Zobacz wszytkie serwisy JOE.pl
blogiblog4u.pl blogiblogasek.pl katalog stronwjo.pl avataryavatary.ork.pl czcionkiczcionki.joe.pl aliasydai.pl, ork.pl, j6.pl tapety tapety.joe.pl obrazkiobrazki na NK
Online: ---
zdrowie i choroby nieruchomości na mapie
Pamiętnik pewnej Okrrropnej Kreatury.
Szablon

172. Wszystko mi dałeś... - Wakacje 2008

Splątane nitki, mętlik w głowie i stos samoprzylepnych karteczek. I jakiś niemiecki film w telewizji, wreszcie coś z klasą, a nie amerykańskie dyrdymały (wyspecjalizowałam się ostatnio w przewidywaniu zakończeń tychże - zawsze skutecznie). Trochę dziwne warunki na pisanie podsumowania, przyznaję. Ale to nieuniknione - chciałam wyprodukować to dzieło jeszcze w sierpniu. A wcześniej... Cóż, przemeblowanie (z którego jedynym pożytkiem na chwilę obecną jest fakt, że nauczyłam się tańczyć kankana) zabrało mi zdecydowanie zbyt dużo czasu. Rąbanie z Ojcem w Hirołsy podobnież. OD tego ma się wakacje.
Do rzeczy jednak - oto podsumowanie takie jak rok temu, bo tamto było dobre (chociaż na nasze warunki raczej zUe) - moje prywatne naj mijających właśnie wakacji:

1. Miejsce: Szwejk mój najukochańszy, w którym trudno znaleźć telewizor, gdzie ludzie świecą komórkami, a my zawsze dostajemy lampę rodem z agencji... yyy... ruchomości. I nic to, że ostatnio wysadzili nam prąd, a Kościecha zwiał nieznanym mi przejściem, bo w końcu liczy się fakt. A ten jest taki, że wszystkie pobyty w Szweju były niezapomniane. Zwłaszcza ten ze "stand up for the champions" w tle. Dania, biało-czerwoni! I sprite 0,3 procent. Czy gdzieś jeszcze można się upić wodą mineralną?

2. Przedmiot: mój niebywale drogi puder zakupiony na poczet spotkania z przyszłą klasą. Wart swojej ceny, fakt, ale jak na razie poza pudrowaniem świecącego jak latarnia nosa tuż pod Koprem.

3. Tekst: "Po odgłosach ich poznacie" - czyli nieśmiertelny komentarz odnośnie zgromadzonej w Szweju publiki na finale DPŚ.

4. Pomysł: Balejaż. Definitywnie z pasemkami wyglądam lepiej, ciekawiej i w ogóle wreszcie zaczęłam się sobie choć trochę podobać. Na dodatek w salonie pani Agnieszki można miło spędzić czas, więc było i przyjemnie, i pożytecznie. Niech żyją blond pasemka.

5. Akcja: Uciekanie przed Kowalikiem przez pół miasta. To trzeba być mną - zresztą, o tym możecie poczytać w czerwcowym archiwum, nie chcę się powtarzać. Mam tylko cichą nadzieję, że Kowalik mnie nie pozna, jak kiedyś stanę przed nim jako dziennikarka. W przeciwnym wypadku może być nieciekawie.

6. Data: 2.08 - kogoś to dziwi?

7. Miasto: Praha. Je to krasne mesto i w ogóle [wym. fogle]. Cudne centrum, cudne towarzystwo i cudny żużel. Tylko dojazd na stadion i do hotelu był nieco problematyczny, ale to przecież margines.

8. Słowo: Będę nieoryginalna i powiem: ŻUŻEL. Odmieniane przez przypadki po tysiąckroć, ale cóż w tym dziwnego, skoro wracam z bezżużlowej emigracji?

9. Książka: "Nocny patrol" Łukjanienki. Jak nie przepadam za fantasy, tak tę powieść niemal pochłonęłam. Znakomita fabuła, rosyjskie realia i taki humor, jaki fioletowe krowy lubią najbardziej. A także vodka ("Na zdrove!") oraz podteksty filozoficzne. Teraz poluję na film, bo ciekawi mnie, jak rozwiązali niektóre kwestie w wersji nieksiążkowej.

10. Film: Miałam z tym problem... Do dzisiaj. "Między uczuciem a powinnością" chwyciło mnie za serce bezpretensjonalnym urokiem i tym, że nie jest kolejnym amerykańskim kiczem. A ja lubię niemieckie filmy. Nawet bardzo je lubię.

11. Piosenka: "Parole nel vento" Stadio. Podsunięte przez Em na początku wakacji, przetrwało ze mną całe dwa miesiące zdarzeń dziwnych, strasznych a śmiesznych i wszystkiego, co lubiło się przydarzać.

