Zobacz wszytkie serwisy JOE.pl
blogiblog4u.pl blogiblogasek.pl katalog stronwjo.pl avataryavatary.ork.pl czcionkiczcionki.joe.pl aliasydai.pl, ork.pl, j6.pl tapety tapety.joe.pl obrazkiobrazki na NK
Online: ---
zdrowie i choroby nieruchomości na mapie
Pamiętnik pewnej Okrrropnej Kreatury.
Szablon

299. The chosen human race will never justify.

Senne macki listopada wciąż mnie oplatają i wcale nie mam chęci zajmować się dalej sprzedażą Wielu Rzeczy ani prezentacją na pol-idiotę, ani nawet śledzić wyników biegu panów. Może dlatego Legkow wygrał... Chociaż nie jestem już pewna, czy ja go w końcu lubię, czy nie, czy kibicuję Rosjanom w biegach, czy ich tępię. Czy nie mają czasem syndromu Austriaków, których w narciarstwie alpejskim kocham, a w skokach... no wiecie. Dość powiedzieć, że pokłułam się z radości, jak Schlieri schrzanił dziś drugi skok. Złe ze mnie wyłazi.

Towarzysz Optymizm siedzi na parapecie, kopci fajkę, chociaż mu mówię, że zakaz palenia w miejscach publicznych obowiązuje również w moim pokoju, i szepcze do ucha, że matura moja próbna zmiażdży. Wstępne przewidywania są przerażająco pozytywne i aż się boję, żeby tej wielkiej radości coś nie przemieniło w wielkie rozczarowanie. Ale te lęki to constans, dziwnie bym się czuła bez nich. I bez drgającej z niewyjaśnionych przyczyn powieki.

Wczoraj źle się czułam we własnej skórze. Było mi wybitnie nie halo z tym, ze jest sobota wieczór, a ja tkwię w domu i wklepuję do kompa kolejne strony "Milczenia". Nawiasem mówiąc, sama siebie przerażam: napisałam w notesie opowiadanie na ponad 30 stron. To się nie zdarzyło od... od... no dobra, nigdy się nie zdarzyło. Co więcej, nie nabawiłam się straszliwego urazu do notesów i "Niemalsa" zamierzam popełnić w tenże sam sposób. W ogóle, pomimo deklaracji powrotu do duetu Alex-Ana, odsunę to chyba w czasie. Korci mnie "Niemals" jak nie wiem. Studium rozbitych złudzeń i narastającego lęku, to może być coś! I ta przewrotna refleksja, że ten, który miał najgorzej, tak naprawdę najlepiej na tym wyszedł... Jedyna nadzieja w tym, iźli "Niemals" krótki, a potem nieodwołalnie robię przerwę od tej strony świata, bo jeszcze mi się przeje i będzie tragedia na skalę światową.

Zwłaszcza w obliczu tego, do czego z każdym dniem coraz bliżej. Chyba zaczynam się obawiać.

Albo nie. Skreślić "chyba". Na pewno zaczynam się obawiać.

Piątkowe pseudoandrzejki z Młodą przejdą do historii z uwagi chociażby na monotematyczność aluzji, jakie przytrafiały nam się podczas gry w Hirołsy. I nie, nie chodzi wcale o tego nieszczęsnego rycerza /nie, skądże, to, że koniecznie chciałam jako bohatera wynająć niejaką Natashę takoż nie ma NIC do rzeczy/. Raczej o teksty w stylu "mapa z rozszerzenia" albo "jakaś tam umiejętność, poziom podstawowy". Czy to piło do kluczy, które wyjątkowo mi sprzyjają? A poza tym Młodej Widmo będzie arie śpiewało, a ja to mogę liczyć co najwyżej na śpiew baranów /wciąż nie wiem, co to właściwie było/. No i zbicie dnia - z wosku nam się ulały wątroba /nawet Niula, niepytana, stwierdziła, iźli to wątroba/ oraz jelito cienkie. Co to za wróżba?

Tylko fraszki ze Sztaudyngera wyszły, za przeproszeniem, bez sensu.

