Zobacz wszytkie serwisy JOE.pl
blogiblog4u.pl blogiblogasek.pl katalog stronwjo.pl avataryavatary.ork.pl czcionkiczcionki.joe.pl aliasydai.pl, ork.pl, j6.pl tapety tapety.joe.pl obrazkiobrazki na NK
Online: ---
zdrowie i choroby nieruchomości na mapie
Pamiętnik pewnej Okrrropnej Kreatury.
Szablon

247. Bromberg by night albo "Tomasz Gollob constans"*

Złe ze mnie wylazło. Wylazło masakrycznie, a uczyniło to w sobotę, dnia 17 października [kurde, dlaczego ja prawie napisałam "września"?!] anno Domini 2009, w pierwszą rocznicę Światowego Dnia Litości Nad Mokrymi Dziewczętami [zainteresowanych odsyłam po szczegóły do archiwum]. Zaczęło się od paranoi, które dręczyły mnie od czwartku i opierały się na schemacie standardowym do bólu: "nie zdążymy/gp nie będzie/spadnie śnieg i zasypie stadion/pks się popsuje/czort wie, co jeszcze". Kto mnie zna, wie, że ja zawsze, ale to dokładnie ZAWSZE uskuteczniam podobne paranoje, one się z reguły nie sprawdzają, ale co się nastresuję, to moje.

No i coś w tym było. Mrozy syberyjskie dokuczały od rana, ja głodna (przez cały dzień moje, za przeproszeniem, posiłki ograniczyły się do suchej bułki, kubka gorącej [do dziś mam bąbel na języku] czekolady oraz obiadu w McD, podczas którego w liczbie osób dwóch dziwiliśmy się, jak to możliwe, ze frytki mają tyle kalorii, a nuggetsy tylko tyle), a na dodatek pks postanowił być podły i wyznaczył godzinę przyjazdu na 17:10. Normalnie załamać się można, tym bardziej, że musieliśmy jeszcze odebrać te przeklęte bilety, a mapka z zaznaczoną... dobra, z tym określeniem można polemizować... drogą Dworzec-Stadion w tym świetle była co najmniej kiepsko widoczna.

Ale dotarliśmy, zdążyliśmy, nawet swoje odstaliśmy w kolejce!

Tam też była sytuacja numer jeden (i tu nastąpi opis Sytuacji):
Kolejka do wejścia jak za PRL-u (i ty, Drogi Upiorze, nie śmiej powtarzać swej opinii, że akurat ja wiem, jakie kolejki były za PRL-u, bo ja wiem, chociaż nie wiem, skąd!), barierka kłuje w bok, a przed niżej podpisaną stoi jakiś kolo o fizjonomii członka gangu motocyklowego. I wpycha się przed niżej podpisaną!
Niżej podpisana: Ej, a dżentelmeni to wymarli?
Kolo o Fizjonomii etc.: Pani, tu dżentelmenów nie ma! Tu żużel jest!
Niżej podpisana: Ach, tak?
No i, kierując się tą myślą, niżej podpisana zasadziła Kolowi etc. takiego bodiczka, że aż się zwinął. I się wepchnęła!
Kolo etc.: Ech, te baby to coraz gorsze.

Sytuacja druga nastąpiła z tejże okazji, iźli ani niżej podpisana, ani Pewien Upiór nie mieli wypełnionego programu. Nic dziwnego, skoro program dostali do łapek kwadrans wcześniej.
Niżej podpisana do Faceta Siedzącego Obok (nie, nie do Pewnego Upiora, do tego po drugiej stronie): Przepraszam, mogłabym zobaczyć program?
Facet program podaje i milczy. Tu zonk, albowiem okazuje się, że gościu ma gorszy charakter pisma od niżej podpisanej (a to się często nie zdarza). Widząc jej konsternację, Facet etc. zaczyna dyktować:
Facet etc.: Crump, Endersen**, Hełis...
Niżej podpisana notuje, zdając sobie sprawę z gafy, jaką walnęła.
Facet: ...Julmek...
Niżej podpisana: Excuse me, who?!
Facet (cierpliwie): JUL-meek.
Chodziło mu o... Ułamka! Oł, damn.

