Zobacz wszytkie serwisy JOE.pl
blogiblog4u.pl blogiblogasek.pl katalog stronwjo.pl avataryavatary.ork.pl czcionkiczcionki.joe.pl aliasydai.pl, ork.pl, j6.pl tapety tapety.joe.pl obrazkiobrazki na NK
Online: ---
zdrowie i choroby nieruchomości na mapie
Pamiętnik pewnej Okrrropnej Kreatury.
Szablon

155. The world's lookin' at you

Będę żałować. Będę niemożebnie żałować tego, co teraz napiszę, ale muszę to oznajmić głośno i dobitnie:

Niech ja tylko dorwę pierwszego z brzegu przedstawiciela nieszlachetnej rasy typu Bydło, to patyk do szaszłyków wbiję w miejsce, gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę, wypatroszę i wbiję w ziemię na środku Placu Konstytucji. I nie, żebym coś miała do Placu, ale lepsze miejsce mi do głowy nie przychodzi. Może to otrzeźwi nasze kochane, polskie bydło, które wyznaje zasadę, że winny zawsze jest tylko jeden, czego by nie zrobił...

Zresztą, ja w tym węszę głębszą intrygę, bo nie chce mi się jakoś wierzyć, że pewien pan nagle ni stąd, ni zowąd zmienił front. A jeszcze bardziej nie chce mi się wierzyć w machlojki korupcyjne z udziałem biało-czerwonych (i nie mam na myśli Polaków). Mam ku tej niewierze swoje powody. Tyle w kwestiach prawie-że-sportowych, bo zaraz żar ze mnie buchnie i chałupę spalę. Te wrażenia będą jutro w felietonie, jak już ochłonę. Módlcie się o ochłonięcie, to jest, żeby Menda nic nie spłodził, bo jeszcze jego do tego pochrzanionego towarzystwa brakuje.

W kwestiach pozasportowych było... ciekawie. Tak, to dobre słowo. Głupia jestem do kwadratu, spodziewałam się obślinionych, pijanych meneli, zwiewania po dwóch seriach i głębokiego przeświadczenia, że nigdy więcej żadnych knajp. Ale droga panno Lill, tu nie Warszawa, tu gry... Znaczy się, tu Toruń jest. Toruń, gdzie "tanio meczu nie sprzedamy" (od wczoraj mi się pysiątko śmieje, jak przypominam sobie ten tekst), gdzie latają Krzyżacy z toporami (a co, Toporuń w końcu wiecznie żywy!) i gdzie społeczność kibicuje głośno acz kulturalnie. Nawet udało mi się nawiązać szalenie bliską znajomość z panami z sąsiedniego stolika (pomimo "drobnych" różnic poglądów), która polegała na wymienieniu następujących uwag:
- O, pada!
- Ej, to nie pada, to leje.
- Panowie, na moje to zaraz nam się ten namiot na łby zawali.
(to ja, to ja!)
oraz
- A ten Crump co wyprawia?
- No, normalnie, pomylił mu się żużel z rodeo!

w czasie, gdy dziadek zniknął w otchłani klozetu z zepsutą zasuwką. Okazało się, że panowie też grali u buka, ale kuponów porównać nie zdążyliśmy, bo poszłam sobie po rundzie zasadniczej, stwierdzając, że ten cyrk to do północy potrwa. Prawie miałam rację.

Następny wypad przy okazji półfinału DPŚ, tego z Polską oczywiście, bo na drugi nie wiem, czy zdołam się urwać. Poza tym, tam będą takie emocje, że lepiej przeżywać je w zaciszu własnego domu. Chociaż... Przemyślę to, przemyślę. Tylko przypomnijcie mi, żebym zrobiła rezerwację, bo wczoraj zajęłyśmy z Avil ostatni wolny stolik.

I oczywiście, moi dziadkowie zawsze zaczynają się interesować żużlem nie wtedy, kiedy trzeba. Wczoraj zainteresowali się finałem, a ja, zestresowana i z grzankami, uciekłam z tego wszystkiego do kuchni i tam łypałam niespokojnie na komórkę.
Babcia (z pokoju): Któremu numerowi kibicować? (ona też czyta z mazów? o rajusiu!)
Ja (przerażona): Nie powiem!
Dziadek (też z pokoju): Ja wiem, ósmemu, temu w białym kasku
(a dziadek kolory na mazidłowcu rozróżnia?! Ratunku!!!)
Ja: Ugryź się! Ósmy to jest Scott Nicholls... Chwileczkę, SCOTT NICHOLLS?!
Chwilę później.
Ja: No i Nicholls w taśmę się wyrąbał!
Babcia (jak wyżej): Cwaniara! Piszczy i ucieka, ale w kuchni siedzi i na komórce ogląda.
Głos zza okna w kuchni: I Jaaaaaasoooon Crump...!!!

Co było do przewidzenia, uciekłam do łazienki, bo tylko tam nic mi żużlowo nie wrzeszczało. Co jak co, ale na komentatora to ja bym się nie nadawała. Zresztą, tę kwestię już kiedyś z Aneczką omówiłyśmy.

No i mistrzowski powrót do domu po jedenastej, z padniętą komórką i bez biletu. Innymi słowy - szliśmy piechotą. A jak wszyscy wiedzą, do dziadków z miasta się idzie przez park. Te drzewa wydały mi się ze wszech miar podejrzane. Niestety, chyba tylko mi.
- Dziadku, ktoś za nami idzie!
- Nieprawda, nikogo tam nie ma.
- No to jeszcze mi teraz powiedz, że zwidy mam!
Akurat przechodziliśmy koło psychiatryka - może powinnam była tam zajść?

