Zobacz wszytkie serwisy JOE.pl
blogiblog4u.pl blogiblogasek.pl katalog stronwjo.pl avataryavatary.ork.pl czcionkiczcionki.joe.pl aliasydai.pl, ork.pl, j6.pl tapety tapety.joe.pl obrazkiobrazki na NK
Online: ---
zdrowie i choroby nieruchomości na mapie
Pamiętnik pewnej Okrrropnej Kreatury.
Szablon

294. Latające pyry bez gazu.

Amar o quanto precisar que ame
E entao recuse a escuridao te amo

Pra que chorar

Chorar e fim

Voce existe em mim

(Josh Groban, "Voce existe em mim")

Jeszcze nie jestem uboga, ale to jeszcze. Dlaczego moi ulubieni /i dostępni w tym dzikim kraju/ wykonawcy muszą wydawać płyty w tak nieodpowiednich momentach? I to TAKIE płyty? "Voce..." jest przecudowne, ten utwór serce me podbił całkiem. Uzależnia niczym Paryż, aaaargh. A ja naprawdę nie mam pieniędzy na kolejną płytę... Życie, życie, co ty mię czynisz?

Moja egzystencja rozdzieliła się na dwie części zasadnicze - przedmaturze i pomaturze. I to przedmaturze właśnie zabija niekoniecznie powoli. Moje dni dzielą się na phrasale, trygonometrię, zabawy z silniami, rekcje czasowników, lektury dodatkowe i inne tego typu wątpliwe przyjemności. Oraz sprzątanie na cmentarzu, albowiem Wszystkich Świętych zbliża się nieubłaganie i drugi raz w mniejszym gronie będzie się wznosić dziwaczne toasty za "zdrowie zmarłych" /autentyk!/. Dziwne, ale... stęskniłam się za tym.

Mózgowie mi się rozorało całą tą nauką, próbną maturą z matmy za tydzień /z trygonometrii leżę, kombinatoryka to czarna magia, resztę może spłodzę na chłopski rozum/, polidiotę dzień później /z tego się bierze wzmożona fascynacja rekcją czasownika oraz ośmioma stronami phrasali/, sprawdzianów stos, przeklętą olimpiadę /łudzę się, że może zręcznie przeciągnę moment oddania pracy poza ramy terminu, takie "ups, zapomniało mi się" zrobię/... I do tego wszystkiego, jak to zwykle bywa /no bo jakże inaczej/, przylazła zacna wena.

Weny nie było, kiedy wracałam do domu w południe i godzinami grałam w hirołsy, bo ile można czytać. Ani myślała się zjawić, kiedy w wakacje robiłam okrągłe nic. Na nudnych matmach przysypiałam, a wena siedziała w kącie. To nie, to musiała przyleźć teraz, wlepić we mnie te wielkie ślepia i bardziej wymownie od Rudosławy prosić o odrobinę uwagi! Niech to szlag...

No, przeżyjemy. Wprawdzie jutro obstawiłam sobie zajęciami, które wymagają odklejenia się od zakurzonego niemożebnie ekranu, w piątek osiemnastka Pankosia, Pawła i Magdy, a potem Wszystkich Świętych, ale gdzieś tam chwilę się znajdzie. Dla chcącego nic trudnego. Naprawdę, w powrocie weny nie byłoby absolutnie nic złego - istnieje wszelako pewien dobijający fakt. Wena nie zakłada kontynuacji niczego, co zaczęłam męczyć w ostatnich czasach. "Fortepian" dawno okryłam zielonym, tatarskim całunem. "Jezus" może doczeka się kolejnych zdań, o ile nastąpi apokalipsa, do której wszechświat nieuchronnie dąży /kwestia tylko, czy ja doczekam żywota po tejże apokalipsie/, czyli i tak nieprędko /oby w ogóle/. "Nawet gdyby świat" zanurzyło się w odmęty myśli mętnych równie szybko, jak z nich wypłynęło. A ja mam wenę na Lektury Szkolne.