No a jeśli chodzi o same zawody... Huh, nigdy nie myślałam, że wzruszę się w momencie, kiedy Nicki przestanie być mistrzem świata na rzecz Crumpa. Ale to, jak Crumpie w towarzystwie Nickiego i Sajfa robił rundę honorową, jak wszyscy go podrzucali i jak się cieszył... Rany, to było urocze! Należało mu się za cały ten sezon, należało. Jak dobrze, że nie pomalowałam rzęs, bo wyglądałabym jak straszydło po wytarciu tej łezki wzruszenia, która mi się wymknęła, by opaść delikatnie na beton. [Na który niedługo później upadła, niech ją szlag, nakrętka od długopisu]

Pitolę. Pitolenie jest złe, wolę przekazywać genialne teksty, w końcu po coś tyle ich zapisałam na bezcennym programie.

Niżej podpisana: Żeby Polacy Rosjaninowi klaskali...
Pewien Upiór: Jaki z niego Rosjanin, jak tabletki pije?***
Niżej podpisana: Z niego taki Rosjanin, że NAWET tabletki pije!

Po powrocie Faceta etc., którego nie było chyba z pięć biegów:
Pewien Upiór: Skoczył na fajkę.
Niżej podpisana: Chyba na cygaro!

Aha. I kochamy spikera za "Ef-i-aj-em Spidłej Grand Priii Polski"****. To musiał, po prostu musiał być facet od "Witamy w Byd... Toruniu".

Wynik też kochamy, kochamy, chociaż polska publika w większości nie była zadowolona. I wywiad z Nickim mi zagłuszyli, zaaaabiiiić. Mogliby prędzej Tomcia/Sajfa zagłuszyć, choć Sajf, o dziwo, mówił całkiem ładnie. I podziękował Timowi, czy tylko nam to brzmi podejrzanie?

Myśl zawodów? "Dużo dzieci na tym podium - aż czworo!" (Mia i Seth od Jasona, Wiktoria od Tomcia i Sajf, on się liczy do dzieci).

Tylko jedno mnie gryzie. Że, heulera jasna, od soboty nie zdążyłam posłuchać "Northern Star". Tradycja mi zdycha powoli. [Podobnie jak ja per se, albowiem krewni zza oceanu oraz fakt, iż nie jestem facetem, dają mi się perfidnie we znaki.]

PS: Właśnie odczytałam tytuł tej notki jako "Bomber by night". Żużlozboczenie=100%


*nie pamiętam, skąd to się wzięło, ale skoro mam zapisane w programie, to na pewno takie określenie padło!
**tu i dalej pisownia fonetyczna, zgodna z wymową Faceta etc.
***żeby zrozumieć głębię tej myśli, polecam obejrzeć mecz o brąz Czewa-Bydź '09
****pisownia fonetyczna

Lill, ta fioletowa 19/10/2009 20:16:04 [komentarzy 4] Jakieś pytania?

246. Wiatr od Wschodu.

Stan na dziś? "Cyrulik" - nieobejrzany. "BNB" - nienapisane. Fiodor - niesportretowany. "Dzieje" - nietknięte. Nienawidzę takiej aury, zaraz tu zasnę. Skasowałam właśnie napisaną dopiero co notkę, za bardzo przez nią przebija mój pms. A co ja będę świat zadręczać pmsem, świerszczuch jest wszakże przede wszystkim ku pokrzepieniu serc.

No to krzepmy! [Zwłaszcza własne, przyda się.]

Szkoła, przez S wielkie naturalnie, leży na biurku, już po korekcie numer n+2, i łypie na mnie jakoś tak podejrzanie, aż się czuję nieswojo. Powiedziałam jej wczoraj, że mam jej oficjalnie dosyć, że jej nie znoszę i że nie chcę jej więcej czytać. No i kto by pomyślał, rozpętałam tym wyznaniem istną burzę. [Nie tylko metaforyczną.]

Zaczęło się od wczorajszego powrotu ze szkoły, tym razem przez S małe. A konkretnie od tego, że coś próbowało potrącić mi lewy bok na podjeździe przed domem. I naprawdę, gdyby to było cokolwiek, incydent przeszedłby bez echa - w końcu ja z tych, co ich trzeba bezustannie wyciągać spod rozmaitych pojazdów, dzisiaj prawie wpadłam pod karawan [Cóż za oszczędność.]. Ale to nie było COKOLWIEK, tylko biały, sportowy mercedes! Skandal! I jeszcze gdyby mnie naprawdę trącił, wgniótłby sobie na mym jestestwie PRAWY bok. Nie no, ja was proszę, rozumiem, źle zrobiłam, wyrzekam się mojego dziecka, matka ze mnie prawie tak wyrodna jak Anastazja K., ale może bez przesady, huh?

