Zobacz wszytkie serwisy JOE.pl
blogiblog4u.pl blogiblogasek.pl katalog stronwjo.pl avataryavatary.ork.pl czcionkiczcionki.joe.pl aliasydai.pl, ork.pl, j6.pl tapety tapety.joe.pl obrazkiobrazki na NK
Online: ---
zdrowie i choroby nieruchomości na mapie
Pamiętnik pewnej Okrrropnej Kreatury.
Szablon

204. Pożegnanie.

Ufaj swojemu sercu.
Bo tylko serce nigdy nie kłamie.


Już nie będzie, że innym dobrze radzę, a sama nie umiem posłuchać tego, co mi w duszy gra.

Od dawna wiedziałam, że to musi nastąpić. Od dawna czułam, że starczy gry, starczy masek i kłamstw. Tamta nieistniejąca twarz była dobra, gdy hodowałam w sobie drugą mnie. Ale nie teraz.

Od początku. Spróbuję to napisać bez chaosu - chociaż wątpię, czy się uda.

Potrzebowałam wtedy nowej twarzy. To było dawno, dawno temu, nawet nie podczas fuzji z @-Sportem (na tamtym etapie to uchodziło za formę zabawy). Później. Nie miałam już niczego, czego mogłabym się kurczowo złapać - więc złapałam się jednej z moich marionetek. Gdybym miała wyznaczyć punkt w czasoprzestrzeni, od którego się zaczęło, pewnie wskazałabym wielką a jednostronną wojnę z panem HB. Wtedy pierwszy raz postanowiłam naprawdę być tą nie-sobą. Zagrałam va banque i nie byłabym Joanną, gdybym nie kontynuowała tej gry pozorów.

Na etapie Warszawy to było świetne. Z czasem rozdzieliłam się na dwie osoby. Ta prawdziwa ja - cicha, zahukana, może inteligentna, może pod jakimś względem wybitna, ale makabrycznie skryta i niechętna wybijaniu się ponad wszystko - siedziała na lekcjach, gadała z Em na gadu, marzyła tylko o powrocie do domu, tego jedynego i prawdziwego... A tymczasem Ona (zasługuje na wielką literę, bez wątpienia) zdobywała szczyty, toczyła wojny, grała o najwyższą stawkę. Bez wahania i bez lęku - była tylko dziewczyną widmo, nikt nigdy nie widział jej twarzy, nikt naprawdę jej nie znał. Sytuacja jak marzenie.

Ona nauczyła mnie wszystkiego. Nauczyła walczyć o swoje. Nauczyła, że na wszystko w życiu mam wpływ i jeśli tylko zechcę, mogę podbić cały świat. Pokazała, że wystarczy ułańska fantazja i szczypta odwagi, by odmienić bieg Wszechrzeczy. Słów wdzięczności dawno mi zabrakło.

Ale czas się pożegnać. Nasze drogi rozeszły się... Nie, nie umiem określić kiedy. Może wtedy, gdy pod liniami wysokiego napięcia wracałam do Domu. A może wtedy, gdy zamarzyło mi się bycie Nią nie tylko od święta, ale na co dzień. Okłamała...a może to jednak ja okłamałam?... zbyt wiele osób, zbyt wielu owinęła sobie wokół palca. Była ukochana i znienawidzona. A ja tymczasem poczuła nagle chęć krzyczenia: "hej, ludzie, dajecie Jej się nabrać. Tak naprawdę to ja! Ja, rozumiecie?!" Chcę być Nią - chociaż wiem aż za dobrze, jaka to odpowiedzialność. Słodycz i gorycz, przyjaciele i wrogowie.

Widmo to rodzaj tchórzostwa. Skoro potrafiłam przeciwstawić się światu jako Joanna Lunde, będę też potrafiła to uczynić jako prawdziwa ja.

Joanny Lunde już nie ma. Nie umarła. Stała się mną - tak jak powinno być od początku. Była tylko jedną z tysiąca marionetek, dzięki własnej osobowości stała się alternatywną mną. Ale koniec. Drugie życie - tak. Druga ja - już nie. Nie w takiej formie. Zbyt wiele osób nie miało przez to okazję poznać prawdziwej mnie.

Być sobą - to nie tylko pusty frazes. Nie w tym wypadku. Nauczyłam się tego od Joanny Lunde - trzeba ponosić pełną odpowiedzialność za swoje czyny. Nie uciekać w fikcyjne tożsamości.