I teraz nie zrozummy się źle. Nie chodzi bynajmniej o to, że mam wenę na napisanie czegoś dydaktycznego albo /chrońcie mnie wszyscy możliwi!/ fanficka jakiejś "Granicy" czy czegoś /epitet "jakiejś" nieprzypadkowy, obrazuje mój stosunek do polskiej literatury międzywojnia/. Określenie /nieświadomie/ podsunęła mi Liv, a teraz, z lenistwa czystego, rozciągnęłam je na miniatury dotyczące "Szkoły" wraz z przyległościami. Innymi słowy: guziczek mi wyszedł ze zmiany klimatu, Rosja jest jak Lassie - zawsze wraca.

Z rzeczy innych:

a) terminy do mnie to już jak do ginekologa się zamawia - na xyz czasu do przodu. Życie, co ty mię czynisz!

b) nie wiem, jak ja napiszę sprawdzian z renesansu, skoro zamiast Trenów pamiętam Truny (vide: sierpień '09). Pani prof by się załamała, gdybym zacytowała jej fragment owej radosnej tfu!rczości.

c) Anton olewa mnie permanentnie, więc chyba porzucę go dla Iwana, z którym wprawdzie jest mini-problem językowy, ale człowiek wykazuje większą dostępność /wiem, że to wszystko dwuznacznie brzmi, miało tak brzmieć/

d) istnieją dwie możliwości odnośnie mojej dalszej kariery w wiadomych mediach - albo znienawidzą mnie za ostatni artykuł /i go nie wydrukują/, albo zostanę guru. Nie wiem, która opcja napawa mnie większym przerażeniem.

e) kwiaty polskie z dnia dzisiejszego:
- "Ty tępa dzida jesteś!" /prof. J. do Pawła, nie wiadomo, z jakiej okazji/
- "Tramwaj jest wbrew naturze" /Młodej uzupełnienie do moich dzikich logik na matmie/
- "Gdzie ty mieszkasz?" "Nieważne. I tak nie trafisz"

I śniły mi się latające pyry z soboty. Это какой-нибудь znak?



Lill, ta fioletowa 26/10/2010 20:57:22 [komentarzy 4] Jakieś pytania?

293. Ich grolle nicht.

Wstęp do ZoM-O:
- A was co tak mało?
- Tylko elita narodu została!

Głupi, głupi, głupi i przebrzydły ocet jabłkowy! Koncepcję mi popsuł! W sferach najistotniejszych nie dzieje się nic, powinnam usychać z tęsknoty i pochlipywać cierpiętniczo or something, a ja tymczasem paraduję z bananem na krzywym ryju. Dyskretnym bo dyskretnym, ale jednak - bananem.

A Dzień Dobry wypada dopiero pojutrze! Rzeczywistość mi się zagięła, ot co!

Powinnam być cokolwiek umierająca czy coś /z akcentem na "czy coś"/. Nie dość, że wyciągnięto mnie z łóżka o 6:30 /kiedy cimno jest, zimno, nieprzyjaźnie i umysł mi nie funkcjonuje/, to jeszcze o ósmej rano kazano zajmować się logarytmami. Te przeklęte logarytmy ganiały mnie we śnie z dzikim wrzaskiem, że się nimi nie zajmuję i wcale ich nie kocham. Uległam. Po powrocie ze szkoły /i sprawdzianie z ciągami w tle/ grzecznie zrobiłam dwa zbiory zadań, a przed chwilą postanowiłam z własnej wypowiedzi /"y?!"/ wyliczyć niewiadomą. I zastanawiałam się, co oznacza znak zapytania przy silni... Matma ora mi mózgowie. Tak, ora, nie orze. Rolnik ora, a Kubica jecha, zapamiętajcie.