Ale i tak wszelkie rekordy dziwacznych tekstów pobił Dziadek we własnej osobie. Otóż wszedłszy do Szwejka (znaczy, do ogródka), rozejrzał się dookoła, popatrzył na wiszące gdzie tylko się da ekrany, po czym z całym spokojem spytał:
- To gdzie ten telewizor?
Mistrzostwo świata! Tekst roku, absolutnie.

A o rzeczach innych, czyli karetce i jej podobnych dziwadłach, będzie nieco później. Nawet linka dostaniecie.

I pamiętajcie - nie wydziedziczać gołębi! Nigdy, przenigdy. Siły Wyższe tego nie lubią.

Ciąg dalszy nastąpił:
Muszę zmienić ten szablon, bo zejdę na chorobę zwaną potocznie Nerwicą-Wszystkiego-Co-Tylko. I napisać Caravelle. I list z pogróżkami do Mendy. Nie żeby coś zrobił (na razie) - ale tak profilaktycznie nie zaszkodzi przypomnieć mu o swojej obecności.

Mam dużo roboty.

Ach, i żużlozboczenie sięgnęło szczytu. Albo po prostu jestem wciąż pod wpływem dnia wczorajszego. Bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że na słowa księdza: "zawody ukończyłem, bieg wygrałem" popatrrzyłam niepewnie po tłumie, czy aby na pewno nie jestem wciąż w Szwejku. Nawiasem mówiąc, jeden ze szwejkowych gości zjawił się dzisiaj na przystanku o nieprzyzwoicie wczesnej porze. Mam dziwne wrażenie, że to nie my najpóźniej dotarliśmy do domu (wrażenie słuszne, biorąc pod uwagę, że Grand Prix skończyło się grubo po naszym powrocie).

Podejrzanie radosny edit:

Z dużej chmury mały deszcz. Miała być burza z piorunami, a wyszedł jakiś cienki kapuśniaczek. Hurra!

I coś jeszcze - po wczorajszej rozmowie z Najwyższym zaczęłam wszystko rozumieć. Jestem zachwycona i przerażona jednocześnie, ale skoro takie moje zadanie, to... Czas zacząć Wielkie Dzieło. Z radością, miłością i spokojem - na razie mi to wychodzi, aż dziw.

Lill, ta fioletowa 29/06/2008 14:31:57 [komentarzy 26] Jakieś pytania?

154. Znaki albo dlaczego lepiej nie pisać powieści.

Prawdopodobnie prześladują mnie moje teorie. A zwłaszcza ta jedna, że nie sposób wyjść na miasto i nie spotkać przy tym kogoś znajomego. Tak to nazwijmy. Z kolei nie sprawdziła się wczorajsza teoria Netty, jakoby na starówce można było się głównie nudzić. Nie jeśli się jest mną. Nie jeśli człowiek zachowuje się, jakby zwiał z psychiatryka.

Zaczęło się tak niewinnie, jak zaczyna się każda monstrualna historia, a zwłaszcza historia o wpadce stulecia. Siedziałam grzecznie w kąciku u dziadków i pisałam "Pflegera". Gdyby nie to, nic właściwie by się nie stało. Ale nie, wymyśliłam sobie zagmatwaną intrygę z anglojęzyczną książką w roli głównej - oczywiście, u mnie w domu zabrakło anglojęzycznych książek. Wypielgrzymowałam tedy do Empiku celem dokonania zakupu. Po drodze działy się rzeczy rozmaite, jak choćby ganianie za hematytową bransoletką czy pytanie o tę właśnie istotę faceta uderzająco podobnego do p.p. Kornela. Nieistotne. Sama wizyta w Empiku też nie należała do istotnych, może poza oglądaniem książki o południowej Anglii (Eastbourne! *tandetne serduszka prosimy* Hastings! *jak wyżej*), która odstraszyła jedynie ceną. A intryga została obmyślona najdokładniej jak się dało - byle tego nie schrzanić podczas pisania.

Bezpośrednim winowajcą Wielkiej Wpadki (znanej też jako Wtopa Stulecia) były, jak to mają w zwyczaju, pieniądze. Dokładniej zaś ich brak. Już od dawna kiełkował we mnie pomysł, żeby pokrążyć po starówce i znaleźć jakieś sklepiszczydło, w którym mogłabym się zatrudnić. Miałam na oku zwłaszcza pewną księgarnię, jako że jej właściciel to znajomy mojej mamy i przy okazji zagorzały kibic żużla. Szłam zatem i co chwilę - łyp - na sklepy, a zaraz potem - łyp - na znajdujące się po drugiej stronie chodnika ogródki piwne, bowiem ja takowe lubię i lubię na nie spozierać. W pewnym momencie czujne me oko wyłowiło z siedzących w "Gęsiej szyi" (tudzież innym miejscu o równie niedorzecznej nazwie) ludzi dziwnie znajome oblicze. Ja tego pana znałam!

Poszłam dalej i pewność mnie opuściła. Wiadomo, miewam przywidzenia albo też spotykam sobowtóry róznych ludzi. Niestety, kilka kroków dalej stał van z żużlowatą reklamą na boku. I to ostatecznie mnie przekonało, że powinnam zawrócić.

Krążyłam tam, niby to na kogoś czekając, a tak naprawdę zerkając co chwilę w kierunku znajomo wyglądającego faceta. Gadał przez telefon, coś o żużlu mówił - ale nie dajmy się zwariować, to że gada o żużlu, jeszcze nie znaczy, że jest tym, za kogo go biorę. Tak sobie naiwnie tłumaczyłam, a Tygodnik Żużlowy radośnie wystawał mi z siatki. Ach, gdybym wiedziała... Dowiedziałam się po chwili, gdy do faceta i jego towarzyszki podeszło dwoje ludzi. Kobitę chyba znał, ale mężczyzny, który z nią przyszedł, ni w ząb. Przedstawili się zatem sobie wzajemnie. I to był mój gwóźdź do trumny.

