważył. Oświeciłam familię dopiero pod wieczór, gdy z Bezprawnym powróciliśmy z godzinnej reanimacji Boskiego Dżagiego. Boski Dżagi naprawdę nie miał kiedy zamarzać... Moje delikatne łapki nie służą do pchania opornych pojazdów czterokołowych. Swoją drogą, ciekawe, jaką minę miałby Gangsti, gdybym zadzwoniła do niego w środku nocy z pytaniem "Masz może linkę holowniczą i mógłbyś pożyczyć?". Młoda zasugerowała, że odpowiedziałby jak Dżon na pytanie o imadło. Ech, niektórzy mężczyźni widać znają pomocność tylko wtedy, gdy to oni są stroną potrzebującą.

Po wszystkich perypetiach, zarwanych nocach, metaxach, głupawkach i pierwszym polskim od wieków /słodka idylla musiała się skończyć/, poczułam wreszcie święta. Poczułam je gdzieś między teraz a wczoraj rano, kiedy to złożyłam zamówienie na "Ofiarę" w formie trwalszej niż przeklęty e-book. Inna sprawa, że zbiło mi ein bisschen, kiedy Empik poinformował, że przyślą, owszem... ale w okolicach ferii zimowych. Wtedy to, jak Bóg da, będę zajęta czymś ZUPEŁNIE INNYM.

Oby.

Prace nad Lekturami Szkolnymi idą pełną parą, chociaż zupełnie nie wiem, po co, skoro najpierw wypadałoby wydać i Szkołę, i 1500. Ale zabawa jest przednia, nawet jeśli to przemawia tylko do BARDZO OGRANICZONEJ grupy osób i nawet jeśli potem w snach jestem informowana, że niszczę własną legendę. Już to gdzieś słyszałam. "Nie wracajcie, panowie, bo nie warto". Tylko że ja nie Ahonen i nie Schumacher, prędzej Pewna Moja Postać /tożsamość top secret, coby spoilerów nie robić/ - a przynajmniej gorąco chcę w to wierzyć.

Tak sobie oscyluję na granicy między bezkresem euforii i żałością najżałośliwszą. Huśtawka od nieba do otchłani i z powrotem - chociażby w piątek, kiedy po beznadziejnym poranku dostałam skrzydeł /dzięki dwóm nauczycielkom/, by pod wieczór znów spaść z moich chmur. Ciekawe, kiedy to się skończy. Tak sobie myślę, że to minie. Wszystko musi minąć, tylko trzeba się postarać. Tak jak mówiła Pani Psycholog, odwiedzona z nudów w czwartek /coś musiałam zrobić z trzygodzinnym okienkiem, podczas którego babcia włóczyła się po mieście, a autobusy do domu były non-existent/ - na Anoreksję Duszy nie ma cudownych pigułek. Gdyby były, pewnie znalazłabym paczkę pod choinką.

Znajdę co innego. Gwiazdkę z nieba?Ewentualnie trzecie wyjście, bo dwa obecne są takie, że albo mam anoreksję duszy /jako się rzekło/, albo talent, który wkrótce mnie zniszczy. Cudowne perspektywy, czyż nie? Pocieszam się biografią Dostojewskiego. W porównaniu z problemami Mistrza żyję jak pączek w maśle.

Lubię ten śnieg za oknem. Lubię jutrzejszą wigilię u Salezjanów, chociaż to ostatnia wigilia z Mirusiem. Lubię pojutrzejszą wigilię z Moimi, chociaż to ostatnia nasza wigilia i na bank będę ryczeć /notatka: nie malować rzęs w środę/. Lubię kolędy Bocelliego, które dziś skutecznie zastąpiły Josha, In This Moment, Innocens oraz Apocalypticę. I lubię tę myśl, że jest znacznie lepiej niżby być mogło.