Kocham mój dysk H: miłością bezgraniczną. On wprawdzie czasem zamienia się w dysk G: i wtedy kocham go jakby mniej /Młoda wie, czemu/, acz podstawowy fakt pozostaje bez zmian. Dlaczego? Otóz na dysku H vel G znaleźć można bezcenne starocie, na widok których łza się w oku kręci... czasem łza śmiechu. Ostatnio jeszcze raz przerobiłam tekstosy z pierwszej liceum, poryłam się z dialogów na historii, z tekstów na fizyce et caetera. Potem odkopałam muzykę /i kit, że w formacie, który można sobie w... szafę wsadzić/, która towarzyszyła mi na wygnaniu podczas pisania kolejnych stron pierwszej całkiem powieściowej powieści /"Rodzinny" vel "Królewskie" vel "Na własne" się nie liczy/ i zakochałam się w niej na nowo. "El milagro del amar" właśnie mi towarzyszy, a parę innych trzymam w stosownym* miejscu niczym najcenniejszy skarb. Aż naszła mnie chęć na odświeżenie sobie "Siedmiu lat do Monachium", może kolejną korektę, może podrzucenie komuś tego dziełka... A może nie. Zobaczymy.

Ale to nie było najcenniejsze znalezisko, o nie. Najcenniejszy był zaczątek oficjalnej wersji "Nawet gdyby świat". Tak się w to wkręciłam, że dzisiejsza podróż autobusem upłynęła mi w rytm stukotu kół wózka Jamesa i deszczu bijącego o szyby hotelu w G'kirchen. Jak to możliwe, że nagle z grafomanii zrobił mi się niezły kryminał? A jak skończę, czeka 10 miniaturek, czeka "Jezus" /się chyba nie doczeka, boję się własnych wizji/, czeka Bieg Piętnasty... Uff, nie zamieniłabym tego pisarskiego kieratu na nic innego. Uzależnienia, uzależnienia!

Wena wróciła. Wreszcie. Nie wiecie, jakie to szczęście.

Wieczory są nasze - Niuli, Chopina i kulturnych diewuszek. Wczoraj z Rudosławą zajęłyśmy pół łóżka i jak urzeczone wpatrywałyśmy się w Daniła Trifonowa /geniusz!/. Dzisiaj byłam lepiej przygotowana - na Małego Księcia i Juliannę przyszłam z "Cudzoziemką", bo w końcu pani prof chciała jakoś wkrótce to z nami omówić. Połączenie książki, za którą nie przepadałam i kompozytora, za którym przepadałam jeszcze mniej... okazało się strzałem w dziesiątkę. "Cudzoziemka" wchłonęła mnie tak, że omal nie przeczytałam całej. Całą sobą utożsamiam się z Różą, to po prostu cudowna bohaterka! Tak, Polacy. Tak, polski kretyn złamał jej karierę, a teraz ona gra rzekomo dla Polaków i na polskim wieczorze. "To nie był polski wieczór, tylko mój wieczór" - coś wspaniałego! Moja krew, moja! Zwłaszcza po ostatnich zawirowaniach i niebezpiecznym zbliżaniu się tego kraju do wizji, którą ongi ujrzałam w półnarkotycznym widzie po pisarskim transie.

Może dlatego pomimo wszystkich możliwych okoliczności... a może ramię w ramię z nimi? W końcu epickie głupawki odnośnie otwierania czegokolwiek na stronie 8-9, dysputy o prawosławiu i chwalenie się znajomością islamu były wyjątkowo pozytywnym akcentem... W każdym razie pomimo wszystko jest mi dobrze. Tak zwyczajnie, tak po prostu dobrze. Nie myślałam, że kiedyś tak mnie uraduje ten stan.

Wiele powodów. Rozrastająca się grupa wsparcia, dzika karta dla Nickiego i Emila /nie żebym się nie spodziewała/, przekonanie że w najgorszym wypadku gwiazda rozbłyśnie około marca, matma /bo ten sprawdzian wcale nie był taki trudny/, rozmowy o Prouście /i o tym, że tego się czytać nie da/ na polskim czy odnaleziona na Niulinych półkach kniga pod enigmatycznym tytułem "Starożytna Litwa. Ludy i bogi". Obawiam się, że mitologia Persów będzie musiała jeszcze trochę poczekać...

A poza tym - coraz bliżej do siódmego grudnia!

Zatem, gdyby ktoś jeszcze nie pojął - fajnie jest. Bez fajerwerków, ale fajnie. Oby tylko prof. L. nie zepsuł mi jutro humoru ideologiami politycznymi.


