Zobacz wszytkie serwisy JOE.pl
blogiblog4u.pl blogiblogasek.pl katalog stronwjo.pl avataryavatary.ork.pl czcionkiczcionki.joe.pl aliasydai.pl, ork.pl, j6.pl tapety tapety.joe.pl obrazkiobrazki na NK
Online: ---
zdrowie i choroby nieruchomości na mapie
Pamiętnik pewnej Okrrropnej Kreatury.
Szablon

254. Święta i inne katastrofy

Notka miała być w sumie w środę, ale w środę przybyła rodzona, po czym pogoniła mnie do dużego pokoju, bo "nie będzie w obu telewizorach leciało to samo" (czyli Dr House). W czwartek była wigilia, więc siłą rzeczy nic się napisać nie dało, a potem jakoś temat przedświątecznego sprzątania, wyzwolonych endorfin oraz tego, jak ścierać kurze i jednocześnie czytać Akunina wydał mi się leciutko zdeaktualizowany. Tyle tytułem wstępu.

Muszę przyznać, że od wieków tyle nie czytałam. Nie pamiętam, prawdę mówiąc, żeby kiedykolwiek. Po wakacjach spędzonych na intensywnym pisaniu (co wykluczało czytanie - rygorystycznie dbałam, by nie przedostały się do mojego stylu żadne cudze naleciałości) oraz równie intensywnych schizach, że stracę wzrok, odżyłam jako czytelnik. Łykam książki jedną za drugą, do końca roku powinnam zakończyć sprawę z Larssonem i opowiadaniami Pilipiuka, gorzej, że potem czeka Zbrodnia i Kara z terminem dość wąskim oraz Nie-Boska Komedia z terminem jeszcze węższym. No, ale dam radę. I śmieję się z własnego strachu, gdy prof. L.Sz. na początku roku mówiła o ilości lektur w drugiej klasie. Wystarczyło zacząć i znów czytanie wciąga jak narkotyk. To doprawdy piękne.

Skończyłam w międzyczasie "Jeśli nie dziś". W bólach i jestem z niego póki co niezadowolona, ale pocieszam się, że z "Księgi" też w pierwszym odruchu byłam niezadowolona, a obecnie uważam ją za jedno z lepszych moich dzieł. Teraz tylko pełna korekta i... huh, można słać. I modlić się, żeby coś z tego było, bo już tylko modły pozostały.

Również w międzyczasie wzięłam się za rosyjski. Sądzę, że kurs i ja możemy zostać przyjaciółmi, o ile on zrozumie moje potrzeby i przestanie mi wciskać więcej powtórek niż nowego materiału. Swoją droga, to miłe, że ktoś za mnie planuje, jak mam się uczyć. To idealne narzędzie dla ludzi takich jak ja - do reszty pozbawionych samodyscypliny.

A propos samodyscypliny - z racji, iźli zbliża się Nowy Rok, wypadałoby przedsięwziąć postanowienia jakoweś. Nigdy w tej materii nie mam szczęścia, moje postanowienia zazwyczaj się wykruszają w połowie stycznia, jeśli nie 1.01 około godziny 12 (czyli jak wstanę). Trzeba zadbać, aby w tym roku było inaczej. Zatem nie postanawiam:
a) schudnąć, bo i tak mi to nie wyjdzie, a jeśli nawet, to jako skutek uboczny metabolizmu wciąż w trybie świątecznym.
b) nie przeklinać, bo przy moim otoczeniu to się nie da i trzeba czasem rzucić czymś soczystym, żeby się uspokoiło
c) dbać o porządek w pokoju. On i tak wróci do stanu poprzedniego, w końcu "sprzątanie jest wbrtew naturze", prawda?
Postanawiam za to, co następuje:
a) nauczę się rosyjskiego. Nie rzucę kursu w połowie, stwierdzając, że nie mam czasu/chęci/dość oleju w głowie. Języki trzeba znać, a co. Tym bardziej, że w kolejce za rosyjskim stoją duński, norweski i francuski, niekoniecznie w takiej kolejności. Nauczę się i już, choćby babcia miała za to przestać się do mnie odzywać.
b) wezmę się porządnie za historię, skoro planuję ją zdawać. Zwłaszcza, że rozszerzoną.
c) wydam "Szkołę". Jak nie drzwiami, to wparuję oknem, jak nie przyjmą, to wydam sama, ale wydam. I Ania dostanie na osiemnastkę egzemplarz z ładnym podpisem. (Podpis wykonany piórem, które odgrzebałam podczas porządków).