Ale nie myślcie, tego wszystkiego było o wiele więcej. Tylko nie wiem, czy jest sens wyciągać to właśnie teraz i dobijać się, że to już koniec wakacyjnej przygody 2008. Wracamy za rok, czyż nie?

Lill, ta fioletowa 31/08/2008 17:00:40 [komentarzy 4] Jakieś pytania?

171. Wszystko tylko w twoich rękach, w twoim lustrze czeka świat.

To wszystko wydaje mi się takie... Zdumiewające, to właściwe słowo. I zastanawiam się, czy jestem jakimś wyjątkiem, czy może każdy obdarzony mocą Słowa dostaje w prezencie siłę sprawczą w pewnym zakresie. Z jednej strony kusi perspektywa bycia pod jakimś względem wyjątkową, z drugiej bezpieczniej bym się czuła, gdybym wiedziała, że ktoś to miał przede mną i ktoś to będzie mieć po mnie. Wiem, wiem, traktuję te drobne proroctwa jak jakieś schorzenie, ale to chyba normalne - boję się, że któregoś dnia to wymknie się spod mojej kontroli. A wtedy może być różnie. Zwłaszcza z moim zamiłowaniem do tworzenia kryminałów... Mam nadzieję, że wystarczy trzymać się bezpiecznej krawędzi i nie wplątywać wyimaginowanych zbrodni w zdarzenia rzeczywiste. Żeby tylko klucz, który odkryłam, okazał się prawdziwy... No, ale to przyjdzie z czasem. Przynajmniej tak sądzę.

Nitki, za które pociągałam - a przynajmniej tak sądziłam dotychczas - nagle rozplątały się i wypadły mi z rąk. Misja Julii w "Śmierci Człowieka" miała mieć efektowne zakończenie, ale sama w sobie być równie nudna co przesypujący się przez moje palce czas. I guzik! Musiała się wplątać w aferę, zostać świadkiem zabójstwa. Ale w gruncie rzeczy to absolutnie banalne - bo zabójstwo w Pałacu rozwiązuje mi szereg niedociągnięć i wątpliwości. Teraz mam już wszystkie karty. Motywy, hierarchię, układ sił... Wystarczy rozdać je w odpowiedniej kolejności, a potem można upajać się sukcesem - wprawdzie minimalnym, bo czymże jest przy marzeniach kolejne napisane opowiadanie, ale z doświadczenia wiem, ze lepiej nie wymagać od losu zbyt wiele i cieszyć się drobnymi rzeczami. Ot tak, żeby uniknąć powtórki z rozrywki i "Szklanego klosza" w polskich realiach. Ot, dla własnej, prywatnej wygody.

Zresztą, już dawno przywykłam, że moi bohaterowie chadzają tymi ścieżkami, które sami wybiorą. Bujda, że twórcę ogranicza wyłącznie jego własna wyobraźnia. A temperament postaci? A ich wrodzona przekora i chęć zrobienia twórcy na złość? Chyba, że tylko ja mam podobne problemy. Sama sobie jestem winna - było nie dawać bohaterom wolnej woli. No, ale gdyby wszyscy mieli tak myśleć... Wiecie, człowiek też jest stworzony i też dostał w prezencie od Stwórcy wolną wolę... I też lubi robić na złość. Przynajmniej ja znam wielu takich, wliczając w to samą siebie. Lepiej zostawmy temat, bo robi się grząsko, a autorka niniejszych bredni zaraz wdepnie w jakieś bagno. Gdyby nie mój od niedawna (i pewnie długo nie pociągnie) realizm, zrobiłabym to zresztą bez wahania, bo ja wierzę, że w kluczowym momencie zjawi się strzęp mgły z tabliczką "wyjście ewakuacyjne". Moja wiara w cuda jest, zaiste, nieograniczona.

Wiara wiarą, ale pozostaje kwestia rozumu. Toć ja sama nie dalej jak dwa dni temu śmiałam się z takiego podejścia. Nawet bredziłam coś o partyzancie, który rozbiera się do naga i leci z gałęzią na czołgi, wrzeszcząc: "Bóg mnie ochroni!". A Bóg w niebie siedzi zapewne w zadumie, przygląda się takiemu egzemplarzowi i myśli: "głupich nie sieją..." Wiecie, sądzę, że Siły Wyższe nie chciałyby, żebyśmy całe życie na nich wisieli i nie wykazywali żadnej inicjatywy. Nikt by nie chciał. Dobrze, zostawmy temat, bo prawdopodobnie zboczyłam znacząco z tego, co chciałam rzec.