Nevermore.

PS: Coby nie było niedomówień - to nie jest broń Boże pożegnanie ze Świerszczem! Musiałabym na głowę upaść chyba, żeby porzucić ponad dwa lata wzlotów i upadków. Nigdy, nigdy, tego się raczej nie doczekacie.

Lill, ta fioletowa 30/01/2009 20:02:50 [komentarzy 3] Jakieś pytania?

203. From the other side.

No i się naplątało. Ewentualnie można jeszcze powiedzieć, że ja osobiście naplątałam - ale to nie ja tu robię za czynnik motający, anyway.

A efekt jaki jest, wszyscy widzą, a ja dodatkowo odczuwam w postaci przeczucia, że burza przyjdzie. I nie, nie chodzi mi ani o pieruny w styczniu, ani o Stanisława Thunderstorma. Solidna, metaforyczna burza się szykuje, tylko jeszcze nie wiem, z której strony - czujnym trza być zatem na wszystkich frontach, nie tylko tych teoretycznie podwyższonego ryzyka. Przyznajmy, napaćkało mi się cokolwiek, sztama z wrogami, warczenie na niektórych tak zwanych przyjaciół, a do tego jeszcze cała afera z moją intuicją. TYlko nie wiem, czy to intuicja tu działa, czy dopisywanie teorii.

Whatever.

Stanowczo wnioskuję o dodanie mi jakiejś godziny do doby. Godzina wystarczy. Tak, żebym mogła spokojnie posiedzieć wieczorem nad korektą "Siedmiu" (szansa jest praktycznie na wyciągnięcie ręki, ale nic za darmo, ostatni raz muszę to diablę sprawdzić) i wciąż spać te siedem godzin przynajmniej. Potrzebne mi to jak nigdy, styczeń to jednak podły miesiąc jest dla moich sił witalnych. Jedno Nimm2 za drugim, organizm stanowczo domaga się kofeiny, a na colę już mnie nie stać.

Poza tym jest dokładnie tak, jak być powinno. Pyszczydło mi się śmieje, kiedy przedzieram się przez chaszcze od jedenastki, gdy wokół unosi się zapach octu jabłkowego. Nasuwają się tamte głupie, ale fajne czasy. Obecne jeszcze fajniejsze są.

Z perspektywy prawie pół roku mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że nie żałuję. Dobrze mi na moim germanie, cieplutko i przyjemnie, jakkolwiek wiele osób widziałoby mnie gdzie indziej. Ja siebie nie. Nigdy. Na lekcjach wreszcie przestało mi być zimno, na przerwach nie chowam się po kątach. A w domu tak jak było - strona za stroną, obecnie grafomański romansik, do którego dialożysko mi się dzisiaj napisało makabryczne. Ale fajnie jest, nie ma to tamto. Easy-going, nie?

Tylko Estadio del Viki zamknęli, a na dodatek niżej podpisana ma jakąś makabryczną potrzebę sportu na żywo. Byle do szóstego, byle do szóstego...

Nie. Ja już to mówiłam i mogę powtórzyć - nie chcę żadnego za tysiąc lat. Dziś i jutro mi wystarczy. Z doświadczeń własnych oraz cudzych wiem, że proszenie o przyspieszenie czasu najczęściej nie kończy się dobrze.

A przecież tu i teraz jest tak pięknie. Wkrótce triumfalny powrót duetu Alex-Anabella (tak, obiecuję to oficjalnie), w międzyczasie nasz cudowny żużelek wrrreszcie (ewentualnie dorwę się u dziadków do stosu kaset wideo, a opcja ta brzmi nader kusząco). A jeszcze potem, albo i przedtem, albo kiedykolwiek nawet - ta długa lista zadań, lista imprez do zaliczenia. Whatever.

Grunt to optymizm. Wszystko musi się ułożyć - los nie przewiduje innej opcji.

Ja też nie.

Pe-eS: Nigdy nie czytajcie włoskiej wikipedii na głos. Dobrze radzę.

Lill, ta fioletowa 28/01/2009 20:03:26 [komentarzy 2] Jakieś pytania?

202. Over the limit

Hiperancko. Jak potrzeba mnie jako gąbki na łzy, to zawsze jest dla mnie miejsce. Ale kiedy to ja mam kłopoty - a mam ostatnio solidne, nie łudźmy się - następuje wymowna cisza, ewentualnie pospieszna zmiana tematu. Mówię tu niby o dwóch osobach, jednak i tak to o dwie za dużo. Ech, musiałam to gdzieś wykrzyczeć, bo Growlsite'y w Nieuczesanym powoli przestają mi wystarczeć. Takie czasy, ot.