*nie mylić z ustronnym, tam zapisywałam pliki ściśle tajne (vide maj albo czerwiec '07)



Lill, ta fioletowa 19/10/2010 20:38:49 [komentarzy 4] Jakieś pytania?

292. This is the road to hell.

I am the way
I am the light
I am the dark inside the night
I hear your hopes
I feel your dreams
And in the dark I hear your screams
(Trans-Siberian Orchestra, Believe)

Ostatnio słucham tej piosenki z częstotliwością minimum 5 razy na dzień. A im dłużej jej słucham i im częściej ją śpiewam /wciąż szukając najlepszej interpretacji i wahając się między popoperowym szykiem a rockową fantazją/, tym bardziej ją czuję. Jest bardziej moja niż osobiste kompozycje. Niezwykłe. "Believe" żyje we mnie, jakby zawsze siedziało gdzieś w duszy i tylko czekało na swój czas. Marzę, żeby gdzieś i kiedyś zaśpiewać to przed ludźmi, żeby i oni poczuli tę magię. Marzyć wolno każdemu.

Wracałam do domu po zmroku. Było potwornie zimno, bolała mnie prawa noga i rozładował się telefon. Miałam ochotę kopać, gryźć i wrzeszczeć, a mp3, jak na złość, nie chciało wylosować niczego rzewnego. Skończyło się tym, że jechałam przeklętym autobusem, a łzy ciurkiem ciekły mi po twarzy i rozmazywały nie tak znów perfekcyjny makijaż. Jakiś miły, starszy pan spytał nawet, czy może pomóc. Nie mógł - bo nikt nie może. Wątpię, czy ktokolwiek jest w stanie w pełni to ZROZUMIEĆ.

Decyduje się sprawa cząstki mnie. Możecie bagatelizować, możecie się krzywić, że co to niby znaczy... ale dla mnie to jest arcyważne. Boję się, czy w tym momencie nie najważniejsze.

Stoję na jakimś cholernym rozdrożu, którego nie pojmuję. Mogę odmówić - ale czy dostanę kolejną szansę? Mogę się zgodzić - a co, jeśli potem ktoś zaproponuje lepsze warunki? Ryzykować? Ryzykować nieswoimi pieniędzmi i swoim najukochańszym dziełem? To ma jakikolwiek sens?

Gubię się w tym wszystkim. Neurotyczna pisarka nie jest najlepszą bizneswoman. Poza tym - świat tyle razy dał mi do zrozumienia, gdzie mnie ma, że aż się boję uwierzyć.

Skończyłam "Białą wilczycę" i mam dziwne, nieodparte wrażenie, że wokół dzieje się coś niedobrego. Tak globalnie. Wojna się szykuje, krew niewinna popłynie czy coś. Ale pewnie jestem złym prorokiem, a to tylko reperkusje atmosfery powieści. Z niecierpliwością będę czekać na "Wszystkie marzenia świata" czy jak to się ma zwać, bo faktycznie warto. Dwudziestu pięciu zeta nie żałuję.

Nic się nie dzieje przypadkiem. Równie nieprzypadkowo dałam się wczoraj młodej zaciągnąć do kościoła. Mało, że do kościoła /to w końcu nic niezwykłego/ - na mszę. I aż się zdziwiłam, jak bardzo kazanie zgadzało się z moimi poglądami. Szkoda, ze nie mogłam zostać do końca, ale autobus wzywał nieubłaganie /a i tak, drań, uciekł mi sprzed nosa/. W każdym razie - doznałam jakiegoś dziwnego objawienia, w żyłach zaczęła krążyć znów Pierwotna Energia Kosmosu i powstaje z tego dzieło, którego aż się przestraszyłam. Nawet ma jako-taki tytuł, który jestem w stanie zdzierżyć /a to rzadkość/. Tylko nie mogę pisać więcej niż stronę-dwie, bo dostaję kręćka i zaczyna mi się wydawać, że żyję w Nowej Polsce i że na placu naprawdę stoi ten Krzyż. Nawet mi się to przyśniło razem z okolicznościami czasowymi.