Ciąg dalszy był dzisiaj. Jakoś przetrawiłam rosyjskich turystów na rynku [oni w ten deszcz chcieli coś zwiedzać? Biedni!... A nie, to Jura był biedny], nawet kawalkadę mercedesów jasnych przetrawiłam [rekord poprawiony, a imię jego trzydzieści i trzy], podobnie jak faceta na przystanku, mamroczącego coś w rodzaju "na wschód, towarzysze"... Ale kiedy w Taniej Książce spadło na mój widok z regału coś, co okazało się "Historią Imperium Rosyjskiego", pomyślałam, że ktoś tu przesadza. I wyjątkowo nie jestem to ja.

Poza ową dobijająco sennością, wspartą nastrojem bojowym, jest ciekawie. W sobotę znowu spotkaliśmy Brzytwiarza, tym razem kulawego i posiadającego zdolność teleportacji. Nie chciał, o dziwo, mordować, chociaż kiedy ruszył za nami... Zresztą, sobota ogólnie była barwna, pomijając może fakt, że nie dało się zrobić normalnego spaceru przez ten wiatr. Mam nadzieję, że w piątek/sobotę w Bydź nie będzie tak dmuchać, bo co mniejszych żużlowców chyba z motorów pozwiewa. A propos żużlowców - widziałam dziś na mieście busa Chrzana, jako pędził w stronę BDG i się zastanawiam, po co on tam. Ale cóż - nie mój biznes, najwyżej spytam N., N. powinna wiedzieć.

Ponadto mam dużo historyjek poniedziałkowo-wtorkowych, ale Wy pewnie ich nie pojmiecie, bo to humor stricte sytuacyjny. A dręczyć Was moją rozkminą na temat głupoty jako cechy narodowej Polaków nie mam zamiaru. Wystarczy, że sama z siebie się smieję, jakiego bulwersa po wczorajszym fakultecie złapałam.

A Matka to mistrz prędkości, zaiste. Ten facet mnie czasem załamuje.




Lill, ta fioletowa 14/10/2009 19:49:04 [komentarzy 5] Jakieś pytania?

245. Promocja na Szczęście

And all that night the snow came down
To heal the scars our lives had found
And the dreams that lay broken

And there upon a bridge of dreams
Across the night we walked unseen
With no words ever spoken

(TSO, "Dream child")

Lubię te piątkowe popołudnia, które są tylko moje. Wtedy mogę być antysocjalna, aspołeczna i kłująca w obejściu niczym kaktus na wiosną (kaktus, wreszcie prosty, stoi na parapecie i popiera moją opinię). Mogę pójść tam, gdzie chcę, mogę godzinami wzdychać do książek o głupawych tytułach i z zażenowanym uśmieszkiem wydawać ostatnie pieniądze na głupawe kreskówki. Mogę śmiać się sama do siebie i bezkontekstowo nucić to, co akurat rozbrzmieje w jedynej czynnej słuchawce. Niby mam jeszcze te pięć złotych na słuchawice z kiosku (bo na targ do Ruskich oj, oj, za daleko dla mych biednych nóg), ale... W sumie przywykłam do gawru miejskiego w jednym uchu i cudownego "Dream child" w drugim. Jakoś mi to pasuje, może nie powinno.

Wracałam z miasta i się śmiałam. Do czego? Z czego? Dla_czego? Nie mam pojęcia. Tak po prostu, patrzyłam na tramwaje i nagle przeraźliwie zachciewało mi się smiać, podskakiwać jak mała dziewczynka, cieszyć się z samego istnienia tego czegoś, co sunie po szynach z radosnym "dzyń, dzyń" i co ucieka zawsze wtedy, kiedy najbardziej jest potrzebne. Tylko idioci kochają tramwaje? Zatem zgoda, jestem idiotką. Infantylną idiotką. I dobrze mi z tym. Najlepiej.

Biegłam przez park, ten park, nasz park, mój i Jego... Jego już nie ma, ale jakby był. W pożółkłych liściach, skrzętnie zbieranych i wrzucanych do torebki, choć wiedziałam, że potem i tak wylądują w śmietniku. W drzewach, za którymi chowałam się dawno, dawno temu, kiedy wszystko jeszcze było takie proste. W kasztanach, które, ułożone na marmurowej płycie nagrobka, wywołały sensację wśród przechodniów i wzruszenie u tych, którzy rozumieli przesłanie tego gestu. Mam łzy w oczach, kiedy to piszę, ale trudno. Może On musiał odejść, żeby być - i to być bardziej niż kiedykolwiek. Nie chcę mieć już wyrzutów sumienia - przecież to i tak niczego nie zmieni. A On nie chciałby, żebym płakała. Nigdy nie chciał.