A chciałam rzec, odnośnie jeszcze wątku twórczości, że może to idiotyczne i naiwne, ale ja wierzę po trosze w każdą zamkniętą w książce historię. Bo przecież musi być w tym jakieś ziarnko prawdy. Koncepcje, zwłaszcza te fabularnie rozbudowane, nie przychodzą do głowy tylko dlatego, że jest ładny dzień, a słowik (bez skojarzeń!) na gałęzi wyciąga E dwukreślne. Coś musi wisieć w powietrzu, gdy Twórca wpada na Pomysł. Możliwe, że jestem z tą wiarą sama, ale wyjątkowo mam to głęboko w odwłoku. Ot tak, egoistycznie. Czasem lubię ten mój egoizm.

Przywykłam do niego przez ponad szesnaście lat życia.

Lill, ta fioletowa 24/08/2008 21:29:02 [komentarzy 7] Jakieś pytania?

170. Bóg woli gołębie, czyli apokalipsa unplugged

O Vanishu, Vanishu, twój róż mnie zachwyca
Niechże wycałuję różowe twe lica
Gdy opada mnie mmhrok, tyś mą jasnością
Każdego porażasz swą różowością

(JL, "Oda do Vanisha")

Gnuśnienia ciąg dalszy. Wczoraj umierałam, dziś gnuśnieję w piżamie i, o dziwo, nikt mi nie ma tego za złe. Niech żyje odwyk od pracoholizmu! Chociaż, o dziwo, nie ruszałam dziś Heroesów. Wzięło mnie za to na FIM SGP, tylko muszę to odkopać. Przy tej grze przynajmniej bezkarnie mogę mieć głupie skojarzenia i nikt nie uzna tego za zboczenie. Z Heroesami jest gorzej, bo jak przy Ojcu albo Jarku wyskoczę z myślą o Kościejach vel Kościechach, BALLYstach, Zombie(kach) czy beHOLDERACH, pewnie pomyślą, że czas najwyższy wysłać mnie do Świecia. Chociaż... Właściwie coś w tym jest.

Sobota była zUa. Ale zUa, rzecz jasna, na swój własny, unikalny sposób. Może tylko pominąwszy niespodziewane spotkanie ze Złem Wcielonym W Osobie Pana Maqa. Acz odkryłam z pewnym odcieniem mściwej satysfakcji, że zbrzydł. Ma krzywe zęby, wystające kły i nieumyte włosy. I ogólnie wyglądał na tyle niechlujnie, żeby poczuła się dowartościowana. Ach, wiem, że to okropne, ale po tym wszystkim, co przez niego przeżyłam... I po tym, jak zniknął bez słowa. Chyba mam prawo na swój sposób triumfować, prawda? Zresztą, to historia z gatunku ciekawostek do życiorysu. Bo to, co jest teraz, to różne inności. I "Have some fun" w głośnikach, tak w ramach przypomnienia Pragi. A przede wszystkim, teraźniejszość to ostatnie dwa tygodnie wakacji, które zamierzam wykorzystać do oporu.

A teraz już o najistotniejszym epizodzie:

(...)za oknem coś świsnęło, powodując nieziemski huk. Zgromadzona w „Szwejku” ludność na chwilę zamarła.
– Wot te na! – rozległo się od strony deptaka, zajmowanego teraz przez kilkunastu mężczyzn w ciemnych garniturach i kapeluszach rodem ze starych filmów gangsterskich.
– Ruskie! – potoczył się po ogródku głos, po czym wszyscy z wymalowanym na twarzy spokojem powrócili do oglądania pierwszego półfinału, w którym, rzecz jasna, nie jechał ani jeden Polak. Niestety, niedługo zaznali tej rozrywki, bowiem po chwili kolejny strzał przeszył powietrze. Pocisk musiał trafić w jakiś kabel, i to przypuszczalnie kabel szalenie istotny – momentalnie wysiadł prąd w całej okolicy. Przez chwilę gromada kibiców (oraz Daria z Joanną) siedziała cicho w egipskich niemal ciemnościach. Wszyscy w napięciu wyczekiwali trzeciego strzału.
– Try to find my Milky Way… – rozległo się nagle od strony draba. Pogrążony we śnie, nucił fragment piosenki, którą rozpoznała prawdopodobnie tylko Daria.
– A temu co? – zainteresowała się Joanna, z niechęcią odrywając wzrok od sylwetek mafiosów krążących po bruku i czyniących przy tym niemożebny hałas. – Śni, że zgubił batona?
Daria już chciała odpowiedzieć, że to kawałek francuskiego utworu z tegorocznej Eurowizji, jednak zamiast niej względną ciszę przerwał głos z oddali:
– Możecie się przymknąć? Nie widać, że tu trwa wojna gangów?