PS: Zna ktoś jakąś dobrą historyczną grę komputerową?



Lill, ta fioletowa 28/12/2009 20:02:01 [komentarzy 3] Jakieś pytania?

253. Doktor Hauswald i inni.

Staczam się. Wsadzam sobie durne serduszka w opis na gadu, piszczę na widok śniegu i gibam się przy Ace of Base. I krzyczę "leć, Adaś, leć", no ale to w końcu nie moja wina. Jest pozytywnie, ya know.

Żużla oczywiście nie obejrzeliśmy, ale tu należy winić awarię prądu w Warszawie, obsuwy pociągów, mrozy minus dwadzieścia tak na oko, prześladujące mnie kontuzje, "Jaka to melodia" z Ulą Dudziak i spółką, Nickiego Pedersena oraz pana traktorzystę z Vojens*. Ewentualnie jeszcze fakt, że bilard był wolny. Ale to akurat błogosławieństwo, nie przekleństwo.

Wolny bilard jest cool, zwłaszcza ze zmiennym szczęściem, facetem, który kazał nam "mieć oko na swój bagaż", kobietą, która owego faceta szukała, brakiem coli, a także za długim kijem, którym ryłam po ścianach. Mniej cool jest szrama na palcu oraz obita stopa.

Kontuzje poniesione w dniach ostatnich (wcale nie dwóch, jak to niektórzy próbowali mi dzisiaj imputować):
a) kontuzja przewlekła w postaci Złej Ciotki (jak to Av ujęła - "święta idą, to się krewni zjeżdżają")
b) obita kość ogonowa, przez co krzywię się, ilekroć muszę usiąść
c) obity duży palec u prawej stopy, zmasakrowany podczas poszukiwania czerwonej folii dla Bezprawnego (właśnie, kto mówił "On jest Bezprawny, a nie bezzębny", bo mnie dręczy ta złota myśl?)
d) otarta ręka (efekt nocnych rozrób, zrzucania keyboardu i innych takich)
e) kolana zbite (efekt tego, co powyżej) - nie mogę włazić na biurko i zasłaniać żaluzji, więc śpię przy odsłoniętych
f) wspomniane wcześniej urazy bilardowe
I nie pytajcie, co ja wyprawiam, po prostu nie pytajcie.

Wzięłam się za sprzątanie. Nie wiem, gdzie wstawię stos otrzymanych na święta książek, chyba wprowadzę się na amen pod biurko. Rosyjski też nie wiem, gdzie ustawię, chyba zrobię mu ołtarzyk i zacznę użytkować w trybie natychmiastowym. Cała reszta jakoś pójdzie (stos rzeczy "wystawię-je-jutro-na-allegro" stale rośnie). I znalazłam płytę Ace of Base, co podbija mi maksymalnie (dzieci, odnalezienie tej płyty po 12 [!!!] latach zakrawa na cud)

Święta będą fajne, chociaż wigilia przyjacielska nie wyszła. Święta będą fajne, bo wczoraj mieliśmy w Siouxie dwanaście potraw ("a dwunasta?" "wiem! pieprz!"), bo dostałam rosyjski (co było słit i luwli jak diabli!), bo dostanę wymarzone książki i ruską czapę z Kołobrzegu. Święta będą fajne, bo przyjedzie Jarko z Młodym. Święta będą fajne i już, pomimo wszystko!

A ja bym chciała gwiazdkę z nieba. Albo dwie gwiazdki nawet. Żeby mnie tyłek przestał boleć (babcia pociesza: "To tylko dwa pierwsze tygodnie są takie straszne, potem się przyzwyczaisz") i... I wiecie co. Od ponad trzech lat to samo. Czuję, może błędnie, że jestem bliżej TEGO niż kiedykolwiek.

PS: Wspólne oglądanie sportów zimowych prowadzi do wniosków:
a) skoczkowie nie mają kombinezonów. Oni mają kevlary.
b) S.Sz. to debil
c) w biathlonie startują wieśniacy (Klemens Bauer)
d) Simone Hauswald to hybryda doktora House'a i Svena Hannawalda
Więcej wniosków nie pamiętam. Starość nie radość.

Wesołych, dzieci!


*ci dwaj ostatni, gdyby ktoś nie wiedział, to dyżurni winowajcy wszystkiego

Lill, ta fioletowa 20/12/2009 20:30:06 [komentarzy 5] Jakieś pytania?