[I nic to, że w tej chwili ryczę jak bóbr - to zaraz przejdzie. To tylko głupie wzruszenie.]

Babcia - miasto - biblioteka - babcia - cmentarz - dom i podręcznik od biologii. Mówiłam, że zacznę żałować w okolicach października lądowania na fakultecie historycznym? To cofam, cofam nieodwołalnie te słowa. Biologii bym chyba nie zniosła z moją hipochondrią i nerwicą natręctw. Ale to wtręt na marginesie.

Nie wyjadę. Nie otworzą psychologii na UMK? Trudno. Pójdę najpierw na rusycystykę (tak, te "Dzieje Rosji" i "Petersburski romans" na półce pod biurkiem o czymś świadczą), zaszyję się, przeczekam. Nie chcę wyjeżdżać, nie teraz. Ani nigdy, chociaż w tym wieku drastyczne zmiany poglądów to ponoć nic niezwykłego, tylko krowa nie zmienia zdania... Dobrze, to akurat nie potwierdza teorii, ale przemilczmy. W każdym razie - obecnie mówię NIE wyjazdom. Tym bardziej z perspektywą Grand Prix do 2014! No ludzie, ja bym miała stąd uciekać? Istna paranoja.

[Tekst dnia.
Kuzynka dziadka do mnie: A to panienka już mężatka?
Cholerka, czy ja wyglądam AŻ TAK staro?]

Jeśli ktoś chce się cieszyć, to się cieszy byle czym. Tymi nieszczęsnymi tramwajami, rekordem jasnych mercedesów (30!), zamówionymi w bibliotece książkami czy perspektywą cudownego weekendu (przynajmniej cudownej soboty). A jak ktoś chce narzekać, to zawsze znajdzie powód. Hasło na dziś: We wszystkim dostrzegaj jasne strony.

[Tak w ogóle nie na temat: szóstkę z PO dostałam! Wiem, że to infantylne, ale cieszę się jak głupia. Nie wiem, dlaczego. Tak po prostu, bo mój intelekt czuje się dopieszczony. Ambicja takoż. Ludzie z przerostem ambicji już tak mają.
Zwłaszcza nieuleczalne lenie z przerostem ambicji.]

Dodatek specjalny:

Poza wszystkimi prostymi, a jakże wspaniałymi radościami dnia, przyszło do mnie pocztą Szczęście na DVD. Jak na razie mam połowę Szczęścia za sobą, a drugą połowę przed sobą, ale chyba na dziś mi wystarczy. I kto by pomyślał, że Szczęście można kupić przez internet i kosztuje ono tylko 40 złotych + koszty przesyłki...
(44ever, 2 X '06)
O kontekst nie pytajcie, bo jest idiotyczny. Najlepiej uznajmy, że to wtręt bezkontekstowy - bo mi się po prostu o tym przypomniało.

Lill, ta fioletowa 9/10/2009 19:43:22 [komentarzy 4] Jakieś pytania?

244. Tatarska wiki prawdę ci powie.

Miało nie być białych mercedesów. W ogóle, w ogóle, przynajmniej dzisiaj. Miało być Estadio del Viki, szaliki kibicowskie (duńskie?), rozgrzewający w to zimno doping i takie tam atrakcje. Ach, i oczywiście atlas gejograficzny na kolanach, bo wykorzystanie drugiego nieprzygotowania byłoby czystą głupotą na początku października. Rodzina tymczasem najszanowniejsza sprawiła, że ani jednego, ani drugiego, ani nawet trzeciego nie było. Rodzina wywiozła mnie do Copernicusa.

Weszłam TAM bez przekonania. Empik, Empik, niczym piekło, gdy wchodzisz i wyjść nie możesz, z kasą nie-do-wydania w portfelu, to dość niefortunna wizja. Mój plan ambitny sprowadzał się do prostego schematu: wejść - minąć regały z pokusami - zaszyć się na kanapie z jakąś książką - przeczekać. Niestety, życie miało zdecydowanie odmienny plan i szkoda tylko, że nie zapytało mnie o zdanie.

Odsłona pierwsza nastąpiła tuż za bramkami. Oto bowiem oczom moim ukazał się regał z płytami DVD, opatrzony gigantycznym napisem "Klasyka kina ROSYJSKIEGO". I samo to powinno było sprawić, bym wykonała w tył zwrot, nie przejmując się na której pięcie go czynię, po czym zwiała z tego siedliska zła, prześladowań oraz rusyfikacji. Tylko że głupia ja pomyślałam - zignoruję, pójdę dalej i będzie fajnie.