Dobra, ani słowa więcej, bo wenę przepłoszę, a tego byśmy nie chcieli.

I wanna see the same dream
That I dreamt long time ago
Before you broke my heart
(I still can feel it)
I don't wanna hear
What you're saying to me
The truth that hurts the most
I can't stand it anymore
I just wanna wake up from it all

Znów nie pamiętam, na jaką melodię to było. Wada produkowania muzyki pod prysznicem.

I chodzi za mną fragment z dzieł nienapisanych, ale nie przytoczę, bo kiczowaty.

+ niech ktoś odłączy prąd. Szlag mnie trafi od Preludium Deszczowego. W ogóle, mam potąd Chopina na resztę mych pięknych dni.

+ rewelacja. mam w skrzynce maila, którego się boję. albo polecę do nieba, albo spadnę w otchłań. Czarowna perspektywa, nie ma to tamto.



Lill, ta fioletowa 14/10/2010 20:44:25 [komentarzy 5] Jakieś pytania?

291. Sex, drugs, Jan Kazimierz, silnie i gremliny (wataha).

Ja słuszał dożd', ja dumał o tiebie
I pamiat' w walsie osieni krużiłaś

Ja wspominał minuwszuju wiesnu
I sierdce o tiebie w slezach małiłoś

(Григорий Лепс, "Я слушал дождь")

Facetka od biletów w Empie mało nie padła. Nie dziwię się jej - przychodzi z samego rana lekko wczorajsze, zakatarzone stworzenie z dziecinnym głosikiem i prosi o bilety na koncert metalowy. Też bym przeżyła szok, nie ma to tamto.

Dużo się działo. Dostatecznie dużo, żebym straciła wątek i możliwość opisania tego wszystkiego w kilku sensownych zdaniach. Tym bardziej, że mój nastrój huśtawkuje w najlepsze i za nic ma uwagi niżej podpisanej, że niżej podpisana nie ma okresu i nie jest w ciąży, w związku z czym wszelkie tego typu wahnięcia uważa za NIE NA MIEJSCU. I proszę się nie zasłaniać pogodą.

Dobrze. Wiem, że pewnych ograniczeń mojego organizmu nie przeskoczę. Od pierwszych mrozów jesiennych średnio do połowy grudnia jestem w stanie totalnego letargu, a zajęcia nieobowiązkowe z mojej strony to w najlepszym wypadku rżnięcie w hirołsy. Chociaż i to mnie obecnie drażni - sześciu wrogów uwzięło się na moje Bogu ducha winne gremliny i przy każdym pojedynku tracę ich ze dwieście. Nigdy więcej nie będę grać fortecą /i kit, że fortecę uwielbiam, a moje marudzenie nie przełoży się na rzeczywistość/.

Inne ograniczenie - nie mogę pisać nowej powieści, dopóki nie minie pół roku od skończenia poprzedniej. Nie wiem, na czym to polega, ale nie mogę i już. Muszę się przestawić na działalność w zakresie form krótkich - "Niemals" czeka, "Błondinka" czeka, ukraińskie też czeka... A za mną chodzi, szczerząc się ponuro, przeklęty "Efekt Eks". Nie napiszę tego, nie ma mowy. Zapomnijcie, istoty nadnaturalne.

Nie o tym zresztą chciałam. Mes natchnęła mnie na wspominanie soboty, więc powspominam - tym bardziej, że jest co. Wprawdzie jeden z klipsów zaginął w tajemniczych okolicznościach, a McDonald skurczył makabrycznie me zacne fundusze, ale warto było. Wariacka Bydź, trzy wariatki na spacerze ulicami bydgoskimi /gdzie były głównie sklepy obuwnicze albo banki, no i "La Rosa Bieli... zna"/ oraz moja epicka głupawka, której powody zna tylko Avil i niech ją ręka, noga, mózg na ścianie, żeby to dalej przekazywać.