Argh, nie mówić przy mnie o sensie, bo padnę. Wczorajsze pytanie o 23:18: "Jaki masz sens w życiu?" zwaliło mnie z nóg i do teraz tak zwalona leżę, tylko od czasu do czasu dowlokę się pod telewizor albo do robótki ręcznej. Robótka leżała wczoraj na biurku i do północy straszyła kwikogennym, gdy wiadomo, o co chodzi, "I love BER" /miało być Berlin, ale robótka dokończona została dopiero dziś/. Czego by nie mówić, prawdziwe.

Wyjątki z dzisiejszego felietonu popełnianego w wysoce niesprzyjających pracy warunkach /znaczyt, burdel jak mało kiedy/: "Dziady" to przykład powieści realistycznej, a Turgieniew pisał o bezsensie życia i śmierci. A jak Helena, to wiadomo, że piękna. I jeszcze coś było, chyba o manipulowaniu kostuchą, i tak perfidnie kojarzyło mi się ze Śmierdziem. Ej, gdzie ja posiałam portret Śmierdzia?!

Posiałam takoż wywiad z Akuninem, a dziś okazał mi się zarąbiaszczo potrzebny. I chcąc nie chcąc, trza było puścić "Piosenkę o sprzątaniu w szafie"* i ogarnąć szafiszcze, którego boję się otwierać, bo zawsze coś kompromitującego zeń wyleci, a zwłaszcza przy ludziach. Przy okazji odkryłam, że połowa broszurek i ulotek z parysko-berlińskiej wycieczki jest po rusku. No tak, wszyscy brali po naszemu, a ja wiadomo. Zawsze muszę być inna.

E tam. Za tydzień o tej porze wszystko to będzie mi już rybka. Będę odliczać godziny do joshowania i dni - oby - do Ofiary.

Grudzień będzie piękny, bez wątpienia.


*dla niewtajemniczonych - chodzi o "Goodbye my lover" Blunta, a czemu tak to nazywam, to jakby dłuższa historya. 



Lill, ta fioletowa 28/11/2010 20:30:06 [komentarzy 4] Jakieś pytania?

298. Hulaj dusza, piekła nie ma!

 W powietrzu coś wisiało. I nie chodziło tu tylko o straszącego za oknem wielkiego, czarnego cumulonimbusa.

(kontekst oczywisty)

Z dużej chmury mały deszcz. Z mojego prywatnego, kolosalnego cumulonimbusa, który wisiał radośnie i groził /żenujący żart prowadzącej: co to jest - wisi i grozi? Żarówka OSRAM!/ burzą na miarę Apokalipsy zrobiła się ino jakaś marna mżaweczka, nawet parasola nie musiałam wyciągać. Ale co się nastresowałam, to moje. Zęby mnie do teraz bolą od szczękania, a nieprzespanych godzin nikt już nie wróci.

Lekarce się już na oczy nie pokażę. Z takimi wynikami nie wypada. Tylko po co wstawałam bladym świtem, skoro droga z przychodni do szkoły zajęła dziesięć minut? Mogłam pospać...

Piekło mnie ominęło albo to czasoprzestrzeń raczyła się zagiąć w stosownym momencie. Pomimo tego, co usłyszałam w piątek i po czym szczękę z podłogi zbierałam przez cały weekend /komentarz głównej zainteresowanej: "Trzeba było pisać, a nie szczękę zbierać"/, ominęły mnie Straszne Rzeczy. Aż sama na siebie się złoszczę, że nie poszłam wcześniej do wychowawczyni i nie powiedziałam jej, co i jak. Oszczędziłoby to nam wszystkim wielu przykrych dźgnięć i moją psychikę uchowało w stanie nadającym się /w miarę/ do użytku publicznego. Or something.

A skoro piekła nie było, cumulonimbus się rozwiał i nawet zaginiona przed dwoma tygodniami czapka uczyniła triumfalny comeback, mogę spokojnie zacieszać z wczoraj. Może to zacieszanie jest tragicznie infantylne, ale naprawdę skoczyło mi samopoczucie, kiedy odkryłam, że istnieją osoby pod wieloma względami do mnie podobne, osoby, z którymi fajnie się gada przy kawie/shake'u i z którymi dobrze się rozmawia o wszystkim, od matury z polskiego /rozszerzonej/ po sytuacje "jak z filmu". Całkiem prawdopodobne, że z okazji miłych wrażeń po spotkaniu tak mnie dziś wzięło na porządne odpracowanie tego antyku. Godzina pracy, cztery podręczniki, jeden łeb i osiem stron notatek. Jestem z siebie grrrrah, taaaaak duuumna!