Gdy usłyszałam "Mirek jestem" z ust obserwowanego obiektu, ostatecznie straciłam wątpliwości. W ogródku piwnym siedział sam Mirosław Kowalik*!
Wywaliło mnie między stragany z kwiatami z wrażenia. Chwilę później jednak wróciłam, pokrążyłam, niby to wciąż czekając, zerkałabym na zegarek dla ulepszenia efektu, tylko zegarka zabrakło. I tak co chwilę - łyp na niego - udaję, że zajmuję się czymś innym - łyp na niego - udaję... Etc. Miałam nawet koncept, żeby fotkę ustrzelić, tylko aparatu nie było - a dzwonienie do dziadka, żeby aparat przywiózł, zakrawałoby na idiotyzm. I tylko przyspieszyłoby moją wielką ucieczkę.

Otóż, drodzy moi, między łypnięciami zauważyłam nagle, że na nic moje udawanie, że ja na niego wcale nie patrzę... Spojrzał na mnie! Odwróciłam wzrok. Minęła jednak chwila, a on dalej patrzył. I wtedy zrozumiałam - on-mógł-mnie-poznać. Po czapce, po ogóle (bo ja się niewiele zmieniam), nie wiem, po czym... Może przesadzam, ale na osobę nieznajomą takim wzrokiem się nie patrzy. A ja... Oczywiście, zachowałam się po mojemu: w tył zwrot i galopem między stragany, gdzie teoretycznie nie wcisnęłaby się nawet szpilka. Niczego nie zdemolowałam, ale przypuszczalnie pół Torunia uważa mnie za wariatkę. I chyba się nie myli.

Tylko jednego się boję - żeby Kowalik się nie pojawił w pubie w sobotę. Bo wtedy mogę zapomnieć o oglądaniu GP w spokoju. Chociaż... Zawsze mogło być gorzej. Mogłam mieć drugą torbę, z wiadomymi przypinkami. Wtedy generalnie miałabym przechlapane.
______________________________
*były żużlowiec, i tyle powinniście o nim wiedzieć.



Lill, ta fioletowa 26/06/2008 19:23:25 [komentarzy 4] Jakieś pytania?

153. Naloty.

00:39 Spać nie mogę, a za oknami wyją. Wojna idzie.
(notatka na komórce z 2.09.07)

Finał był taki, że obudził mnie gigantyczny huk w środku nocy i krzyk babci, żeby zamknąć to okno. Nie przejmując się niczym, półprzytomna usiadłam na łóżku i oznajmiłam "Nie przejmuj się, babciu, to tylko Włosi robią naloty na Hiszpanię". A to tylko burza - ale cóż, wykończony człowiek ma prawo do błędu.

Te trzy dni zlały się w jeden gigantyczny, jak niegdyś Leszno i sławetny "piątek między czwartkiem a sobotą", który w tym roku wypada w niedzielę. Ale warto było, zaiste, chociaż dziś byłam już nie do życia.

Najpierw byli piątek. Podróż lasami, modlitwa o deszcz (szczęśliwie, niewysłuchana) i tarabanienie się z dobytkiem na trzecie piętro. A potem żużel byli. Pierwszy przegrany mecz, jaki widziałam na żywo - ale jakoś mnie to nie obeszło tak jak powinno. Może dlatego, że robienie za psa-przewodnika dla grupy z(dez)organizowanej i unoszenie łap wymaga tyle poświęcenia, że na przejmowanie się już nie starczyło. Chociaż gdyby nie przebudzenie Blondyna w czternastym biegu, wygralibyśmy. I gdyby nie F... The Duck - widać Kaczor przejął się spoczywającą w mojej torebce przypinką. Zresztą, teraz owa przypinka dumnie prezentuje się na torbie, tuż obok herbu Apatora - czyżby jakaś sugestia?

Odnośnie samego meczu, to prawie umarłam ze śmiechu, jak pod koniec pomyślałam, że z okazji zwycięstwa Leszna powinni jakiegoś Vangelisa zasunąć, a po chwili rozbrzmiało "Conquest of paradise". Trzeci Vangelis na żużlu - to jakaś Apokalipsa. W ogóle, mieli genialną playlistę - Go West, Kiss Him Goodbye i We Will Rock You rządzą. A oprócz tego inne piosenki oraz radosna twórczość kibiców, także i moje ryki "Nic się nie stało, Apator, nic się nie stało".

A zaraz po meczu było Polowanie na Byka. O dziwo, żaden kibic (również kibole od "coli dla kibola") nie chciał się przyłączyć do moich polowań. Szkoda, że nie miałam sprzętu typu widły - już ja bym tam urządziła corridę. Byłoby Byczo,ole!

W sobotę działy się rzeczy równie ciekawe, by wspomnieć chociaż o naleśnikach w zatłoczonym do nieprzytomności Manekinie i ludziach z tam-tamami, którzy przywołali oberwanie chmury. A także oberwanie parasola tuż nad moim poprzednim siedziskiem oraz modlitwy, których nikt nie chciał wysłuchać. Potem zaś poszliśmy do zoo - i to był błąd. Zasadniczy. Spotkaliśmy bowiem Leigh z rodziną (czyli kilka wygrzewających się w różnych pozycjach kangurów), strusie emo oraz samego Szatana wraz z gwardią. Były tam również owce w ciąży (wszystkie w tej ciąży, a samców ni widu, ni słychu) i na haju (zwłaszcza jedna, przeżywała właśnie odlot życia), Leżący Bizon oraz wąż, który ruszał się po trzykrotnym zapukaniu w szybę. O innych dziwowiskach nie wspomnę, coby nie siać zgorszenia (jeden czyn niemoralny został nawet zarejestrowany na filmie - mamy dowód przeciwko królikowi-gwałcicielowi).