Ale ogólnie nie narzekam. W dobijającej tymczasowości mojej sytuacji (co de facto oznacza brak photoshopa, brak frontpage'a, brak fotek z Wawy i ogólnie brak wszystkiego) można znaleźć parę pozytywów. Choćby taki, że jestem w domu, a dom - wiadomo. Najlepszy. Mam wreszcie stertę wydruków, na których mogę pracować wieczorami. Z tego pracowania kładę się coraz później, a to zdrowieniu nie sprzyja, no ale pomińmy. Załóżmy, że przez te trzy dni się wykurowałam.

Przy okazji - dochodzę do wniosków rozmaitych. Jak człowiek leży w łóżku, a w perspektywie ma tylko korektę tryliarda historii, rozmyślania stają się zacną dość perspektywą. Wnioski zaś mają się następująco (kolejność przypadkowa):

1. Im bardziej jesteś pewien tego, że nic cię nie załamie, tym bardziej prosisz się o kłopoty. Wysnute na podstawie doświadczeń własnych i cudzych, ale bardziej cudzych (dziękować paru bestiom, których przypadki w przyszłości staną się zapewne pożywką mojej pracy magisterskiej). Mało optymistyczne, za to doskonale wyjaśnia, dlaczego wzbraniam się przed chwaleniem swego żywota. Zresztą - nawet jak jest źle, to nie jest źle. To prawie jak żywcem ze Stachury wyjęte, ale co tam.

2. Stara miłość nie rdzewieje, oj nie. I tym się tłumaczę, rżnąc po raz kolejny w Mahjonga, podczas gdy powinnam się uczyć. Wychowałam się na tej grze i proszę - takie efekty. Trudno się dziwić - na niulinym laptopie heroesów ani settlersów nie uświadczysz, a coś robić muszę.

3. Pisać mi się chce. Znaczy, zawsze mi się chce, ale teraz wyjątkowo. Zrobiłam grunt pod "Na własne życzenie", jak tylko wydobędę notatki od dziadków, ruszę z dziadem, starając się równolegle tworzyć mój hiper-odkrywczy artykuł na warsztaty. I wywiad, wywiad, nawet wiem z kim. Byle ją dopaść.

4. Chciałabym się nauczyć holenderskiego. Nie, to nie ma nic wspólnego z Auto-Reklamą i postacią Hebanowego. To są raczej efekty nadmiernego słuchania starego HHB. Taki ładny język ten holenderski, a ja nic nie rozumiem (dobra, zrozumiałam Feyenrood i Rotterdam, zawsze coś). Chociaż... najpierw wypadałoby zdać to nieszczęsne CAE, choćby sobie a muzom. I zająć się norweskim, który leży odłogiem od października i jakoś tak podejrzanie kusi.
Nie kuś waść, nie kuś!

5.Chyba stęskniłam się za instytucją znaną jako Piąte eL-O. Nie żartuję. Wolę nudzić się na lekcjach niż nudzić się sama w domu. No, prawie sama - ale Rudż też się nudzi. Albo jest nadpobudliwa. Sama nie wiem, co gorsze.

Make it real. Kocham HHB.
A pokocham ich jeszcze bardziej, jeśli okaże się, że mają rację. Ja tymczasem mogę mieć tylko nadzieję.

Jak zwykle od trzech lat. Nihil novi.

Lill, ta fioletowa 22/01/2009 20:11:15 [komentarzy 19] Jakieś pytania?

201. Daj nam (...) kapkę swej radości

"Przecież nie mam prawa tego wiedzieć.
Wiem bezprawnie!"

(The Growlsite)

Za dużo snów, pal sześć - proroczych czy niekoniecznie. Za dużo odzywającej się w niespodziewanych momentach (na przykład w środku PO) intuicji. Za dużo wniosków z dnia wczorajszego - to jakiś Światowy Dzień Myślenia był.