Dzisiaj to w ogóle jakiś Dzień Dzikiej Orki /dopisać do kalendarza/. Odkąd wróciłam do domu, mam zapieprz na sto procent: Umwelt na środę, inwersja stylistyczna na przed chwilą, ruski dzisiejszy i ten antyk. Po drodze wcisnęłam jeszcze kampanię w Hirołsy 2. Śmiesznie - po dziesięciu latach znalazłam konkretny powód, żeby pokochać granie rycerzami. Przepraszam, nie moja wina, że było jak było!

A było w sposób następujący. Lillchen ma wolne popołudnie /piątkowe, nie dzisiejsze/ i z racji listopada Lillchen nie ma najmniejszej chęci brać się za nic konstruktywnego. Pytanie brzmi: korekta Szkoły /naprawdę ostatnia!/ czy Hirołsy? Lillchen wybiera Hirołsy. Bohater losowy, bo dwójkę Lillchen zna bardzo mocno średnio. I jakiego bohatera Lillchen dostaje? Pana z kretyńskim wyszczerzem, którego specyfika brzmi: "Dimitri, rycerz". Zgodnie z zaleceniem losu, grzecznie wyłączyłam grę i poszłam robić korektę. A dzisiaj przez całą kolację walczyłam o to, żeby mi nekromanci mojego rycerzyka nie rozczłonkowali.

Nie ma to jak konstruktywne zajęcie...

Życie dopisało do akcji z tłumaczeniem artykułu szalenie pozytywny epilog. Czwarty rok elektroniki w Petersburgu ma u mnie dług wdzięczności, sądzę zatem, że z ewentualnym tłumaczeniem pytań do wywiadu nie będzie najmniejszego problemu. Ino muszę te pytania spłodzić, a z tym to róznie bywa. Jak to prof. L. trafnie zauważył: "Już nawet 48-godzinna doba to byłoby za mało". Podpisuję się pod tymże poglądem wszystkimi łapkami.

Cóż jeszcze? Germanizacja postępuje. Złapałam się na tym, że korektując "Szkołę" siedziałam kwadrans nad jednym zdaniem i rozważałam, jak brzmiałoby po niemiecku. A potem mnie za to na fejsie kochają. To już jest niebezpieczne, nie sądzicie?

A w ogóle miałam jakiś dobry tekst z soboty na tytuł, tylko oczywiście zapomniałam. Z soboty pamiętam jedynie motyw z Bzpr za drzwiami /nie pytajcie/ i wizję Strasburgera mówiącego uczestnikom Familiady: "A ch... wygraliście". I to, że Amerykanie to dziwny naród, a ja nawet w Mario nie umiem grać. Życie.

Na koniec - ruski humory by Bzpr:

- Sasza, a prysznic ty brał?
- Taaa, co nie zginie, to zawsze tylko Sasza i Sasza.

Dziwnie się poczułam, jak wkrótce potem znalazłam w kuchni słuchawkę prysznicową. Może Młoda ma rację, że Saszka się u mnie zadekował...



Lill, ta fioletowa 22/11/2010 19:54:46 [komentarzy 5] Jakieś pytania?

297. All that's missing is the Colosseum.

Jak w tytule. Bo w tym szeroko pojętym burdelu tylko Koloseum mi do szczęścia brakuje, zaiste.

Zaczęło się od Iwana. A właściwie to nieprawda, od żadnego Iwana, tylko od Artioma. Artiom wprawdzie nie ma jeszcze świadomości, iźli stał się sprawcą wielkiego mego nieszczęścia, ale ja go wkrótce uświadomię, o ile dożyję. I o ile Iwan dożyje po lekturze moich wypocin.