A niedziela... Cóż, mogę tylko powiedzieć, że pomysł z koncertem był udany. Może poza Wielką Wpadką ("Gdzie ty jesteś?!" "Na koncercie, mamo" "NA JAKIM KONCERCIE?!"), ale to margines. Manchester fajnym zespołem jest, zwłaszcza z hitem "Raz, raz, jeden raz" (wyjaśniam niezorientowanym: była to dość... długa próba mikrofonu). Tylko kwestie techniczne przeszkodziły mi w dobrej zabawie.

Po koncercie (ZA KRÓTKIM!) działo się też sporo. Zwłaszcza po zakupie wody i piciu jej tuż nad Wisłą. Propozycje koncertu samobójców (a nie, to było wcześniej), oblewanie wodą i wpychanie do rzeczki. Oraz moja słomka ("robię fontannę, ale coś mi nie wyszło"), schizofrenia ("mam dzika na smyczy" "???" "no, niewidzialny jest") i inne cuda. Więcej takich wypadów. Następna akcja już w sobotę - balanga u Szwejka, czyli Cardiff '08. Oby po mojej myśli.

PS: O jednym nie wspomniałam - o podejrzanych przesłyszeniach podczas słuchania płyty z Eurowizji '08. Bridger, Roger i inne postaci, oraz żarcia w bród (między innymi figi plamiste - a nie, to już było w piosence Luki Dirisio).

Lill, ta fioletowa 23/06/2008 21:39:50 [komentarzy 6] Jakieś pytania?

152. This could be the first day of my life.

Jeśli ktoś (na przykład ja) łudził się naiwnie, że po wystawieniu ocen uda się choć trochę odpocząć, poleniuchować i tym podobne, to muszę rozczarować. I to gorzko.

Od poniedziałku robię za zaopatrzeniowca (z własnej kasy, niestety), opiekunkę domową i speca od przeprowadzek. Ściany puste, torby stoją zapakowane, a ja pół wtorku przeryczałam na środku gigantycznego bałaganu. Dziś już, na szczęście, jest lepiej. Może dlatego, że nie mam czasu na smutki.Za jakieś trzy godziny ruszam na pożegnalną balangę, po której stanę się absolwentką Gimnazjum imienia Stefcia B. To brzmi dziwnie, chyba muszę się przyzwyczaić. I nic to, że pójdę z pryszczem jak stodoła (one zawsze wyskakują w złym momencie) i przegryzioną wargą (wyglądam trochę jak wampir) - zamierzam się po prostu dobrze bawić. A, i wrócić o przyzwoitej godzinie, żeby jutro nie przewrócić się w połowie żużla. To byłaby nieopisana strata dla polskiego speedway'a, zdecydowanie.

Mimo pewnego dyskomfortu spowodowanego niepewnością co do losu Wiesława II* oraz kwestią przemeblowania, na które absolutnie nie mam teraz sił, jestem szczęśliwa, o. I zamierzam być szczęśliwa tak długo, jak tylko się da - a przynajmniej do dzisiejszego późnego wieczora. W końcu nie ma co się smucić, prawda? Plany na najbliższe dni są duże, grafik pęcznieje, aż strach, czy na wszystko starczy siły i czasu. Na pewno nie odpuszczę żużla (nawet bym nie mogła, przecież bilety kupione, ludzie umówieni - a poza tym, czy ja kiedykolwiek odpuściłam żużel?) i nie planuję odpuścić balangi u Szwejka, zakładając oczywiście, że takowa się odbędzie (błagam, żeby tylko to chrzanione Euro wszystkiego nie popsuło!). Jeszcze Avil mnie ciągnie na koncert zespołu, o którym nie mam bladego pojęcia - ale co tam, wakacje są od tego, żeby popełniać szaleństwa. Tym bardziej, że to byłoby darmowe szaleństwo.

A propos Euro - Rosyyyyaaaa! Przepraszam, od pewnego czasu odwala mi rosyjsko, a to wczorajsze dwa zero (i to w jakim stylu!) to po prostu poezja była. A pamiętajcie, że ja przecież nie znoszę futbolu.

Od poniedziałku koniec z zasuwaniem jak mały motorek - leżę, leniuchuję, robię tylko to, co chcę. No i uczę się norweskiego, ale tego też pragnę. Podobnie jak innych rzeczy z listy tych, które planuję czynić przez wakacje. Chociażby uroczy podpunkt "spotkania ze znajomymi" - takowych jest cała lista, będzie trzeba znaleźć czas dla ludu.

Ups, właśnie sobie uświadomiłam, że balanga u Szwejka może mieć nieprzewidziane konsekwencje. Pamiętacie, jak się zaczynał TWS? Ludzie siedzieli w pubie i oglądali GP, kiedy wtargnął Polak i ukradł Puchara - a to wszystko działo się w trakcie wielkiej, piłkarskiej imprezy. Mam nadzieję, że TWS przestał się spełniać...

Ach, ale relacji na gorąco ani z dzisiejszej balangi, ani z magicznego weekendu nie będzie - bo nie wiem, kiedy uda mi się podłączyć komputer. Ale myślicie, że w obecnej sytuacji coś tak marginalnego może mi zepsuć humor? Niedoczekanie!

Goodbye, Warsaw:

Chcecie wiedzieć, jak się bawi najlepsze gimnazjum w Polsce (matko, ile razy ja dziś słyszałam tę wieść, obwieszczaną triumfalnie przez wszystkie możliwe osoby)? Ano, jak na elytarną szkołę przystało. Catering, kelnerzy, jedna z klas zamieniona na ten wieczór w salę bankietową... Przypomina mi się wesele Jarka. Tylko na weselu, niestety, nie było możliwości ucieczki na patio lub w ciemne korytarze. I na weselu, na szczęście, nie było tak dużej eksploatacji chusteczek higienicznych.