Nie było. Znaczy, nie w takim sensie, o jakim pomyślałam. Poszłam w filmy, a tam przyatakowała mnie Moskwa jakowaś oraz... Ekranizacja "Zbrodni i kary". Biorąc pod uwagę, co czytałam o poranku, wielce to adekwatne. No, trudno się mówi, pognałam dalej. W muzyce, na szczęście, nic rosyjskiego we mnie nie rąbnęło, rąbnął za to Placido Domingo, którego swego czasu tak chciałam i nigdzie nie mogłam znaleźć. W ramach przemyśliwywania ewentualnego zakupu, pociągnęło mnie do ksiąg. I tu się zaczęła wielka polka.

Najpierw dzieło o... Petersburgu prawie spadło mi na łeb, a tomiszcze to było solidne. Tak, rozumiem, sama rano prosiłam o kwestie historyczne, bo mi do "Półtora tysiąca kilometrów" potrzebne, ale może nie tak dosadnie, co? Potem jeszcze jakieś podręczniki do, a jakże, rosyjskiego. Nie bacząc na zdumione spojrzenia okolicznej gawiedzi, jęknęłam cichutko: "Nie teraz, proszę. Cierpliwości!" No bo fakt faktem, wakacyjny kurs językowy wita. Babcia radzi, żeby napisać do ojca w tej kwestii - i dodaje żartem, że może przy okazji wyjdzie, że mam w Rosji rodzeństwo. Nie powiem, chciałabym, chciaaała...

Na końcu zaś, wracając do naszej mrocznej a złej opowieści, rzucił mi się w oczy "Lód" Dukaja, z którym na chwilę obecną mam dość nieprzyjazne skojarzenia, ale samymi swymi gabarytami wzrok przykuwa. Tylko moje nieszczęście, że obok stało dzieło pod jakże zacnym tytułem "Samozwaniec". Chyba nie trzeba tłumaczyć, jak durne skojarzenie miałam? (Znaczy, większość zna część skojarzenia. Reszta, czyli historia o chrzczeniu fanek-kochanek, nauce PO i Dużym Jasiu, to ta bardziej mroczna strona prawdy).

Co gorsza, owa książka nie tylko ma skojarzeniowy tytuł, ale równie skojarzeniową fabułę i jednego z bohaterów dobijająco skojarzeniowego. No co? Jak już mi wpadło w łapy, to zajrzałam. Gdyby nie to, że nie miałam więcej kasy, pewnie bym kupiła. Słuszne sprawy warto popierać.

A na koniec w świeżo zdobytym kalendarzyku na rok 2010 (przestał już być dziewiczy, kiedy zapełniłam go ważnymi wydarzeniami oraz głupawymi rocznicami) znalazłam imię Władymir i zastanawiam się, co z tym fantem zrobić. Przez "y"? Au, to nie było miłe! Poza tym, od kiedy ten, pożal się Boże, Władymir to polskie imię?

Aż mi się nasz genialny dialog przypomniał:
- Ej, a ten Demetriusz to co to za wynalazek?
- Na polskie to to Dymitr jest, o ile dobrze pamiętam.
- No tak, Dymitr. Piękne, staropolskie imię...

Ach, i rozwiązałam jedną z zagadek ludzkości. Dzięki przedarciu się przez meandry tatarskiej (nie, jak coś, to ja nie znam tatarskiego) wikipedii (do dzisiejszego poranka nie miałam pojęcia, że takie coś jak tatarska wikipedia w ogóle istnieje) dowiedziałam się, że Gizę, zgodnie z mymi przypuszczeniami, pisze się przez dwa L. Nie mylić z Ł, bowiem "Giza" i "to win" (że tak zangielszczę) to jakby antonimy.

Tak, tak, jestem zrusyfikowana, wiem. A to dopiero początek.

Lill, ta fioletowa 3/10/2009 20:33:45 [komentarzy 4] Jakieś pytania?

Stare papierki
2015
Marzec
2014
Czerwiec
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2013
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2012
Wrzesień
Lipiec
Czerwiec
Kwiecień
Marzec
Styczeń
2011
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2010
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2009
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2008
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2007
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń

Galeria twarzy
Kiimi
Ziemo
Jah
Avil
An-Nah
Garcinda
Ada
Schmittka
Cineva
Mal
Mestari

Autobiografia
(klik)

Notka
Zdjęcie na szablonie własne. Słowa też moje. Szablon przejściowy. Czcionka z Serwisu.
Chcesz coś? Poproś.