(JL, "Strzeż się karetki" [fragment])

Ja naprawdę nie miałam z tym NIC wspólnego. A to, że huknęło, a potem wysiadł prąd, to tylko potwierdzenie, że nie powinnam igrać z rzeczywistością. Pytanie brzmi, czy jeśli napiszę "Trylogię Samochodową", w której punktem wyjścia jest zdarzenie prawdziwe, to Los zrobi ze mnie Leę. Nie powiem, byłoby mi miło, może poza epizodem z Czarneckim, bo ja bym nie chciała takiego gościa w domu. No, ale miało być o sobocie.

Najpierw były deszcze niespokojne i węzeł gordyjski, którego rozwiązaniem było hasło "my z rezerwacji". I wysyłane do Avil instrukcje, które w końcu i tak okazały się zbędne. No i niezaprzeczalnie punkt wieczoru, czyli pan, który ZNIKNĄŁ. Zastanawiające, biorąc pod uwagę kolor jego koszuli. Albo naprawdę schował się pod którąś z kanap, obawiając się niegwiżdżowców. Zresztą, jeden z niegwiżdżowców zdradził szlachetne ideały i dopuścił się niedopuszczalnego wobec biednego, starszego pana, który tak ładnie przewidywał. A że przewidywanie się nie sprawdziło, to inna historya.

Na widok irokeza:
- Co to jest?
Głosy w tle:
- Adwokat!

I piękne dzieło na odwrocie programu, którego potem szukałam bezskutecznie. Dzieuo tak cudne, że zeskanuję Wam, jak tylko odzyskam skaner (już wkrótce!) - bowiem wart zobaczenia jest człowiek płci niesprecyzowanej, jednooki anioł w stanie błogosławionym oraz nagi dzik z frędzlami a la Sqóra. Albo jesteśmy powaleni.

- Dla mnie Sprite.
- 0,3?
- Procent?

Moja woda (tak, przez "o") miała chyba jeszcze więcej tych procentów. Bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że zachowywałam się jak pijana, nuciłam "Divine", a po powrocie do domu bujałam się jak fotel bujany? Toż to niewytłumaczalne. Przynajmniej dla mnie.

A Święty wcale nie jest taki znowuż Święty, jak się okazuje. Zaś mnie straszy zdjęcie Dzika zaraz po wejściu do galerii Mike'a. Chichot historii? Ironia losu? Może skłonna byłabym tak pomyśleć, gdyby... No właśnie, gdyby nie ogół dni ostatnich. Bo w końcu życie tak czy śmak nie jest złe.

Stan przeddepresyjne możemy spokojnie włożyć między bajki. Tylko ten telefon, ten jeden telefon... Ale to chwilowo nieistotne. Nie psujmy momentu.

PS: Pierwszy raz w życiu wzruszyłam się podczas hymnu. Dziwne to, zaiste, uczucie.

Lill, ta fioletowa 18/08/2008 20:18:41 [komentarzy 3] Jakieś pytania?

169. Va banque.

I zajaśniały gwiazd tysiące...

Chciałabym być dębem. Nawet kosztem zniszczenia sianego przez drobne szkodniki, nawet kosztem wywnętrzniania się przed moją prywatną Bezimienną, nawet gdybym miała ugiąć się i złamać na sam koniec. Chciałabym być dębem, o którym ludzie pamiętają, tym, pod którym się chronią i który daje im siebie bez względu na konsekwencje. A tymczasem jestem tą trzciną, o której tak pochlebnie wyrażała się w naszej rozmowie Ayl. Uginam się pod byle podmuchem. To nie jest dobrze. Nie umiem podjąć ryzyka, boję się, że wrogi człowiek ugnie mnie tak, że już się nie podniosę. Zwyczajnie się boję. To takie... ludzkie, nie uważacie? Że boję się grać va banque, bo wiem, ile mogę stracić. Ktoś powie, że to świadczy o mądrości. Może i. Ale z pewnością także o tchórzostwie.

Chciałabym być kotem. Tym kotem, o którym tak optymistycznie opowiadałam Yenowi dwa lata temu, który był moją mantrą pożegnalną... Ale którym tak naprawdę wcale nie byłam. Bo kot ma jeden dom. Bo kot przywiązuje się na całe życie do jednego miejsca i do tych kilku osób, którym ufa najbardziej na świecie. A ja, głupia, jestem psem, który kocha każdego, nawet tych, którzy plują mu w pysk i kopią go ciężkimi buciorami. Który merda ogonem na widok truciciela. Wierzę naiwnie, że ludzie się zmieniają. I chciałabym wierzyć, że pewna pani mnie tak naprawdę nie okłamała. Że to ja źle zrozumiałam jej słowa, a ona nie potrafiła wyprowadzić mnie z błędu. Ale nie tylko to. Chodzi też o ludzi, dla których byłam tylko epizodem. Fajnie się gadało, jesteś sympatyczna kobitka i w ogóle. A potem zapominają, jakbym nigdy nie istniała. Naiwnie pamiętam i wierzę, że i w ich umysłach tkwi cząstka mnie. Że nie zapomnieli. A mimo to coraz częściej mam wrażenie, że dla nich nie istniałam. Byłam tylko kolejną książkową bohaterką. Może coś w tym jest, skoro ja przecież nie jestem naprawdę?