Ważne, że będą święta - piernikowe, śnieżne, z tonami wattsa i Kevinem. Że o takich oczywistościach jak Standardowa Świąteczna Radość nie wspomnę.

A gdzieś w tle pałęta się "Last Christmas"... O tempora, o mores!


*niewtajemniczonym wyjaśniam - chodzi o pozbywanie się wypitej Soplicy. Resztę sobie dośpiewajcie.



Lill, ta fioletowa 20/12/2010 20:42:06 [komentarzy 5] Jakieś pytania?

301. Stuprocentowa optymistka.*

Jetzt stehst du da an der Laterne
mit Tränen im Gesicht
das Tageslicht fällt auf die Seite
der Herbstwind fegt die Strasse leer
Jetzt stehst du da an der Laterne
hast Tränen im Gesicht
das Abendlicht verjagt die Schatten
die Zeit steht still und es wird Herbst
(Apocalyptica, Seemann) 

Po dzisiejszej wizycie na poczcie jestem nie do życia. Stałam dłużej niż w kościele - a ja z obecnym stanem kręgosłupa i tej godzinnej mszy nie mogę znieść. Stałam, a jakaś dziunia z farbowanymi kudłami koniecznie chciała zapewnienia, że jej paczka nie zaginie w transporcie, bo inaczej ona paczki nie nada. Pożegnaliśmy my - ja i 24 innych kolejkowiczów - bez żalu. Ludzie to jednak głupi czasem są...

Anyway, na pocztę więcej nie idę. Nie-ma-mowy!

Efekt stania i wracania do domu o jakiejś dzikiej porze /oraz uczenia się historii w kolejce, coby o bólu nie myśleć/:

a) mózg samoczynnie przełącza mi się na Deutsch mode i mam ochotę rozmawiać z ludźmi wyłącznie w języku Goethego, efektem czego zapominam najprostszych słów po polsku

b) złapałam głupawkę na tle ludzi wchodzących na pocztę i robiących wielkie oczy na widok kolejki pod tytułem wąż kilkukrotnie zagięty

c) umieram sobie powoli, do domu się doczołgiwałam i nawet "Seemann" przestał działać przeciwbólowo.

Za to na plus zaliczam fakt, że Iwan się odezwał. Przez pewien czas miałam dzikie wrażenie, że od niego to ja się już odpowiedzi nie doczekam, albowiem uznał mnie za wariatkę. Co innego mógł sobie pomyśleć, skoro około półnoy wysłałam mu maila treści następującej /mniej więcej/: "Hej, sorka, że o tej porze, ale wiesz może, jakie jest zdrobnienie od imienia Roza? Nie żeby mi to było pilnie potrzebne, tak tylko się zastanawiam"? Pewnie doszedł do wniosku, że...

Ja: ...doszedł do wniosku, że chleję więcej od niego i już się nie odezwie.
babcia: A skąd wiesz, że chleje?
Ja: Bo to Rosjanin?

Z drugiej strony Ronny milczy od dwóch tygodni, co wcale mi się nie podoba i to bynajmniej nie z egoistycznych powodów, jakie niektórzy z chęcią by mi wcisnęli. Ale możliwe, że histeryzuję i po prostu powinnam się przestawić na częstotliwość korespondencji bliższą wymianie wiadomości na linii Freddy-Lill. Niby rzadko się do siebie z Fredkiem odzywamy, ale znajomość trwa prawie sześć lat.

Sześć lat... Ech, przypomniał mi się główny motyw notki dzisiejszej. Stałam otóż na przystanku koło szkoły po rytomózgowym sprawdzianie z faków, jedenastka nie przyjeżdżała i nawet wzór na realny czas jej przybycia /wyprowadzony przed dwoma laty bodajże przez Liska/ przestał działać. Ciemno było, więc nauka odpadała - stanęłam przeto przed wiatą i wgapiłam się w księżyc. I naszło mnie takie perfidne deja vu - że ta scena już była, ten sam księżyc, samotny przystanek zakopany w śniegu... Nawet "Tears in heaven", wtedy tylko nucone, dziś w jedynej działającej słuchawce. Brakowało mi tylko pierniczków w kształcie serc.