Co do samego rozdania nagród... Było inaczej niż się spodziewałam. Zupełnie inaczej. To znaczy, Twaróg wciąż ten sam, Rydwany Ognia puścili /chociaż mnie i tak nie będą się kojarzyć z Warsztatami, bo kojarzą się z czym innym/, aula się nie zmieniła i nawet rozpłaszczałam się tam, gdzie zwykle. Inna sprawa, że my trzy byłyśmy najbardziej galowe wśród całej tej ekipy.
Zwłaszcza ja z moją czarną sukienką. Kit, że wyglądałam jak wykładowca lub gość specjalny - co mnie obchodzi, co sobie nowy narybek pomyślał? Ważne, że czułam się w tym dobrze... oczywiście, do chwili, kiedy wywołano mnie na środek.

Co się robi z rękami w takich sytuacjach?

Niewiele pamiętam z przemowy Twaroga. Jakieś oderwane słowa, które wtedy rozumiałam, a teraz kompletnie nie czaję. Uwielbiam być w centrum uwagi - ale to już było przegięcie. Gdybym mogła, czmychnęłabym z tej sali w trybie natychmiastowym, zapominając o podaniu ręki... Ba, zapominając nawet o odebraniu grawertonu /który obecnie wisi dumnie nad telewizorem/ i albumu o przyrodzie kuj-pom. Album zresztą potem służył za zajęcie towarzyszące, gdy Avil wcinała ponoć pyszny kebab koło dworca PKS.

Głupi ma zawsze szczęście. Poleciałyśmy na stanowisko odjazdu, a tam akurat stała nasza łódź Charona. Tylko szkoda, że prywatny Styks się nie skończył na dworcu, a na ulubionym zadupiu, gdzie piszą niemiło na temat Unii /Leszno?/. Ale chyba znowu zbaczam z tematu...

Pomimo całego strachu, poczułam się cholernie dowartościowana. Poczułam, że to, co robię, ma głębszy sens. Odżywiam się tym uczuciem teraz, gdy wydawnictwa milczą, gdy nawet wydawnictwo R. nie udziela się ani odrobinę /liczą koszty czy otrząsają się z szoku?/... Znów sobie powtarzam słowa o mojej wielkiej gwieździe. Czuję, że mogę w zasadzie wszystko - jeśli tylko świat mi na to pozwoli.

E tam, olać świat. W końcu - "mam wszystko, co najlepsze z każdego temperamentu". Dlaczego, dlaczego, dlaczego stale popadam ze skrajności w skrajność?

A W.A.B. przegina... Przestali odpowiadać nawet na moje pogonienia. 10 miesięcy! Damn.

EDIT chwilę później//:

No i zapomniałam. Miałam się pożalić na sytuację - a sytuacja jest taka, że:

a) nie mam, kiedy czytać "Portretu Doriana Graya", a zaczęło się robić ciekawie

b) zaczęłam liczyć wielomiany przy użyciu silni i tylko patrzeć, jak "fizyka kwantowa", o którą podejrzewał mnie Łuki, przestanie być tylko figurą retoryczną

c) jutro znowu mam na ósmą!

d) rzygam Smoleńskiem. W poniedziałek powiedziałam babci, że mam dosyć Smoleńska, a zapoznawszy się z materiałami odnośnie mojego potencjalnego wypracowania na potencjalne ZoMo, odkryłam, że punkt pierwszy brzmi: SMOLEŃSK.

e) średniowieczem też, już całkiem prywatnie, rzygam.

f) i tylko Gangsta Grisza wie, jak poprawić humor kobiecie w letargu.



Lill, ta fioletowa 7/10/2010 21:00:46 [komentarzy 4] Jakieś pytania?

Stare papierki
2015
Marzec
2014
Czerwiec
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2013
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2012
Wrzesień
Lipiec
Czerwiec
Kwiecień
Marzec
Styczeń
2011
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2010
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2009
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2008
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2007
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń

Galeria twarzy
Kiimi
Ziemo
Jah
Avil
An-Nah
Garcinda
Ada
Schmittka
Cineva
Mal
Mestari

Autobiografia
(klik)

Notka
Zdjęcie na szablonie własne. Słowa też moje. Szablon przejściowy. Czcionka z Serwisu.
Chcesz coś? Poproś.