Przyjmijmy za początek, nasz wielki wybuch, tego Artioma, który z pewnych powodów uchodzi za postać dosyć znaną w niektórych środowiskach. Zachciało mi się polować na niego z nju lans dyktafonem... metaforycznym w każdym razie. Mam cudowną wizję wywiadu, mam kontakt, żyć nie umierać... Wszelako pojawiła się trudność natury lingwistycznej - po jakiemu z nim gadać? Języki, którymi operujemy, niejako się rozmijają, a ja z moim rosyjskim to się nie będę pokazywać, bo chłopak ucieknie z krzykiem. Trochę mi brakuje do stosownej komunikatywności.

Summa summarum, zapragnęłam wsparcia. Któregoś wieczoru pod prysznicem doznałam iluminacji /albo grzyb ze ściany odpadł i mi zaorał mózgowie/ - IWAN! No i, jak mógłby przypuszczać każdy, kto zna moje podejście do proszenia ludzi o cokolwiek, przez następny tydzień dumałam, jak go dyplomatycznie podejść. Teraz żałuję, że Iwan per se nie miał takich skrupułów i to on pierwszy poprosił mnie o pomoc. 

Sedno? Sedno jest takie, że siedzę nad artykułem o metodach ekstrakcji cech obrazu twarzy w systemach FareS. Obiecałam, że dziś dostarczę tłumaczenie, dziś mi się kończy, a ja w lesie głębokim a ciemnym. Dość powiedzieć, że przetłumaczyłam połowę, po czym natrafiłam na akapit uświadamiający, iźli... miałam przetłumaczyć tylko tę drugą połowę. Demot roku, zaiste.

Ale żeby nie było tak ponuro, pochwalę się, że:

a) jestem w finale Pol-idioty (i robię prezentacje o moim hi-lifie za lat dwadzieścia)

b) dostałam szóstkę z conditionali. Nie wiem, jak to się stało, bo jakkolwiek gramatykę angielską kocham, to conditionale zawsze były moją piętą achillesową. Czterech nauczycieli mi je do łba wbijało... i wyszło dopiero teraz.

c) na SIGGu kozaczymy, jesteśmy prawie procent na plusie. Czuję w tym rękę Liska, bo Mati zapomniał, a moja aktywność utrzymuje się na poziomie mocno średnim z racji mnogości zajęć innych /coś trzeba z tym zrobić/.

Jednakowoż po stronie minusów również się mur berliński wyprodukował i nie wiem, co z nim zrobić. Czy to ten koszmarny listopad, moja potrzeba hibernacji i niechęć do rodzaju ludzkiego? Czy może chodzi o coś więcej, jakieś zmęczenie materiału? Dlaczego mam wrażenie, że kiedy mówię do Niej, to jakbym mówiła do ściany, że z Jej strony ostatnio jest tylko "ja, ja, ja"? Nie wiem, kto zawinił. Wiem, że jakoś mi na tym tle smutno...

Albo to ten listopad.

Próbuję zrobić korektę "Szkoły". Powtarzam uparcie, że to ostatnia, chociaż sama w to nie wierzę. Nie wiem, co ja zrobię z tym dwunastym rozdziałem. Nie wiem, co ja zrobię z tym, że tom urywa się w najgłupszym możliwym momencie i najbardziej spieprzonym przy okazji. Nie wiem, co ja zrobię, skoro po drodze mam prezentację na pol-idiotę, olimpiadę z polskiego /bo taaaak, kogo obchodzi, że byłam chora i w ogóle czwartek mi zszedł na umieraniu, olimpiada musi być/, przedmaturze, dwa językowe, jeden z WOSu /trza pocisnąć/ i allegro mode. A zrobić muszę, żeby w momencie, kiedy Dżaguar sprzedan zostanie, wraz z pieniędzmi wysłać Przyszłym Potencjalnym Zbawcom* wersję poprawioną, po n-tej korekcie autorskiej i w ogole odpicowaną do nieprzytomności.

I wypadałoby zrobić tę nieszczęsną stronę internetową, żeby potem nie tworzyć wszystkiego w dzikim pędzie, bo jedyne, co z tego wyjdzie, to koszula ze spodni.

Dziwić się, że umyka wśród tego wszystkiego wczorajsza wizyta w galerii, po której zresztą czuję się dziwnie dwuznacznie? Co nie przeszkadza faktowi, iż było prześmisznie, buty w panterkę są odjechane, a łubudu w Deichmanie tuż po tym, jak Młoda udała się w stronę lustra to motyw epicki. I kapelutek!