252. Są przyjemniejsze nałogi.

"Są przyjemniejsze nałogi", powtarza profesor J. (nomen omen, to ponoć koleżanka mojej mamy, przynajmniej tak twierdzi Niula) za każdym razem, gdy wyczuje swoim ultraczułym nosem, że ktoś palił na przerwie między piątą a szóstą lekcją we wtorek. Ma rację. Ostatnio odkryłam dwa ultraprzyjemne nałogi - wyroby czekoladowe z automatu koło sali historycznej (zwanego, to mrugnięcie do wtajemniczonych, Sarkofagiem) oraz popołudniowe zmagania szachowe z Bezprawnym. ewentualnie można pod tę kategorię podciągnąć wieczorne maratony z House'em, zwłaszcza po wczorajszym... Pobiłam własny rekord - wykąpałam się w dziesięć minut tylko dlatego, żeby zdążyć na drugi odcinek.

Słodko, nie?

- Depresje popowstaniowe też będą na sprawdzianie?
- Depresje to będą przy oddawaniu.

Kocham tę szkołę. Serio, całkiem seryjnie i śmiertelnie poważnie. Życie w kieracie ma swoje dobre, urocze wręcz strony - zwłaszcza kiedy człowiek fazuje po białoruskiej czekoladzie, próbuje nie napyskować Windowsowi (czepił się mnie jak guano podeszwy, obrazowo porównując) albo kłóci się z Szanowną o tych biednych Polaków, których losy coraz mniej mi się podobają, odkąd poszłam na fakultety. Ach, i fakultety też kocham - a mimo to nie chciało mi się dziś na nie pójść, całkiem słusznie, bo filmy o powstaniu warszawskim na trzy godziny przed klasówką między innymi z powstania styczniowego to nie jest dobry pomysł, I think.

Nie kocham za to, z całą stanowczością mogę zapewnić, faktu, że nikt nie respektuje naszych, za przeproszeniem, praw. Poniedziałek - Tadek na polskim (wierszowane streszczenie by Waligórski ratuje mi skórę, chociaż Tadzio to w sumie niezła komedia) i historia Kościoła na religii (a ja właśnie odkryłam, że ktoś mi zwinął dwie strony skryptu od księdza Marka - kto mi je załatwi?). Wtorek - czasy na niemieckim (streiten - stritt - gestryczek*) i KARTKÓWKA Z fizyki ("Nie możemy mieć więcej sprawdzianów!" "To macie kartkówkę..."). Środa - poliglota, ale kogo by to obchodziło, zostawiono mnie z tym samą, przykra prawda. Czwartek - chemia (27 stron zeszytu, moim pismem, znaczy się maczkiem). Piątek - PO (a chciałoby się sześć...). Zwariuję zanim zastaną mnie święta, ot co.

Anyway, fajnie jest.

- Jakie są dzikie koty w Amazonii?
- Puma.
- A takie większe?
- Hmmm... Adidas?
- Jaguar!
- O, a mercedes też będzie?

Mam ochotę stworzyć jakiegoś psychotycznego, zblazowanego sukinsyna. Niestety, jak wszyscy wiemy, moje powoływanie do życia podobnych tworów kończy sie całkiem nie-aspołecznymi osobnikami. W sumie zawsze mi ich żal i to jest problem.

[Głosy w tle: Dołochow...]

Tak, tak, Dołochowa też mi było żal. Ale, notabene, to nie ja go stworzyłam. Nie porównujmy grafomanki do Mistrza.

PS: Ludzie wiersze piszą. Z dedykacją dla mnie [klik]. Będę mieć z tej okazji autentyczną traumę... (Nie żeby coś, gest miły, tylko... Kto powiedział, że takie wiersze mi się podobają, huh?)

Lill, ta fioletowa 10/12/2009 19:14:48 [komentarzy 4] Jakieś pytania?