Pomyślałam sobie, że to taka banalna historia niespełnionej pseudomiłości, która źle by wyglądała na papierze. A w życiu się zdarzyła. Sześć lat... Do diaska, sześć lat to kupa czasu, nie wiem, czy dziś poznałabym go na ulicy. A na pewno nie zapijałabym jego zachowań ohydnym, plastikowym w smaku sokiem. Trochę szkoda, że tak to się skończyło: ja na zbyt wiele liczyłam, on zachował się jak szczeniak /którym zresztą, wybaczcie, przecież był/, a mogło z tego wyjść fajne kumplostwo. Ludu, nie powtarzać moich błędów! Rozum ponad serce... czy jakoś tak.

Wiadomość dnia, tygodnia, miesiąca: skończyłam Ofiarę! Niezłe, nie? tydzień temu jeszcze jej nie miałam. Ba, nie miałam jej i w środę, kiedy żaliłam się na fejsbukowej stronie społecznościowej. Ktoś przejął się moimi żalami - i podarował e-booka. Za darmo! Cud świąteczny? "Co zrobisz drugiemu, oczekuj od niego"? Nieważne, mam po prostu kolejny dowód na to, że poza tym krajem zdarza się znacznie więcej porządnych jednostek niźli w jego wnętrznościach /bebechy Polski sobie zwizualizowałam, yeah!/.

Moje wrażenia po lekturze? Piątkowy wieczór miałam z góry przekreślony, półtorej godziny wyłam i chichrałam się jednocześnie. Ludzie kochani, to są wampiry, to jest "badziew", na którego jakiś czas temu żal mi było kasy /co Młoda musiała oczywiście wypomnieć/... Tylko że jakoś w międzyczasie, badziew niepostrzeżenie przemienił się w historię prawdziwego dorastania. W cykl o wampirach, który wcale nie jest o wampirach, tak jak w Piosence o Umieraniu nie pada ani słowo o umieraniu. I choćbym się nawet czepiała zakończenia, choćbym utyskiwała na nadmiar słodyczy albo żałowała Naczelnego Ogrodnika, choćbym wnioskowała "za łatwo to wszystko poszło"... to wiem, że każde inne zakończenie spowodowałoby łzy nie przejęcia, a złości. I zabiłoby konkluzję.

A konkluzja, którą w piątkową noc pieczołowicie wykładałam babci przez telefon, brzmi:
"Bo nieważne, w jakich opałach się znajdziesz i ile będziesz musiała poświęcić... Jeśli wierzysz w szczęśliwe zakończenie, to ono na pewno będzie na ciebie czekać gdzieś za najostrzejszymi zakrętami".

Świat konsekwentnie wmawia mi, że wszystko jest możliwe. Dowód? wczorajsza sztafeta w biathlonie. Oczy ze zdumienia przecierała. Przecież oni byli na dnie, na dnie dna, za WIELKĄ BRYTANIĄ**! I wydostali się. Awesome Threesome - Król, Książę i Paź - wywiązali się ze swego zadania wybornie. Niemożliwe nie istnieje?

Bonus /garść cytatów z ostatnich dni/:

*"Podczas realizacji tego materiału nie ucierpiało żadne zwierzę. Ucierpi później." /dzisiejsze wiadomości/

*"Rzut młotem - jest młot i jest karp, co się rzuca" /jak wyżej/

*"Sprawiedliwość jest jak święty Mikołaj - wszyscy chcieliby w nią wierzyć, ale wszyscy wiedzą, że nie istnieje" /Lill próbuje pocieszać/