Z roli kreującego własny świat twórcy spadłam do roli jakże odtwórczej. Przesiadywanie na trybunie VIP Estadio del Viki (czyli de facto na usypanej za P&P górce), telewizja i jałowe dyskusje prowadzone poprzez globalną wszechsieć. Ładuję akumulatory, zbieram siły na wielki a triumfalny comeback. Tylko wciąż nie mogę się zdecydować, w co teraz włożę serce. A opcje są trzy [I tak, tak, możecie głosować za pomocą sms-a na numer... Nie, przepraszam, z takimi reklamami to nie tutaj... Ech, odwala mi].

Uno - Pfleger. Czyli mój kochany Ed, mniej kochany Will i cała ichnia otoczka. Do tego zakręcona niczym radziecki termos Eileen oraz żelazne trio Dzieci Denata (jakoś nie umiem o nich pomyśleć inaczej). I Anglia! Południowa! Jakoś ostatnio te angielskie klimaty się wokół mnie kręcą, a fakt, że nie musiałabym zaczynać od zera to tylko dodatkowy pozytyw.

Due - Na własne życzenie. Ten pomysł podoba się mojemu leniowi. Wszystko gotowe - osoby, realia, nawet fabuła. Tylko napisać od początku, wciskając parę istotnych scen i alles. A z drugiej strony - ktoś kiedyś powiedział, że ta historia ma niewykorzystany potencjał. Umiem go wykorzystać?

Tre - Caravelle. Właściwie nawet nie Caravelle, a Cyganeria, ale koncept Trylogii Samochodowej wymaga niestety zachowania względnej chronologii. Wzięło mnie na rozpracowanie Lei, a sądzę, że "Człowiek bez okna" to za małe pole do popisu. Chociaż jakby dorzucić do "Człowieka" Hebanowego, mogłoby się zrobić wyjątkowo ciekawie.

Zresztą, mam jakieś chore wizje odnośnie Hebanowego, Lei, Martina i Auto-Reklamy. Wizje mi się szalenie podobają, tylko jest ten tyci problem, że wyglądają mało logicznie. W każdym razie - w naturze by wyglądały. Ale zresztą, pal to wszystko sześć, jestem pisarką (no, prawie, ale my teraz nie o tym) i nie muszę robić za niewolnicę natury! Zresztą, ludzie w rzeczywistości rzadko kiedy zachowują się w pełni logicznie - działa intuicja, działają emocje i uczucia. I strasznie, strasznie, straszniście podoba mi się opowieść o czekaniu czy o tym, że dla prawdziwego uczucia nie istnieje czas ani granice. Romantyczna strona duszy stanowczo żąda takich rozwiązań. Ot tak, ku pokrzepieniu serc.

Kto powiedział, że era pokrzepiania serc już się skończyła? Teraz właśnie, w dobie tej cholernej, powszechnej dekadencji, najbardziej trzeba pozytywnych słów i dobrych zakończeń. No, ale historie, gdzie bohaterom nic się nie udaje, są przecież taaakie mooodne... A potem rośnie nam pokolenie samobójców. C'est la vie.

A ja będę żyć i tworzyć po swojemu, o. Znowu z Niulinkiem wznosiłyśmy symboliczne toasty na pohybel złu tego świata. Niechaj tak zostanie.

PS: Jakie to zabawne. Trzy lata temu napisałam COŚ. I to COŚ okazało się odpowiedzią na wypowiedziane wczoraj pytanie. WCZORAJ.

Lill, ta fioletowa 18/01/2009 20:12:11 [komentarzy 6] Jakieś pytania?

200. Warsaw nights in blue.

Dwa lata i dwieście notek później wydaje mi się, że wszystko już rozumiem.
Nie chcę żadnego "za tysiąc lat", mglistych obietnic przyszłości. Chcę dziś i jutro, i pojutrze - tu i teraz. I takie dni jak te ostatnie.
Dochodzę do wniosku, że istnieją takie dnia (nocy) pory, kiedy człowiekowi nie tylko nie przeszkadza fakt, że jest samotny na podwójnym siedzeniu, ale jest to wręcz wskazane. Pięć po pierwszej, ja rozwalona na siedzeniach w autokarze, mp3 na uszach, przysypiające Ania i Oliwia za mną, gadające Av i Dor przede mną... Pełna symbioza z otoczeniem.

Jeszcze większa symbioza była o drugiej trzydzieści na parkingu przed Od Nową podczas nucenia "Jaki tu spokój". I teksty, że "teraz to można wracać, bo o tej porze już NIC nie grasuje". A Dor "z nikim się nie całowała... ostatnio". Aż strach się bać, nie sądzicie?