251. Co ma być, to będzie*

Zacieki na brudnym suficie formowały się w nieokreślone, surrealistyczne kształty. Wraz z promieniami porannego słońca wdzierały się nieśmiało skojarzenia, osiadając na skraju świadomości, na krawędzi między ego i superego. Zdawało się, że jeszcze chwila, a przekroczą granicę i dadzą się złapać w sidła umysłu.
Tylko chwila... (...)
- Nie pamiętam - wyznała, rozkładając bezradnie ręce. - Nie mogę sobie przypomnieć, co mi się śniło. Pamiętam tylko, że to było coś szalenie ważnego.
(...) Klucz do całej zagadki... - mówiła dalej, to unosząc głos i perorując coraz szybciej, to znów urywając w połowie zdania i milknąc z nutą wstydu, jakby te zaniki pamięci stanowiły jej wyłączną winę. Przemawiała w przestrzeń, nie do niego, nie do poszarzałej okiennej szyby, nawet nie do siebie. - Ja miałam ten klucz w dłoni, pamiętam. Wiedziałam już wszystko. Ale... zapomniałam.
Pochyliła głowę, wbijając niewidzący wzrok we wzór na wykładzinie. Stało się jasne, że na temat minionej nocy nic wiecej już nie powie.


Hm. Nie wiem, co to jest, to o, powyżej. Mogę się tylko domyślać, a to, czego się domyślam, brzmi poniekąd groźnie. Jak wszystko, o czym ostatnio myslę. Inna sprawa, ze kiedy nie myślałam, było mi masakrycznie źle - z tego wniosek, że już lepiej na siłę nie zmieniać biegu rzeczy.

To doprawdy, że tak zmienię temat, pocieszające, iźli gdy człowiek po ciężkim dniu legnie wreszcie do łoża, marząc tylko o kolejnym z serii wszystkowyjaśniających snów, zawsze znajdzie się dobra duszyczka, która nie da o sobie zapomnieć. Nawał identycznych smsów to zabawna sprawa, zupełnie jakbym była ostatnim źródłem informacji na tym zwariowanym świecie. cóż, może jestem.

- A czemu ty się nie buntujesz, jak znowu mówię do ciebie "Aniu"?
- Przywykłam. W domu często tak do mnie mówią.
- Jak to?
- Normalnie. Moja mama jest Ania, ja jestem Asia, to wszystkim się miesza dokumentnie.

Czemu ta notka tak długo powstawała, spytacie zapewne. Cóż, prawo jesieni i stanu "nicmisiękurnaniechceidajciemiwszyscyświętyspokój". Dzisiaj się podreperowałam gorącą czekoladą ("Pamiętajcie, są przyjemniejsze nałogi!") i boskimi tekstami na fizie, so here I am. Druga sprawa, że teraz pewnie kolejne pięć dni będę się zbierać, żeby powiadomić ludzkość o nowym tworze świerszczowym. Uroki końca roku, ot.

Od przedwczoraj miałam podły humor wyjątkowo, a to z racji maila od przemiłego (aż mnie zemdliło od tej słodyczy) pana z takiego jednego wydawnictwa. Przemiły pan uświadomił mnie o konieczności wprowadzenia szeroko pojętych poprawek do mojego dzieła. Kiedy jednak rzeczowo - bo jam jest kobieta rzeczowa, umysł, rzeklibyśmy, ścisły niemalże (taaa, a moje dzisiejsze osiągnięcia w dziedzinie funkcji kwadratowych wybitnie o tym świadczą) - spytałam, jakiego rodzaju poprawki ma na myśli, otrzymałam najbardziej nierzeczową odpowiedź pod słońcem. Odpowiedź niekonkretna to dla mnie brak odpowiedzi, zerowa wartość merytoryczna. To po cóż się przejmować?

Po co się przejmować czymkolwiek? I tak wszyscy umrzemy, nie?
(Tu powinno być mrugnięcie, coby wszyscy załapali na sto procent, że to taki mój żarcik. Ja rzadko bywam seryjnie poważna, remember.)


*z dedykacją dla Jaśnie Wielce Oświeconych, którzy wypominają mi te słowa przed każdym niemieckim (i nie tylko niemieckim)

Lill, ta fioletowa 1/12/2009 20:06:54 [komentarzy 3] Jakieś pytania?

Stare papierki
2015
Marzec
2014
Czerwiec
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2013
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2012
Wrzesień
Lipiec
Czerwiec
Kwiecień
Marzec
Styczeń
2011
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2010
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2009
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2008
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2007
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń

Galeria twarzy
Kiimi
Ziemo
Jah
Avil
An-Nah
Garcinda
Ada
Schmittka
Cineva
Mal
Mestari

Autobiografia
(klik)

Notka
Zdjęcie na szablonie własne. Słowa też moje. Szablon przejściowy. Czcionka z Serwisu.
Chcesz coś? Poproś.