Tylko czemu, u diabła rogatego, ofiara kapelutka musi mieć fryz a la Prezes? Mam jakąś gigantyczną kolizję oznaczeń we łbie.

[Chór antyczny: I kiełbie]

I kiełbie.


*aluzja do Przyszłego Potencjalnego Teścia /zwłaszcza w świetle "Efektu Eks"/, miejmy nadzieję, nieprzypadkowa.



Lill, ta fioletowa 15/11/2010 20:21:45 [komentarzy 5] Jakieś pytania?

296. Zdradzona*

There's a look on your face I would like to knock out
See the sin in your grin and the shape of your mouth
All I want is to see you in terrible pain
Tough we won't ever meet I remember your name
Can't believe you were once just like anyone else
Than you gre and became like the devil himself
Pray to God I can think of a nice thing to say
But I don't think I can so FUCK YOU ANYWAY
(
Archive, Fuck U)

Czasem czuję nieodpartą chęć pofolgować zwierzęcym instynktom i tak zwyczajnie, tak prosto i prostacko wgryźć się w jej tętnicę szyjną. Widzę ją jak pulsuje na chudej szyi, jak zachęca, żeby skończyć sprawę raz na zawsze, a potem umyć ręce w sterylnie czystym zlewie i stwierdzić "po prostu nie miałam wyjścia".

A gdybym kiedyś kogoś zabiła, wińcie moje czerwone prześcieradło.**

Wracałam do domu w nastroju tak bojowym, że wszystkie miejsca wokół mnie dziwnym trafem były wolne. W gniewie dostało się szczeniakowi, który mnie popchnął, bo koniecznie chciał zaraz usadzić tyłek na moim miejscu. Wiązanka nie poleciała, poleciało za to lodowate "gówniarzu" i niech się gówniarz cieszy, że tylko tyle. Mogłabym dziś wziąć w łapy kałacha i mordować. Strach się bać, powiadam wam, strach się bać.

Zaczęło się tak niewinnie, bo wszystkie koszmarne poniedziałki mają tę cechę wspólną, że zaczynają się tak niewinnie, jak to tylko jest możliwe. Bolała mnie gardziel, bolały jelita /efekt wczoraj i choroby, którą Runosława przywlokła Bóg raczy wiedzieć skąd/ i ogólnie miałam nastawienie "byle przeżyć do dwunastej, potem pójdę do pielęgniarki". Do dwunastej dziwnym trafem mi przeszło i od razu się szczęśliwsza poczułam. Tylko że potem oczywiście musiało się zdarzyć coś, co wyprowadziło mnie z równowagi.

Przez dziesięć lat byłam ich wszystkich koniem wyścigowym, zdobywałam laury we wszystkich możliwych dziedzinach /poza sportem/ dla trzech kolejnych szkół... i co z tego mam? Grubą teczkę dyplomów, którymi naprawdę wytapetuję te cholerne ściany w moim potencjalnym przyszłym pokoju /chwilowo nonexistent/. KONIEC. Koniec, kropka i parę innych wyrazów na k, którymi mam ochotę rzucić. Dorosłam. Może wiek zrobił swoje, może coaching paryski, a może najzwyczajniej w świecie zrozumiałam, że mam swój honor - a on bynajmniej nie pozwala mi na robienie z siebie tła dla układów. Bo taka jest prawda, kochani. Tajemnica poliszynela.

- Dlaczego nie chcesz brać udziału w tym konkursie?
- Po co, skoro komisja już wie, komu przyzna pierwsze miejsce?

Nikt nie zaprzeczył. Z faktami się nie polemizuje. Byłam w epicentrum Kłamstwa i Obłudy, słyszałam rozmowy, od których każdemu w miarę uczciwemu człowiekowi włos by się zjeżył na głowie... Dość przeżyłam i dość się dowiedziałam, żeby świadomie zdecydować: JA nie zamierzam marnować MOJEGO CENNEGO CZASU na to, żeby robić sztuczny tłum dla synalków i córuniek paru prominentnych.