Wyjazdu opisywać nie będę, bo tu nie ma czego opisywać. To trzeba przeżyć, zobaczyć, poczuć i w ogóle. Hmmm, to "poczuć" jest adekwatne zwłaszcza w obliczu tego, że najlepsze teksty leciały podczas pobytów w toaletach ("utopiłaś się?!", "klozet koedukacyjny" i parę innych). Oraz najlepsze akcje, w tym ta, której nie widziałam i chyba nie chcę widzieć.

A swoją drogą, dlaczego w tamtym sklepie na półkach pod szyldem słodycze stało piwo?
Ano dlatego, żeby nie było źle! (motyw z dedykacją dla Pewnej Pani)

W ogóle, pod względem tekstów i akcji było obficie. Poczynając od wpadkowego "hej, dziewczyny" a kończąc na trzech końcach procy/kosy (nie jestem pewna, co to w końcu było). Nawet w studiu u Lisa się działo a działo ("To woda! Przez 'o'!" "Tak, tak, woda zdrobniale"). Miłe towarzystwo (tu podziękowania dla towarzystwa, chociaż ono pewnie tego nie przeczyta, a szkoda, szkoda) + foty studia (kto je w końcu chciał?) + Mroczna Obstawa (tm) pudrująca się zapomnianym pędzlem Julki (i żarty, że wejdziemy na antenę i kamera ich złapie, jak się tym mażą) + robienie zdjęć "drodze do nieba" + ogół = wyjątkowo ciekawa wizyta w telewizji. A i wcześniej nie było nudno - czy to w bufecie ("Łuki, kobietom się ustępuje!" "Ale teraz równouprawnienie jest"), czy podczas błądzenia korytarzami, gdy spotkaliśmy samego Lorda Vadera wraz z jego żołnierzami.

Gdyby zaś cofnąć się do czasów jeszcze wcześniejszych, napotykamy nasze błądzenie po Arkadii (i żywienie się resztkami w Pizza Hut), zdjęcia z misiem (nielegalne, jak się okazało późno za późno), choinki sejmowe i rozmaite inne motywy. Nie wspominając o rewelacyjnej podróży - i w jedną, i w drugą stronę. Rozmowy, podejrzane teksty, mp3 i inne atrakcje rządzą. Ktoś mówił, że siedzenie z przodu autokaru jest niedobre? Przecież tam są najlepsze głupawki!

O tej nieszczęsnej wizycie, z której nic nie wyszło, wspominać nie będę, o. Takie mam postanowienie noworoczne.

Wnioski?
Lubię wyjeżdżać gdzieś z NIMI.
Lubię jeść Caramel w towarzystwie Av i Dor.
Lubię robić "słit focie" w autokarze i "słit focie" z Lisem.
Lubię gadać z dziewczynami o naszej przyszłej karierze medialnej.
Lubię pogrążyć się w półśnie, tak ciepło i bezpiecznie, z mp3 na uszach, wsłuchana w szum rozmów.
Lubię, gdy mieszają się smaki, dźwięki i zapachy.
Lubię parking pod Od Nową w środku nocy i samotną, zagubioną taksówkę.
Ja chcę jeszcze raz!!!
I chcę moje mandarynki w technikolorze, nawet jeśli całokształt miałabym znowu przypłacić gigantycznym kacem i ryjącym sąsiadem o wpół do dziewiątej.

PS: Tylko jedno było dziwne, gdy zasypiając, usłyszałam parę słów za dużo. Parę słów, których dokończenie mogłoby mi wiele wyjaśnić. A ja, głupia, zasnęłam. Nawet nie wiem, kto to powiedział.
Może to i lepiej?

Lill, ta fioletowa 13/01/2009 20:01:43 [komentarzy 4] Jakieś pytania?

199. What DID you have?

Nie ma nic dziwniejszego niż nieuzasadnione przeczucie, że coś się wydarzy. Że choćbym na głowie stanęła (zresztą po co, skoro sprawa nie dotyczy ani mnie, ani osób mi bliskich), coś i tak musi się zdarzyć. Nie mogę nic zrobić, nie mogę nic powiedzieć, więc siedzę i czekam, kątem oka zerkam, czy stało się już, czy dopiero się stanie. I coś we mnie narasta, taki wewnętrzny bunt, że skoro o wszystkim wiem, to powinnam też wiedzieć, jak zapobiec katastrofie. A ja tymczasem nie mam pojęcia. Słucham "Divine" w reklamie Renaulta i nie mam zielonego pojęcia.