Chciałabym być Petterem. Takim Drugim Wcieleniem Wszelakiego Chaosu (wolelibyście nie wiedzieć, kto miał egzystować jako pierwsze), które w chwili zdenerwowania rzuci czymś, powie parę ostrych słów i nie przejmuje się absolutnie niczym. A zamiast tego bliżej mi do Halvora - tego Halvora, którego sama żałowałam, gdy nocami debatowałam nad jego losem. Bo też zbytnio boję się porażki, wolę żyć owinięta we własną legendę, niż odsunąć z niej kurz i ożywić na powrót. I pewnie Halie postąpi tak samo jak ja, bo w końcu jesteśmy złączeni niewidzialną nicią, a on - jak każdy z Nich - jest moim własnym cieniem. Dziwna to, zaiste świadomość.

I tęsknię. Tęsknię za jedyną osobą, która nie należała do "mojego świata", a mimo to miałam do niej pełne zaufanie. Jedyną, przed którą rozpłakałam się bez najmniejszego poczucia wstydu i do której umiałabym zadzwonić w środku nocy tylko po to, by powiedzieć: "Mam w głowie za dużo pytań". A ona radośnie oznajmiłaby: "Pieprzysz, kochanie. Za mało kawy". I na nic by się zdały protesty, że kawy nie pijam, bo wtedy wymyśliłaby mi zupełnie inny sposób na pozbycie się toksycznych a destrukcyjnych myśli. Miałaby rację, bo w końcu środek nocy to nie pora na rozważania nad ulotnością bytu (i wciąganie w takowe biednej Babci) czy cytowanie "Limitów". Tylko jest taki tyci problem - bo JEJ już nie ma. To znaczy, czysto teoretycznie jest (chyba) jeszcze gdzieś na świecie, ale ma zbyt wiele problemów w rozmaitych odcieniach, bym mogła bezwstydnie zawracać jej głowę. Chociaż... Kłamstwo. Zawsze miała problemy. I zawsze miała czas, żeby wysłuchać każdego, kto ją o to poprosił. A teraz jest zbyt daleko i zbyt już eteryczna, jakby nikła z każdym dniem. Aż któregoś ranka obudzę się z myślą, że rozpłynęła się w ciężkim powietrzu gdzieś na dalekim i najdzikszym z dzikich Wschodzie.

A ja w tym czasie, o ironio, zasiadę na nowej kanapie z szampanem w dłoni i będę opijać wielki triumf, wsłuchując się w miarowe popiskiwanie poczty głosowej. I będę tak trwała, dopóki kolejny czarowny sen nie pryśnie jak bańka mydlana.

Ta bańka, którą w czyjejś opinii udało mi się złapać w zwinne macki klawiatury. Proza życia, kochani. Proza życia.



Lill, ta fioletowa 13/08/2008 22:23:44 [komentarzy 4] Jakieś pytania?

168. Różowa kula porwała mnie.

No tak. W mieszkanku przy ulicy K. stoi sobie na półce książka "Miłość idealna" i się kurzy. Chyba sprzedam na allegro i zakupię (albo zmuszę kogoś do napisania) dzieło pod tytułem "Miłość NIEidealna". Perfekcja własnego związku bowiem przeraża mnie i zgryzot nastręcza z racji takiej, że ja sama idealna nie jestem. Albo to wakacje tak nienormalnie na mnie wpływają, co też jest bardzo prawdopodobnie. Pójdę do szkoły z defektem mózgu - tak jak Lisu z defektem wątroby (sam to przyznał!).

Do rzeczy jednakowoż. Dzisiejsze spotkanie, wbrew temu, co niektórzy (zwłaszcza jedna pani) mogliby twierdzić, uważam za udane. Cóz, każdy ma jakieś wady i każdy ma w życiu taki czas, kiedy musi się wyszaleć. Ja tam w każdym razie jestem tolerancyjna, co nie znaczy, że bym się przyłączyła do ogólnej popijawy. Dylematu na szczęście nie miałam, bo choroba i faszerowanie aspiryną wybrało za mnie. Poczucie mam optymistyczne w każdym razie, tym bardziej, iźli każdy z osobna był sympatyczny, a w grupie sympatyczności stwierdzić się nie dało ze względu na podział ludu i Żywce w dużych ilościach. Tylko te knieje, argh!

- Jak dobrze, że coś mnie odwiodło od założenia butów na obcasie.
- Wtedy to by było ups!
- Nie ups, tylko wtedy to byście mnie niosły.