A ludzie się dziwią, że Mrożek wrócił do Polski, zobaczył, że nic się nie zmieniło i z powrotem wyjechał. Gdybym tylko mogła, też bym tak zrobiła, bo im się jest zdolniejszym, tym większego kopa w tyłek można dostać od tego kraju. Nic poza tym.

Wracając do tematu - żebym jeszcze mogła się łudzić, że jest w tym wszystkim wyższy cel ze strony Wyższych Instancji, że jest jakieś światełko w tunelu, wiara w mój talent czy coś... A tu chodzi o najbardziej przyziemną sprawę świata.

Okropnie się czuję. Sponiewierana, oszukana i wykorzystana. Mam tego dosyć i jeszcze jedna taka akcja jak dziś, a zwyczajnie za siebie nie ręczę. Ktoś musi w końcu głośno powiedzieć prawdę, skoro ONI nie mają odwagi.

A ja nie
Po prostu nie
Mnie się to
Mnie to się nie podoba
Niech się dzieje, niech dzieje się,co chce
Nie pożyczam, bo świat mi nie odda
(Musical Metro, A ja nie)

Nigdy więcej nie dam się tak upokorzyć. Nigdy, obiecuję.


*mam nadzieję, że aluzja czytelna

**z nigdy nienapisanej "Raskolnikowej"



Lill, ta fioletowa 8/11/2010 20:24:45 [komentarzy 4] Jakieś pytania?

295. Najgorsze, że tramwaj też jest wbrew naturze.

- Inni też widzieli tego niedźwiedzia. (...) Christoph, Tom, Bjoern...
- O, Bjoern to szczególnie go widział - śmieje się Król. - W lustrze!*

("Król Niedźwiedzi")

Chciałabym mieć trochę czasu. Odrobinkę. Tyle, żeby skończyć "Nawet gdyby świat" i żeby mnie już Davey do spółki z Travisem Loganem oraz wózkiem inwalidzkim Jamesa nie prześladowali. Mam pecha do snów ostatnio, ciągle mnie ktoś w nich gania - a to moi bohaterowie, a to logarytmy...

Wracając do tematu - naprawdę potwornie chciałabym mieć ten czas. A go nie mam ni czorta. Klasówki, olimpiady, matura (nie zaczęłam się jeszcze uczyć, na razie zajmuje mnie samo oswajanie się z myślą, że to już za pół roku), pol-idiota, ruski, Ferdydurke. I kampania w Hirołsy, która wyrwała mi z życiorysu dwa tygodnie - więcej już nie wyrwie, została bowiem zakończona powodzeniem. I Facebook, na którym ciągle trzeba coś sprawdzać. Chyba pójdę na odwyk.

Po nocach zamiast pisać /doprawdy, wyjątkowo ciężko się pisze, kiedy łeb ciąży, głód w oczy zagląda, a pies ziaje na środku dywanu/ czytam "Szkołę" i tłumaczę się sama przed sobą potrzebą dwunastej korekty. No tak tak, wyłapmy te trzy zaginione przecinki, to przecie arcyważne dla odbioru dzieła. Tylko że wcale nie chodzi o przecinki, a o zwyczajny, kiczowaty sentyment. Nie powinnam tak kochać czegoś, co staje się dzieckiem marketingu, chamskiej promocji na Facebooku i licznych planów niekoniecznie matrymonialnych. Potworna machina promocji przyjęła to dziecko pod swój dach, chociaż nie jest jej. Potworna machina promocji ma zrobić ze "Szkoły" bestseller.

Żeby zachować względną równowagę psychiczną, toczę boje z żużlem. Na frontach wszelakich. Zrobiłam porządek w płytach z półki Szczęście&Co. i ze zgrozą odkryłam, iźli ktoś mi Hamar '03 zakosił. Super. Najpierw znicz od dziadka ukradli /6 złotych na niego wydałam! Czy dziadek nie mógłby pilnować własnego grobu?!/, teraz jeszcze fragment Szczęścia. Porzuciłam więc wizję oglądania po raz setny Hamaru, zamiast tego obejrzałam po raz dziesiąty Lonigo '07, śmiejąc się w tych samych co zwykle momentach. Miło było sobie przypomnieć czasy, jak to Gollob ogony woził... /Witek byłby zachwycony powyższym zdaniem/.