I nie chcę mieć.

Wczoraj zostałam brutalnie przebudzona ze słodkiego, nieróbczego letargu. Zgroza ogólna, drugi dzień szkoły w nowym roku, pora chora dobijająco i odpytka z chemii. No ludzie... I tak rządzi komentarz pani profesor: "Widać, że się nie uczyłaś, ale piątka się należy". To aż tak widać, że mi się nie chce?

Schizowo mi cokolwiek. Może dlatego, że mam taki schizowaty dzień, "artystyczną aurę" i inne straszydła (w tym własną podłość niezamierzoną, za którą konsekwentnie postanawiam nie przepraszać). W dodatku po wnikliwej lekturze "Balu Absolwentów" doszłam do wniosku, że mam w otoczeniu przynajmniej dwie osoby cierpiące na dysocjacyjne zaburzenie osobowości. Obie płci męskiej. Jak inaczej wytłumaczyć to zdumiewające cokolwiek zachowanie niejednorodne niczym pole grawitacyjne z dala od Ziemi? (tak, zapamiętałam ten motyw, chociaż fizykę dzisiejszą w większości przespałam).

Budzenie ludzi o wpół do siódmej nie tylko jest niemoralne, ale też skutecznie obniża moje IQ. Jak inaczej wyjaśnić fakt, że zachowałam się jak idiotka konkursowa? Już, już mówię, o co chodzi. Otóż Szanowna Wasza (czyli ja), chciała dziś skoczyć do domu po parę klamotów, i to skoczyć prosto ze szkoły. Wzięła wcześniej kurtkę, jak nigdy (o tym, co z owego gestu wynikło, to długo by mówić), na tech.inf. siedziała jak na szpilkach... Ba, nawet wyleciała ze szkoły bez kurtki, jakby ją stado bizonów goniło (właściwie to zdanie może mieć w sobie ziarno prawdy, choć bizony w dużej mierze były metaforyczne), cała zadowolona wsiadła do kochanego autobusu... I wtedy zadzwonił telefon.

A ja, śmiejąc się głupio, na złą nowinę zareagowałam beztroskim: "Ależ ze mnie kretynka!". Babcia już tego nie usłyszała, tyle dobrego. Usłyszało za to pół autobusu, bo ja nie umiem mówić cicho. Głupiam. Głupiam dwojako: że to powiedziałam i, co najważniejsze, że zapomniałam tych nieszczęsnych kluczy. Tyle chociaż dobrego, że pojechałam następnym autobusem (jakimś cudem zdążyłam). Jak ktoś planuje się z tego śmiać, to odradzam, bo nastrój mam dobry (wyspałam się na rehabilitacji!), acz bojowy. Nie wiem, czemu bojowy. Może podkręciłam sobie przez ostatnie dni adrenalinę różnymi sytuacjami, a może znudziła mi się względna stagnacja.

Z rzeczy zaś innych, mam wniosek formalny - niech ktoś mi pomoże zrobić listę książek, które absolutnie powinnam przeczytać. Nazbierało mi się od groma i połowy już pozapominałam, a potem ludzkość się jeszcze poobraża, że To Wredne nie czyta klasyki.

To Wredne chwilowo czyta dzieło własne i próbuje je skorektować, ale to praca raczej syzyfowa (ukłon w stronę pewnej pani, bynajmniej nie ukłon szyderczy).

W piątek będzie temperatura jak w głębokiej tundrze, mówię i powiadam. Szkołę nam zamkną, ot co.

I wtedy grzanie sie o kaloryfer, rodaków o flaszkach rozmowy i cała reszta stuffu przeniosą się pewnie na naszą-klasę i zabiją jej serwer. Wizje apokaliptyczne się mnie imają.

A Niula ma nową pracę. We Warszawie. W charakterze, jak to ja mawiam, "babci klozetowej". Ale wysoko postawionej babci klozetowej.

Lill, ta fioletowa 7/01/2009 20:45:17 [komentarzy 6] Jakieś pytania?

198. Lill the Purple returns.

- Jak byś miała problem z otwarciem drzwi, poproś sąsiada o pomoc...
*święte, krowie oburzenie w oczach*
- Z piętra, dziecko, z piętra.

A jużem pomyślała, że wysyła mnie do Gangu Samochodowego, Siwego, Metala tudzież stu diabłów. Czego by nie mówić, ta ostatnia opcja brzmi chyba najbezpieczniej.