A i tak najlepszy odpał to była moja potrzeba zasypania czymś świecącego jak latarnia nosa, co skończyło się pudrem za pół stówy i jękiem Niuli, że ja się przecież nie znam na kosmetykach i na pewno kupiłam jakieś... guano, że tak zacytuję Chmielewską. No i potem piękna kartka z wymownym napisem "1C", którą straszyłyśmy ludzi pod Horzycą. O dziwo, kartka okazała się pomysłem słusznym, bo ludzkość się zleciała momentalnie, a nawet miałyśmy gości w postaci kota i gołębia - osobno rzecz jasna, trudno przypuszczać, żeby te zwierzaki się dogadały w ramach wprowadzania przyjaznej atmosfery do przyszłej 1C. Przyjazna atmosfera była zresztą odrębnie. Ciekawa jestem, tak swoją drogą, czy to na nasz widok jeden z Szanownych Kolegów natychmiast przypomniał sobie o potrzebie odwiedzenia wychodka? W każdym razie, ta akcja była też wysoce... ciekawa.

I tak najbardziej spodobało mi się zakończenie, kiedy na przystanku czekałyśmy we trójkę na autobus, popijałysmy napoje niewyskokowe i gadałyśmy o różnych rzeczach. Jedną koleżankę już znalazłyśmy, teraz może być tylko lepiej, czyż nie? W ogóle, ja wszelkie obawy uważam za nieuzasadnione. W końcu grunt to optymizm, a ten jest moją domeną.

Zastanawiam się tylko, czy rozsądnym będzie odwiedzić w dniu jutrzejszym kosmetyczkę, skoro mam gorączkę i inne dolegliwości. Wolałabym na sobotę być już w pełni zdrowa. A że dzisiaj poszłam - chciałam się przekonać, jak będzie. I wcale nie było źle, o!

Tylko niech mi ktoś kupi nowe "Merde!" i nowego TŻ-ta. I niech zapłaci za bilety. I niech napisze za mnie felieton najlepiej, to byłoby wysoce pożądane. Leń mnie ogarnia. Przeziębiona jestem, mam prawo, a co! A ludzkość fajna jest, może poza paroma debilami, pozdrawiamy debili, ale to margines (niekoniecznie społeczny). Jak coś, to zawsze mam rzeszę krewnych i znajomych. Niekoniecznie królika.

I jeszcze korespondencja z krewniakiem Chopina, którą pan Mech zrzucił na biedną Niulę, a ona, z racji nieznajomości angielskiego, zrzuciła ją na mnie. Powoli zaczynam mieć dosyć angielskiego, tu speedway'owe strony, tu relacja z pobytu Fredka w Finlandii (wreszcie przeczytana), tu Fredek per se i jeszcze ten Paul K. W takich okolicznościach przyrody szanowny pan J. (któremu należałoby się przypomnieć) oraz pani K. stanowią miłą odskocznię.

A ja tu chciałam do Anglii wyjeżdżać... No cóż, maj dirs, no cóż, że tak wymownie zakończę.






Lill, ta fioletowa 11/08/2008 21:25:02 [komentarzy 4] Jakieś pytania?

167. Teatrzyk "Pod zdechłą Kaczką", część pierwsza.

Urocze okoliczności przyrody. Wietrzyk rodem z suszarki bawi się włosami dziewic z Wysp Dziewiczych, kaczki kwaczą w papierowych szuwarach, a samotny pająk zwiesza się na nitce z górnych partii kurtyny. Na drewnianą scenę wsuwa się Lill fioletowa.

Lill (tonem konferansjerki): Teatrzyk "Pod zdechłą Kaczką" ma zaszczyt przedstawić jednoaktówkę medyczną pod znamiennym tytułem

Krótka przypowieść o domestosie


Występują:
Pan Doktor [oklaski]
Czarująca Pani Pielęgniarka [burza oklasków]
oraz Pacjent [konsternacja]

Scena I

Gabinet lekarski. Czarująca P. P. siedzi na biurku i coś pisze. Pan Doktor siedzi za biurkiem i patrzy na Cz.P.P. Wchodzi Pacjent.
Pacjent: Dzień dobry.
Pan Doktor: Dobry, dobry.. [spogląda na Cz.P.P.]
Cz.P.P. pisze. P.D. ją szturcha.