Ale o czym my rozmawiamy? Przecież to była nie tylko wielka impreza pożegnalna, ale też ciche, kameralne pożegnanie z Warszawą pewnej pannicy, która prędzej myśli niż mówi. Złamałam zasady,dostałam się na drugi rok (podobno to jedyny przypadek w historii, ale my w takie informacje nie wierzymy), byłam "tą z prowincji" - a wyrosłam na pełnoprawnego członka batorackiej rodziny. Oczywiście, moje pożegnanie nie było tak efektowne jak w wizjach (zwłaszcza tej najbardziej urokliwej, w której w momencie wejścia na scenę zrzucałam skórzaną kurtkę i ukazywałam światu napis na bluzce brzmiący "Słudzy Batorego to legalna mafija"), ale i tak wyszło całkiem ciekawie - niechcący, oczywiście. Zagapiłam się i cola powędrowała na śnieżnobiały obrus, a kelner o fizjonomii Marka Selby'ego przez następny kwadrans powtarzał mi, że nic się nie stało.

Wracam bogata w batorackie trofea oraz bony do Empiku (oryginalna nagroda, nie ma co) - ale też z nadzieją. Chociaż tę ostatnią wolałabym uśpić, przynajmniej na miesiąc. A potem... Cóż, zobaczymy. Życzcie szczęścia, bez wątpienia się przyda.
_______________
*mój komputer, jakby ktoś pytał.



Lill, ta fioletowa 19/06/2008 12:38:51 [komentarzy 10] Jakieś pytania?

151. Czas dorosnąć.

Niula: Jaki ty masz zakurzony komputer! Posprzątałabyś na nim!
Ja: A po ki czort, skoro i tak za cztery dni stąd wyjeżdżam?


Gdyby nie to, że z natury rzeczy nie pijam kawy, poszłabym do CoffeeHeaven i zamówiła jakiś gigantyczny kubeł, wiadro może tego ożywczego napoju. Mam ogromniastego kaca (to znaczy, sądzę, że tak właśnie kac wygląda - chociaż od wizyty w Niemczech nawet kropelki wina nie wypiłam), myśli rozsadzają mi głowę, a na dodatek nie mogę spać. Z tego dziwnego stanu wybudziłam się o siódmej, twardo utrzymując, że to ósma, a potem godzinę dospałam w rodzinnych pieleszach, słuchając tego, co się wokół mnie dzieje. Uroczo, nie sądzicie?

Moja świadomość całkiem słusznie twierdzi, że istnieją rzeczy, które nie mają prawa się zdarzyć. Do takowych zalicza się chociażby fakt wydania przeze mnie powieści. Temat jak bumerang, jak daleko bym go nie wyrzuciła, zawsze powraca. Jako że w tej materii od wieków nic się nie dzieje, a wydawnictwa zaczęły mnie już zwyczajnie ignorować (też bym tak zrobiła na ich miejscu, nawiasem mówiąc). Podświadomość twierdzi jednak uparcie, że sytuacje, które nie mają prawa się zdarzyć, najzwyczajniej w świecie zdarzają się bezprawnie. Coś w tym jest.

Chociażby wczoraj - on-nie-miał-prawa-tego-wygrać! A wygrał. Bezprawnie. To znaczy, tak gwoli ścisłości to za błogosławieństwem RealPlayera, który przed samym końcem finału puścił "Do przodu, Polsko", a gdy jak oparzona przełączyłam na następną piosenkę, z głośników popłynęło "Back home". Jak ktoś nie pamięta, to radzę zerknąć do poprzedniej notki, co ja o tej piosence mówiłam. No, ale dobrze, że chociaż jeden punkt przewagi więcej, nie mam właściwie na co narzekać.

Porzucając ten ponury cokolwiek (mimo wszystko) temat, odkryłam dziś rzecz straszliwą. Postanowiłam wreszcie zrobić porządek w folderze "temporary" i poukładać jakoś logicznie te pliki. Oczywiście, przy przerzucaniu zaczątków wszelkiej twórczości literackiej musiałam się w niej zaczytać. Z przerażeniem niejakim odkryłam, iźli... podoba mi się to! Może nie jest rewelacyjne, ale dobrze mi się czyta chociażby "Hellracera" (od razu musiałam w Szkicowniku doskrobać projekt jednej sceny, której wizja mnie nawiedziła) czy "Pflegera" (aż szkoda, że chwilowo nie mogę go kontynuować). To straszne, nie uważacie? Moment, gdy twórcy zaczyna się podobać jego twórczość, to Początek Końca. A ja jestem jeszcze za młoda na koniec twórczy!

Rozpisałam się bardziej niż chciałam, muszę przyznać. Bardziej nawet niż planowałam w najbardziej rozbudowanym wariancie. Ale w tym szaleństwie jest metoda - macie co czytać, gdy ja zniknę ze świata Internetu. Zdemobilizowałam się i zdezorganizowałam okrutnie ostatnio. Muszę wszystko na nowo poukładać, ustalić jakiś logiczny plan działania, a przede wszystkim - spakować się na nowe życie. Od jutra do wtorkowego wieczora nie szukajcie mnie, nie czekajcie na gadu-gadu, nie ślijcie smsów. Rok temu też uciekłam na dwa dni - i okazało się to zbawienne w skutkach, zatem czemu by nie spróbować drugi raz.

To tylko dwa dni. Albo aż dwa dni - zależy od spojrzenia na życie. Dla mnie, tak sądzę, będzie to coś pośrodku.

Lill, ta fioletowa 15/06/2008 15:13:52 [komentarzy 5] Jakieś pytania?