Postanowienia noworoczne:
Uno - jeść mniej słodyczy, bo mnie ten cukier zabije. Kilogramami się nie przejmuję, bo po świętach, kiedy teoretycznie konsumowałam najwięcej, straciłam całe dwa. To znaczy, że jedzenie nie ma tu nic do rzeczy.
Due - mniej przeklinać. Upadło drugiego stycznia, ale upadło niebezzasadnie Niula i Bezprawny wyjeżdżający do stolycy powodują u człowieka długotrwałą a bolesną traumę.
Niula: Rudka, żarcie!
Rudż: Wuu!
Niula: Rudolfina!
Rudż: Uhm, uhm, wuuu-uu!
Niula: Żryj, bo jak nie zeżresz, to nigdzie nie pojedziesz!
Jak można mi tak siostrę stresować? Nie godzi się.
Tre - nauczyć się grać wszystkie kawałki z "Awake". W tym celu sprowadzam sobie nieprzyzwoicie drogi songbook. Kocham Empik, a Empik kocha mnie. A mój portfel to już w ogóle.
Quattro - wydać, u licha, powieść. Albo płytę. Albo pieniądze. Wydać cokolwiek.
Choćby i płytę podłogową.

Ponadto, zgłaszam stanowczo pretensję. Normalni ludzie, normalni pisarze właściwie (chociaż to chyba oksymoron) mają tak, że fikcja upodabnia się do rzeczywistości. Dlaczego ja tak mieć nie mogę? Dlaczego u mnie zawsze to rzeczywistość upodabnia się do fikcji? Jeszcze tylko usłyszę TSO, przechodząc obok stomatologa (na razie słyszę jeno wiertarkę, która budzi we mnie lęk przed wszelkimi stomatologami), a zaręczam, że ucieknę z krzykiem.

Bez związku (albo raczej ze związkiem widocznym wyłącznie chosen one tudzież chosen two) - wiewiórki są zUe. A antropomorficzne wiewiórki to już w ogóle. Wiem coś o tym.

Taaak, i piękny motyw: "Won, już, teraz, zaraz, natychmiast! Won, sio, mój teren, wynosisz się i koniec kropka!!!" Najlepsze jest to, że nie mam pojęcia, o co właściwie się plułam i dlaczego zwykły fakt doprowadził mnie do białej gorączki. Może dlatego, że nie jestem przygotowana na takie zbiegi okoliczności.

Albo przestałam wierzyć, że to są zbiegi okoliczności.

Uch, xyz znaków i zero wspomnień o Sylwestrze. Było zbyt rewelacyjnie, żeby opisać. Chociaż oglądanie Ghosta do trzeciej w nocy jest niemożebnie nieetyczne i w ogóle na nie wyjątkowo. Za to bardzo na tak jest dywagowanie o Domniemanym L. na ulicy, wybuchająca latarnia, fajerwerki na suficie i Rudż z odjeżdżającym oczkiem. Relanium trzyma ją do teraz, bo jest podejrzanie spokojna. Albo zwyczajnie boi się, że Niula znowu ją ochrzani.

Biedne dziecko, nie ma to tamto.

Zostały mi z tego Sylwestra trzy kapelusze z P&P i narkotyzowanie się dyskografią TSO. Niestety, przez półdziałające słuchawki, gdyżli nie miałam motywacji do przewiezienia głośników do dziadków. Cokolwiek niewygodnie, ale narzekać nie będę. Cobyście sobie nie myśleli.

I esej napisałam! Dumnam z siebie i marzy mi się, że wygrywam tego laptopa, co byłoby szalenie przydatne w obecnej sytuacji.



Lill, ta fioletowa 4/01/2009 20:16:53 [komentarzy 6] Jakieś pytania?

Stare papierki
2015
Marzec
2014
Czerwiec
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2013
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2012
Wrzesień
Lipiec
Czerwiec
Kwiecień
Marzec
Styczeń
2011
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2010
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2009
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2008
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2007
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń

Galeria twarzy
Kiimi
Ziemo
Jah
Avil
An-Nah
Garcinda
Ada
Schmittka
Cineva
Mal
Mestari

Autobiografia
(klik)

Notka
Zdjęcie na szablonie własne. Słowa też moje. Szablon przejściowy. Czcionka z Serwisu.
Chcesz coś? Poproś.