Cz.P.P. [z czarującym uśmiechem]: Ach, dzień dobry! Czy cierpi pan na zapalenie wyrostka robaczkowego?
Pacjent [skonsternowany]: Nie wiem. [W stronę doktora] Bo widzi pan, Panie Doktorze, wszystko mnie boli.
P.D.: A co konkretnie?
Cz.P.P. pisze.
Pacjent: No, tak wszystko w ogóle...
Cz.P.P.: Czy cierpi pan na grypę?
Pacjent: Nie wiem, na co cierpię. Przyszedłem, żeby to us...
Cz.P.P.: A może ma pan wrzody żołądka?
Pacjent [do P.D.]: Bo widzi pan, o tak mnie tutaj [pokazuje na gardło] boli...
Cz.P.P.: Może ma pan ospę wietrzną?
Pacjent [krzyczy]: Nie wiem!
P.D. [flegmatycznie]: Boli pana, a pan wrzeszczy...
Cz.P.P. wyciąga z kieszeni tabletkę i podaje ją P.D., szepcząc mu coś do ucha.
P.D.: No, nieważne. Niech pan to weźmie [podaje Pacjentowi tabletkę], a przestanie pana boleć.
Pacjent bierze tabletkę i wychodzi.

Scena II

Wejście do przychodni. Drzwi otwierają się i na zewnątrz wychodzą P.D. oraz Cz.P.P.
P.D.: Jak pięknie! Koniec pracy na... [zauważa leżącego przy śmietniku Pacjenta. Obok Pacjenta leży tabletka] A temu co się stało?
Cz.P.P. zaczyna pogwizdywać.
P.D. kuca przy Pacjencie i bierze tabletkę do ręki, po czym ogląda ją ze wszystkich stron.
P.D.: Czy to był domestos?
Cz.P.P.: Taak... Teraz przynajmniej już nic go nie boli!
Wychodzą.

~~*~~
Dedykowane paniom Joasi i Em, współtwórczyniom niniejszego dzieła. A dzieło wsadzono tu z racji nudy i braku czasu Szalenie Okropnej Kreatury. Jak również z tej racji, że i tak wszyscy już zwariowali dostatecznie, mogę i ja.
I powiedzcie mię, jakim cudem Niula nagle znalazła pieniądze na nowe meble dla własnej córki? To aż podejrzane, nie uważacie?

Lill, ta fioletowa 9/08/2008 19:21:04 [komentarzy 3] Jakieś pytania?

166. Krasna Praha, plocha draha

RealPlayer uprzejmie podsuwa mi "Funeral Song", całkiem zresztą zgodnie z klimatem dni ostatnich. Bo kto - jak nie ja - ciągle powtarzał, że zaraz zginie, ale będzie to dobra i pogodna śmierć? Najpierw zawał, potem euforia, potem niewyspanie... A teraz mogę spokojnie zejść na coś, co się nazywa niechęć do opisywania nieopisywalności. O wiele bardziej wolałabym pomilczeć, usiąść do jakiejś cudnej książki i atmosferę weekendu przetrawić na spokojnie, w towarzystwie wyłącznie własnej osoby. Niby wczoraj był na to czas - ale kto normalny zajmuje się takimi rzeczami po nieprzespanej nocy?

Niestety, zapomniało mi się, co miałam napisać, a taką ładną notkę ułożyłam w głowie o trzeciej nad ranem, słuchając o wściekłych nietoperkach we Francji. Niech żyją nocne rodaków powroty przez miasto moje rodzinne ("Przyzwyczajajmy się, takie widoki będą codziennością przy okazji sesji") i nastrój wysoce filozoficzny.

Generalnie to na obecnym etapie pozostaje mi tylko bać się, że jakaś część (pod)świadomości uzna zakończenie wypadu za Syndrom Spełnionych Marzeń. Oczywiście, trzeba być idiotą, żeby pozostawać pod wpływem magiji i jednocześnie się lękać. Ale przynajmniej odzyskałam świadomość rzeczy i przestałam twierdzić, że to tylko zwariowany sen. Sen, który zaczął się od hotelu "walącego kiblem", a zakończył na wyśpiewywaniu "I will survive". Kolejny element, dla którego kocham wypady na żużel - nikomu nie przeszkadza, że moje śpiewanie przypomina pijackie wycie. To nie takie dziwne, biorąc pod uwagę, że jakieś dziewięćdziesiąt procent naszego sektora nie było już trzeźwe.

- Ile jeszcze? Dwa?
- Ale biegi czy piwa?

I szwedzkie dziewczęta w damskim klozecie, wpychające ludzi do kabin i rozdysponowujące papir toaletowy. I amerykańska "piszczałka" za nami, o głosie rywalizującym z syreną karetki. I Śmierdź z Hitlerem do spółki, którzy się przypałętali i którym porobiłam niezliczoną ilość zdjęć.

- Mógłbyś poszukać się w programie?
- Yes, no problem.