150. Droga na drugi koniec tęczy.

Tak właściwie to dopiero dzisiaj poczułam, jaka ja jestem wykończona. Trzy tygodnie życia na autopilocie, dwa tygodnie przemęczenia fizycznego... i dwa tygodnie bez "telefonu do przyjaciela", co odbiło się znacząco na psychice. Byle do niedzieli.

Z tego wszystkiego nie poszłam do buka (i już nie zdążę, bo kluczy brak, a towarzystwo się wybrało do hipermarketu), o kinie to nawet nie śnię i nie posiadam ni krztyny gumy do żucia, bo całą rozdysponowałam. Strach się bać, co z tego wyniknie - byle tylko nie słuchać "Flugzeuge im Bauch", "Zapomnij o tym" oraz "Back home" (bo na to ostatnie wygrywa Timo Groźny). Przypominają się gdzieś tam w odległych zakamrkach mózgu zamierzchłe czasy, Noce Cudów, żużel, guma i śpiew, jakoś tak tęskno za tym i smutno. Uwaga, może nie powinnam tego mówić - kiedy tak powiedziałam dwa lata temu, to... No, zresztą sami wiecie.

Alegorię widzę wszędzie, ale trudno jej nie dostrzegać, jak bluzka z Lwem wypada z szafy samoczynnie, przypomina mi się The Power of The Lion na religii i znów irracjonalna nadzieja, że Moc Lwa jeszcze trochę pociągnie. Tudzież Orła, to przecież to samo.

Jak widać, mam głupawkę przedgrandprixową - co się dziwić, przecież to pierwszy esgep od czasów Nocy Wariatów, mam prawo się stresować (i konsumować z tego stresu kolację o wpół do piątej po południu).

Nawiasem mówiąc:

Ziemo 16:33:29
mnie te muchy już tak denerwują, że oszaleję za chwilę

Lill 16:34:32
to znak! znaków się nie zabija

(...)

Ziemo 16:35:50
pogryzły mnie, skubane

Lill 16:36:38
muchy?

Ziemo 16:36:54
no, muchy, muchy

Lill 16:37:50
muchy, muchy... muchy, muchy... *nuci na próbę* ej, to niezłe na piosenkę
(...)

Ziemo 16:40:16
pierwsza poniosła właśnie śmierć

Lill 16:40:35
a nie myślałeś, że może właśnie zabijasz Byka?

Ziemo 16:41:03
na moje to była Kaczka

Lill 16:41:57
a może Orzeł?

Ziemo 16:42:15
Orzeł zwiał

Mam nadzieję, że to naprawdę była Kaczka - bo w przeciwnym razie zapowiadałoby się "F... the Duck", epejsodion drugi. Niee, nie chcę o tym nawet słyszeć!

Wiem, szczęście było już silnie eksploatowane przy okazji religii (ksiądz uwierzył w końcu, że konsultacje były, ale przed lekcją), geografii (z wiedzą bliską zeru udało się zaliczyć - cud) i historii (mdlałam, tępym wzrokiem wpatrując się w długopis skrobiący w dzienniku "celujący"), ale mogłoby pociągnąć jeszcze do jakiejś dziesiątej (bo maratonu po raz drugi z rzędu sobie nie życzymy). A co będzie potem, to już się zobaczy.

Dzisiaj nie myślę o niczym (nie mylić z Niczym), jutro pomartwię się, że koniec końców zabrakło mi czasu aby zrobić Coś (no chyba, że w ramach wielkiego pożegnania rzucę się pod karawan, tak dla oszczędności). Przecież i tak nikt by mnie nie zapamiętał.

Nikt, szefowo?

Tak, Edgar. Zupełnie nikt. Ale teraz kit z tym, pomyślimy jutro. Jutro... Albo będzie pięknie, albo "pieprznie się wszystko w niebyt i hulaj dusza", cytując.

Lill 16:49:51
Żużlu, miłości moja! *Śmierdź wsadza jej do rąk czaszkę*

Lill 16:49:58
Ej, co ja, Hamlecica jestem?


DOPISEK PARĘ MINUT PÓŹNIEJ

Nie dotrwam. Jak babcię w kapcie, nie dotrwam - nosi mnie, okno otworzyłam i zaraz wydrę się nie do końca cenzuralnie, że niech to szwajcarskie wieczorki w Kopenhadze i w ogóle [wym. "fogle"]. Wody! Ognia! Powietrza! Mdleję *demonstracyjnie mdleje*.

Jeszcze dwie godziny. Dlaczego ten czas tak się wlecze?

Przepraszam, odwala mi. To się źle skończy, mówię Wam i powiadam. No, ale dobra, płakać będziem jutro, bo Cerekwicka nie miała racji, śpiewając "nie będę płakać już za nikim".

Tak, to była aluzja.

Wiem! Flaga!Flaga Vanisha! To moja ostatnia deska ratunku *tempem Korzenia zasuwa po flagę*

Lill, ta fioletowa 14/06/2008 16:57:51 [komentarzy 37] Jakieś pytania?

149. Historia dzieli się na dzieje i nadzieję.

Na fizyce oglądamy film o produkcji czegoś-tam (mniejsza o to). Z racji pochrzanionego rzutnika, chłopcy ustawiają na biurku monitor i oglądamy bezpośrednio z monitora. Wspomniany co chwilę traci obraz.
Ekran robi się czarny.
Chris: Łup! (puka w monitor)
Obraz powraca.
Chwilę później ekran znów robi się czarny.
Tomek: Łup! (też puka)
Obraz powraca. Tak jeszcze kilka razy, aż obraz powraca niemal całkowicie.
Tomek z zadowoleniem głaszcze monitor.
W tym momencie ekran robi się czarny.