O, ja tu o żużlu, a na jednej z licznych linii gadugadowych rozmowa się ukuła o Smole. Aż mi się przypomniały moje zapędy handlarskie w 2008 podczas Trzech Dnich Chwały Absolutnej**: "Sprzedam autograf faceta, który przegrał z Janowskim w GP. TANIO!" Ale czyż można było sprzedać wspomnienie "What do you want?" /i lęków, czy aby nie pragnie mnie zamordować za akcje z kapturem na żużlu na lodzie/ oraz szpiegowskich zapędów Marty i moich? To se ne vrati, moi mili.

Żużla ciąg dalszy to szukanie ofiar do wywiadów i psychiczne przygotowania do napadania tychże. Przygotowania trwają dłużej niż powinny, czas reakcji zamiast skrócić się w wyniku lat praktyki raczej się wydłużył. To niedobrze. Pocieszam się, że jak się zbiorę na napisanie tego, to najgorsze już za mną /i nie, Młoda, to NIE JEST aluzja do soboty/.

Nawiasem mówiąc, sobota uczyniła mi we łbie mętlik przedniej jakości. Ujrzawszy dwa dni później w 1500 znamienne słowa na temat życia i... i nie tylko... omal się nie przekręciłam. A kiedy jeszcze doprawiłam to znalezioną na Growlsite'ach refleksją, że "nasze relacje są bez sensu"... Oj, szkoda gadać.

Dzisiaj mi podbiło. Macierz powróciła późnym popołudniem w domowe progi i uświadomiła, że zaraz na Rubinkowie zaczyna się kiermasz w bibliotece. Dała dwie dychy z przykazaniem, żebym kupiła coś fajnego. No i kupiłam... 12 książek. Z czego trzy wydarłam z łap innych klientów, bo oni nie umieliby się nimi odpowiednio zająć. Jestem samozwańczą Królową Polowania na dzień dzisiejszy, a jutro będzie jeszcze lepiej - odbieram z biblioteki /w tym celu udostępniono mi nawet godzinę wolną po maturze/ literaturę przedmiotu do mojej szacownej matury oraz... Korżakowa! Stęskniłam się za nim jak diabli, chcę jeszcze raz opowieści o waleniu ministrów łyżeczkami, o dyrygowaniu orkiestrą i o wszystkim innym. Korżakowa pragnę i pożądam!

Summa summarum, mam przed sobą dziesięć książek + starożytną Litwę + to, co jutro zdobędę + "Przed końcem świata". To chyba zrozumiałe, że "Ferdydurke" nie ma szans? Zapowiada się pierwsza lektura, której NIE PRZECZYTAM. Nawet Dziady zdzierżyłam, a Gombrowicza ni cholery nie mogę. To jest nieczytywalne.

I jeszcze ten polidiota w czwartek. Nie chce mi się... Dajcie mi pisać i czytać, będę szczęśliwa. I od biedy pokwikiwać pod ławką na ZoMo, bo odnalazłam w kalendarium na kserówce Kulikowe Pole. To chyba tylko ja tak potrafię, nie?

Ura, ura, jutro matura! A ja lenia mam, leń ma mnie, kochamy się z leniem i w ogóle jest słodko do mdłości. Komuś rzucić Michałka? Białego mam! /kusi/

 


*niezorientowanych uświadamiam: Bjoern to po norwesku niedźwiedź.
**vide notka "Best of best", październik '08

 



Lill, ta fioletowa 2/11/2010 19:56:27 [komentarzy 6] Jakieś pytania?

Stare papierki
2015
Marzec
2014
Czerwiec
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2013
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2012
Wrzesień
Lipiec
Czerwiec
Kwiecień
Marzec
Styczeń
2011
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2010
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2009
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2008
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2007
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń

Galeria twarzy
Kiimi
Ziemo
Jah
Avil
An-Nah
Garcinda
Ada
Schmittka
Cineva
Mal
Mestari

Autobiografia
(klik)

Notka
Zdjęcie na szablonie własne. Słowa też moje. Szablon przejściowy. Czcionka z Serwisu.
Chcesz coś? Poproś.