Z jednej strony chciałabym opowiedzieć o wszystkim, bo to czysta magija była (i nie, tu wcale nie ma literówki), z drugiej wolałabym jak najwięcej zachować dla siebie. A z trzeciej zwyczajnie nie starczy mi miejsca na całą, wybitnie chaotyczną opowieść. Pamiętam, że zwariowałam, w snowboardowym stylu zjechałam aż do siatki (w teorii, gdyby wygrał jakiś Polak, siatka miałaby wszelkie predyspozycje do zawalenia się pod naporem tłuszczy - uroki polskich sektorów), a potem podskakiwałam, klaskałam i jednocześnie robiłam zdjęcia, efektem czego babcia jest na mnie ciężko obrażona, bo nie widziała ŁADNYCH fot z rundy honorowej. Nie moja wina. Za to podium wyszło, biorąc pod uwagę odległość i możliwości mojej komórki. Jeszcze wypada sprawdzić, jak wyszedł hymn, który nagrywałam niejako w dwóch częściach i z moim radosnym piskiem (skleroza nie wybiera - zapomniałam w stosownym momencie wyłączyć dyktafonu) w tle. Nie mam jakoś odwagi tego zrobić przy ludziach... znaczy, przy dziadkach.

Z rzeczy innych refleksji też mam w bród. Chociażby ta, którą rozważałam między jedną godziną snu a drugą (co zdążyłam zasnąć, budziło mnie radio, a wyłączyć nie można było, bo Bezprawny by zasnął) - nigdy nie myślałam, że można się tak cieszyć na widok klozetu na stacji benzynowej. W dodatku o pierwszej w nocy. Wyobraźcie to sobie - łazienka, otwarta (i guzik, że rzekomo płatna, bo tak naprawdę wleźliśmy za darmo), czysta (świeżo umyta, a środki czyszczące jeszcze stały na parapecie) i z dwiema rolkami papieru. Kocham polskie stacje bezynowe! Chociaż restauracji na tychże już niekoniecznie, bo chyba budują je w myśl zasady "Polakiem jestem i nic, co brudne, nie jest mi obce". Coś w tym jest - biorąc pod uwagę muchy i cukiernicę, do której wsypałam sól. Zresztą, w hotelu było podobnie, z tą drobną różnicą, że tam było czysto.

Ale teraz postanowienia popowrotne. Nigdy więcej coli, frytek i chińskich knajp! Z definitywną przewagą tych ostatnich - swoją drogą, ciekawe, czy któryś bezdomny się połakomił na pozostawione na ławce żarcie. Jeśli tak, to współczuję. Mi już od samego widoku było słabo.

A teraz coś, na co wszyscy powinni czekać. Zdjęcia. Chyba pierwszy raz zrobiłam na zawodach więcej niż dziesięć zdjęć (speedway na lodzie z oczywistych względów się nie liczy) - i liczę, że tym razem obejdzie się bez pytań w stylu ubiegłorocznego "To Duny" "A skąd wiesz?"

1. Duńskie dziecko - normalnie deja vu.

2. Bandyci - czyli w rozszerzeniu ludzie od "dmuchawca".

3. Autografiarze - trzy podpisiki zaliczone dzięki panom na zdjęciu.

4. Kibic rodem z kraju Trzech Koron - dwa piwa i te sprawy. A myślałam, że Szwedzi tyle nie chleją...

5. Kaczka - co tu wiele mówić.

6. Kibole z Norwegii - odezwałabym się do nich po norwesku, to by chyba padli ze śmiechu. Swoją drogą, ciekawe, skąd ich tylu?

7. Święty & Terminator - oni na torze, a na trybunach święte przymierze australijsko-duńskie na ziemi czeskiej.

8. Sektor duński - tego wieczora byłam duchem wśród tych ludzi.

9. Scottie i jego walizka - taki miły akcent. Waliz zupełnie jak mój.

10. Dryml się zgubił i polazł na trybuny. Biorąc pod uwagę, ile punktów zdobył, właściwie lepiej byłoby, gdyby tam został.

11. Śmierdź - nawet do Pragi za mną polazł.

12. Traktory - bydło gwizdało nawet na nie. Może gdyby były biało-czerwone...

13. I triumfator zawodów - a konkretnie jedyne jego zdjęcie, na którym widać, kto w ogóle wygrał tą GP.

Lill, ta fioletowa 4/08/2008 16:27:24 [komentarzy 5] Jakieś pytania?

Stare papierki
2015
Marzec
2014
Czerwiec
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2013
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2012
Wrzesień
Lipiec
Czerwiec
Kwiecień
Marzec
Styczeń
2011
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2010
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2009
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2008
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2007
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń

Galeria twarzy
Kiimi
Ziemo
Jah
Avil
An-Nah
Garcinda
Ada
Schmittka
Cineva
Mal
Mestari

Autobiografia
(klik)

Notka
Zdjęcie na szablonie własne. Słowa też moje. Szablon przejściowy. Czcionka z Serwisu.
Chcesz coś? Poproś.