A jeden z twórców hiszpańskiego renesansu kulturalnego pochodził z... Pragi. Nie, no, żart to był, acz faktycznie pomylenie Bragi z Pragą jest jak najbardziej uzasadnione. Sama bym pomyliła, gdybym pisała tę klasówkę. W końcu to mi zawsze wszystko się kojarzy, to ja po angielsku licencjat piszę z "t" w środku, to ja na próbnym prawiłam mądrości o "zagarach" (a chodziło o Bogu ducha winne zegary)
i to ja wybuchłam śmiechem, zapytana o słowo "vanish". Mniejsza o to (jak to powiedziała Anastazja po mojej sugestii, iźli nasze przedstawienie jest jednak o Nepalu).

Ta sama fizyka.
Głos z ekranu: Bla bla bla... skóra...
Lill do Em: Ale SKÓRA to taki żużlowiec jest!
Głos z ekranu: W skórę wciera się mieszaninę wody i krochmalu
Lill i Em: Oż!


W materii speedway'owej dalej jest podejrzanie nieźle, to znaczy od... hmmm... od dnia Vanisha nie było powodów do narzekań, a i wtedy powody były raczej solidnie naciągane. Pocieszające, że chociaż tym nie muszę się martwić - bowiem do piątku muszę zajmować łepetynę innymi, dziwnymi dość rzeczami. A jutro, ratujcie mnie, wyniki z historii. Jak pan M. zobaczył moją klasówkę, chyba jednak się wycofał z wystawienia mi piątki na koniec, bo bzdury, jakie tam naplotłam, to poezja.

– Rudy – stwierdził z niezachwianą pewnością smok. Teraz rycerz siedział na posadzce z podkurczonymi nogami i kiwał się w tył i w przód, jakby miał chorobę sierocą. Co jakiś czas otwierał usta, a z jego gardła wydobywał się nieartykułowany bełkot. Smok poprawił okulary.
– W czym mogę ci pomóc? – zapytał powoli, wyraźnie wymawiając każde słowo. Sens pytania chyba dotarł do Rudego, bowiem rycerz na chwilę przestał się kiwać.
– Zjedz mnie – odrzekł cokolwiek niewyraźnie, lecz mimo wszystko zrozumiale. Zaskoczony smok zareagował najzupełniej poprawnie.
– Chcesz herbatki?

(JL, "Przepis na wroga")

Wciąż uznaję, że błysku nie stwierdzono. Ale nie można go było stwierdzić, skoro od jakichś... dwóch miesięcy... nie miałam prawdziwego czasu na prawdziwe pisanie. Ale to już wkrótce się zmieni, jeszcze tylko trzy dni. CZY dni.

(Do CZECH? Do CZECH to ja mam za darmo!)

Ja wprawdzie za darmo nie mam, ale bilety są, hotel już prawie opłacony, tylko modlić się, żeby Niulę wywalili z roboty i żeby miała wolny ten trzydziesty pierwszy lipca. To byłoby... bardzo pożądane.

pan. L o tekście Warszawianki: Jakieś zboczone te słowa...

A RealPlayer to mądre bydlę jest. Nadaje nowy wymiar pojęciu sztucznej inteligencji. Dowody?
Gdy ze skryptu uczę się o papieżach w średniowieczu, w głośnikach słyszę, że "słudzy Watykanu to legalna mafija".
Gdy Kubica wygrywa w Kanadzie (to było prawdziwe Polska-Niemcy - BMW plus Kubica), z głośników płynie "Stand up for the champion".
A kiedy nasze Oreły (przypominające raczej TheRunningEagle, jeśli wiecie, o czym mówię) próbują strzelić bramkę "złym Niemcom", Marek Torzewski zagrzewa ich do boju wprost z RealPlayera.
To jakaś magija.



Lill, ta fioletowa 10/06/2008 21:18:33 [komentarzy 5] Jakieś pytania?

148. Coś krótkiego.

Wiecie, co jest fajnego w serialach? To, że tam wszystko kończy się dobrze, a bohaterowie wychodzą obronną ręką nawet z najczarniejszych sytuacji. Mi to w dziwny sposób daje nadzieję, jakoś tak podbudowuje duchowo... Albo zwyczajnie próbuję się usprawiedliwić, bo zamiast ambitnie romansować z polską gospodarką, przez całe przedpołudnie oglądałam "39 i pół" i "Teraz albo nigdy".

Co tam, od czasu do czasu można spędzić bezproduktywnie kilka chwil, prawda?

Martwi mnie, że piszę już bez błysku, bez czegoś szczególnego. Jeszcze z kwietniowej "Księgi" jestem dumna, jeszcze drugi rozdział Pflegera (maj) da się przetrawić, ale już przy "Pocztówce z Eskilstuny" wysiadam, jakieś to mdłe, bezpłciowe i bez konceptu. Zainteresowani mogą przekonać się na własne oczy >tutaj<

A co jest najgorsze, to to, że jakoś nie umiem się zmobilizować do napisania CZEGOŚ. Przynajmniej nie teraz - wiecie, czerwiec, pogoda rozleniwia, mokry pies śmierdzi obok biurka, a polskie rolnictwo skrzeczy w kącie i domaga się uwagi. Powiedzcie mi szczerze, po co komu informacja, że średnia powierzchnia gospodarstwa rolnego w naszym "ślicznym" kraju wynosi 8,2 hektara? Bo ja w tym jakoś siebie nie widzę. No i mam lepsze zajęcia, typu gimnastyka poranno-południowa, która wciąga coraz bardziej albo też oglądanie drugiego sezonu "Zero no Tsukaimy" *serduszka prosimy*. Oprócz tego jeszcze sapiący jak, czyli przedstawienie o Nepalu (liczę, że ruszymy z tym jutro). A reszta... No, z reszty mamy przede wszystkim żużel *serduszka razy dwa*.