*"Z tej pogody to tylko Ruskie i husky się cieszą" /podsumowanie śnieżyc/

*"Wszedł ciasno, bo tak lubi najbardziej" /snookerowe zboczeństwo/

*"Meo Lessi" /nie wszyscy znają się na kopanej/

*"Wszystkie nasze autobusy zatrzymują się na tamtym przystanku... a niektóre, zważając na warunki pogodowe, prawdopodobnie zostaną tam na dłużej" /Lillchen w roli informacji MZK/

*"Chcę wymiotować, happy, chcę zaskoczyć cały świat" /nieznane wersy Wielkiej Improwizacji/

Dodatek, czyli kwintesencja:

- A co myślisz, gdy osiągasz sukces?
- Że na niego nie zasługuję.

Ktoś wie, gdzie się podział mój pancerz? /"Ten wynik nie świadczy o poziomie moim, tylko o poziomie matury."/


 

*za Panią z Autobusu Linii 43
**nie chodzi tu tylko o moje wątpienie w biathlonowe zdolności Brytyjczyków. Kto słyszał o "Panu na włościach", powinien skojarzyć.



Lill, ta fioletowa 13/12/2010 20:29:20 [komentarzy 3] Jakieś pytania?

300. Ein verrücktes Land.

Sometimes I feel
I'm not wise enough to judge what's real

Am I creating the world
Or is someone creating ME?

To nic, nic, nic a nic mnie nie obchodzi, że Ta Kobieta myśli zbyt powoli, że Tamto* nadal boli, że ktoś się ze mnie śmieje i czasem źle się dzieje. To nie-nie-nie-nie-nieważne dziś, o. 

Wczoraj miałam ambitny plan, coby popełnić ową trzechsetną notkę. Ale skoro mamy jubileusz, nie wypada smęcić, na smęceniu zaś by się z pewnością skończyło, bo mnie In This Moment do spółki z rozważaniem toposu vanitas w twórczości Życia wpędziło w nieszczególnie zacny nastrój. Zresztą, nastrój trzymał się konsekwentnie od wtorko-środy i szlag trafił mocne postanowienie nieprzeklinania, bo w pewnych momentach po prostu się nie da. Chociażby jak Król przegrywa bieg na ostatnim - dosłownie! - zakręcie.

Dzisiaj za to zrobiło się ślicznie. Wychynęłam z domostwa pod osłoną wczesnego zmierzchu i włóczyłam się po kolana w śniegu, którego nikt nie raczył odgarnąć. Srebrzy się to i chrzęści pod stopami niczym w tych starych, ledwie pamiętanych snach. Srebrzy się, chrzęści i obiecuje, że gwiazda niedługo rozbłyśnie. Mamy Grudzień, porę snów, porę marzeń, zacierania granicy między tym, co realne, a tym, co widziane w najpiękniejszych wizjach. Może nadchodzi czas... Z tą myślą brnęłam przez śnieżne ostępy, ściskając w łapie sześć kolorowych kopert. Każdą do innego kraju.

Jest w tym wszystkim jakaś magia - w grudniowych popołudnio-nocach, w kolejkach na poczcie i lampkach w oknach, w sennych paczkach do Vancouver /nie żebym ja wysyłała/... W "Sekretnych zapiskach Agaty Christie" na szczycie stosiku do przeczytania /zaraz nad ruskimi wikingami podczytywanymi dziś na wosie oraz pożyczonym "F.M."/ i w nowym Joshu w odtwarzaczu. Acz Joshowanie zakłócone zostało wczoraj/dzisiaj przez "Into the light"

Matka: Dziecię drogie, czemu ty takich depresyjnych piosenek słuchasz?
Lill (z rozmazanym od ryczenia makijażem): Tak wypadło.

Mam dziką chęć napisać coś w oparciu, acz byłoby to niejako odgrzewanie kotletów raz przypalonych. W końcu drugich "Koni" popełniać nie ma sensu.  A czym jest "Into the light", jeśli nie piosenką o umieraniu, w której nie pada wprost ani jedno słowo o umieraniu? /Albo nadinterpretuję/.

Śnił mi się Iwan. To dość zaskakujące, biorąc pod uwagę, iż znam go z jednej zaledwie fotografii. Ale mi się śnił. Kradł krzyże z bezimiennego cmentarza, grał w pokemony na komórce /?!/ i próbował dotrzeć do Torunia, a że mu nie wychodziło, to zawrócił. I gadałam z nim w czterech językach naraz - urocze, czyż nie?

Po sobotnim dramacie niedziela należała do Króla i reszty radosnej ferajny /ale to akurat nie dziwi/. Trzech Norwegów w czwórce to my lubimy, a zwłaszcza, kiedy zachowują kolejność: Król - Książę - Paź /na poczekaniu Boe został Paziem/. Sobotni biathlon w ogóle mi się nie podobał - chyba tylko o tyle, że myśli znów zaczęły krążyć wokół urwanego w połowie Króla Niedźwiedzi. Fragment o Bjoernie i niedźwiedziu w lustrze był w sumie uroczy.

Deklaracja z wczoraj: "Jeśli ona sprawy nie przemyśli, to przyjdę z matką, wychowawcą, dyrektorem, papieżem, Putinem i owciarkiem"

Efekt: Ona przemyśliwuje. Myślenie nikomu jeszcze nie zaszkodziło.

A w ogóle, żyjemy w totalnie szalonym kraju. No bo proszę mi wytłumaczyć następujące zjawisko:

Tydzień temu byłam na poczcie wysłać zwykły, najzwyklejszy list do TORUNIA /a zwracam uwagę, że mieszkam w TORUNIU/ - i co z tego, że priorytet, to chyba mało ważne, prawda? Zapłaciłam prawie cztery złote. Dzisiaj za najdroższy z listów, lecący do, uwaga, JAPONII, zapłaciłam dwa pięćdziesiąt. Ktoś coś z tego rozumie?

- Przepraszam, czy Rosja jest w Unii?
- Niet. To Unia jest w Rosji.

Na głupie pytanie - głupia odpowiedź.

Rzecz ostatnia: Polański zrobił etiudę "Dwaj ludzie z szafą". My chyba robimy sequel - "Dwaj ludzie z łóżkiem polowym", tylko sceneria ździebko inna. Proszę mi wytłumaczyć, dlaczego:
a) ryczę nad scenariuszem mocno opartym na MOIM WŁASNYM tekście?
b) zanim zostanę wydana, rozpoczną się prace nad ekranizacją? Wprawdzie nie tego, co wydaję, ale fakt pozostaje faktem.

A jeśli wyjdzie tak, jak się zapowiada, to Młoda ma przerąbane na resztę życia. Neurotyczna, kapryśna potencjalna noblistka nie będzie chciała żadnych innych reżyserów, tylko Młodą i Michałkowa. I Żywa, coby scenariusz popełnił do spółki z Alijewem. /Przepraszam, musiałam/

Na zakończenie, w klimatach Aloszy, którego mi żal coraz bardziej:
- Petersburg w śniegu jest taaaki piękny!
- Idź. Do. Diabła!


*dla pełnej jasności - nie mam na myśli brzucha

 



Lill, ta fioletowa 6/12/2010 20:29:52 [komentarzy 4] Jakieś pytania?

Stare papierki
2015
Marzec
2014
Czerwiec
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2013
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2012
Wrzesień
Lipiec
Czerwiec
Kwiecień
Marzec
Styczeń
2011
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2010
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2009
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2008
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2007
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń

Galeria twarzy
Kiimi
Ziemo
Jah
Avil
An-Nah
Garcinda
Ada
Schmittka
Cineva
Mal
Mestari

Autobiografia
(klik)

Notka
Zdjęcie na szablonie własne. Słowa też moje. Szablon przejściowy. Czcionka z Serwisu.
Chcesz coś? Poproś.