Nawiasem mówiąc, uśmiałam się pierwszorzędnie przy "rosyjskiej akcji" w piątek. Znowu ta Rosja... Ona już wszędzie się wciśnie. No, ale najważniejsze, że mimo wszystko Czewa wygrała, tylko szkoda, że tak wysoko. Widzicie, tak to jest, jak człowiek lubi i Częstochowę (chociaż Jasnej Góry już niespecjalnie), i Rzeszów.

Zupełnie bez związku, przeglądałam sobie ostatnio stare rozmowy na gadu-gadu (kochajcie szósty zmysł, który kazał mi wrzucić archiwum na dysk wymienny). Ciekawych rzeczy się człowiek dowiaduje - choćby kulisów "kwestii odbierania telefonów", jaka była reakcja Ziema oraz moja na Mendę (ta najpierwsza reakcja) albo dlaczego nie warto się wiązać z żużlowcami. I mój słynny "tusz do powiek", czyli jak zdenerwowana Lill plotła bzdury. Kawał historii, nie ma to tamto. Gdybym kiedyś planowała napisać autobiografię, w tym jednym archiwum mam praktycznie wszystko, czego mi do szczęścia trzeba.

Poza wszystkim, pociesza mnie myśl, że najprawdopodobniej już we wtorek będę miała spokój absolutnie ze wszystkim i pozostanie mi tylko pełne niecierpliwości oczekiwanie na wyniki egzaminu, a także sprawdzenie ostatnich klasówek. Uff, nareszcie.

Lill, ta fioletowa 8/06/2008 16:08:38 [komentarzy 4] Jakieś pytania?

147. A to wszystko za oknami tylko mi się śni...

Moje życie jest niewyobrażalnie utalentowane - bo to faktycznie trzeba mieć talent, żeby w momentach, gdy już wszystko idzie ku lepszemu, rzucić pod nogi kolejną kłodę. A ja się o nią potknę, bo ledwie stoję, a co dopiero mówić o chodzeniu.

Słucham Vanillek i zaczyna mi być cholernie wszystko jedno. Chociaż świat jest wobec mnie wredny, a ja naiwnie wierzę, że to tylko chwila... Nie, to nie chwila, to mój kraj. Chrzanić kraj. Chrzanić wszystko.

Wczoraj wysadziło mi komputer w powietrze. Nie dosłownie, oczywiście, ale mniej więcej tak to się zaczęło. Nie, wcale się nie przejmuję tym, że zmiotło mi w kosmos połowę bezcennej playlisty, odcinek "The Raccoons" (ściągany przez pół dnia) i kwiatki typu "został brązowym MEDALISTOM". W końcu zawsze mogło być gorzej, a dzięki niezawodnemu duetowi komp-speców Lill&Bezprawny udało się odzyskać powtórki z FIM SGP i listę wydawnictw. Ale i tak mi ciutkę z tym wszystkim łyso - chociaż przynajmniej pulpit się wyczyścił...

I wcale się nie przejmuję tym, że chyba złapałam jakieś świństwo albo zwyczajnie powoli opadam z sił. I wcale, ale to wcale nie przejmuję się tym, że w tej cholernej szkole nikt nigdy nie dba o mój interes i sama muszę wszystko załatwić (choćby słaniając się na nogach). To przecież takie nieistotne, prawda?

PRAWDA?!

Na osłodę pozostaje tylko ten przedziwny sen, w którym znowu byłam narratorem wszechwiedzącym, grającym w dziwaczną grę komputerową. Szkoda, nawiasem mówiąc, że taka gra nie istnieje naprawdę, bo byłoby wesoło (zwłaszcza biorąc pod uwagę burdę w knajpie i rzucającą siekierami dziewoję). Jest za to pole do popisu w kwestii stworzenia absurdu stulecia, z Rudym, Jacusiem i Księżniczką w rolach głównych. Gorzej, że każdy z tych bohaterów (przynajmniej z nazwy) diablo mi się kojarzy, a już zwłaszcza, że Jacuś był fanatykiem, Księżniczka "cichą wodą", a Rudego można by uznać za brata bliźniaka pewnego australijskiego żużlowca.

A propos.
Lill: Znam jedną osobę, która ma gorszy charakter pisma ode mnie.
Em* (z błyskiem w oku): Hm?
Lill (zmieszana): No, może nie jedną, są jeszcze australijscy żużlowcy... (po dłuższej chwili; zdecydowanie) Ale to nie ludzie!

Argh, niech ktoś mi wytnie z życiorysu najbliższy tydzień, ślicznie proszę. Mi już jest wszystko jedno, naprawdę, byleby tylko zszedł ze mnie ten stres... Och, i znowu zachowuję się jak główny bohater "Błękitnej niepewności". Ktoś kiedyś twierdził, że ta historia nie jest o mnie?

Historia? Nieee... Historia poszła tragicznie. Bez komentarza, dziś wywiadów nie udzielam.

Jeszcze tylko hotel w Pradze, Nepal (i sapiący jak), wgrać RealPlayera, nauczyć się do dwóch klasówek, kupić COŚ i wysłać Wroga. Za dużo jak na jedną, chorą głowę.
_______________
*to była Em, prawda?


Lill, ta fioletowa 6/06/2008 15:03:17 [komentarzy 6] Jakieś pytania?

Stare papierki
2015
Marzec
2014
Czerwiec
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2013
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2012
Wrzesień
Lipiec
Czerwiec
Kwiecień
Marzec
Styczeń
2011
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2010
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2009
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2008
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2007
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń

Galeria twarzy
Kiimi
Ziemo
Jah
Avil
An-Nah
Garcinda
Ada
Schmittka
Cineva
Mal
Mestari

Autobiografia
(klik)

Notka
Zdjęcie na szablonie własne. Słowa też moje. Szablon przejściowy. Czcionka z Serwisu.
Chcesz coś? Poproś.