Zobacz wszytkie serwisy JOE.pl
blogiblog4u.pl blogiblogasek.pl katalog stronwjo.pl avataryavatary.ork.pl czcionkiczcionki.joe.pl aliasydai.pl, ork.pl, j6.pl tapety tapety.joe.pl obrazkiobrazki na NK
Online: ---
zdrowie i choroby nieruchomości na mapie
Pamiętnik pewnej Okrrropnej Kreatury.
Szablon

146. Never ever get that far

- Idiotka!
Splunięcie.
- Kretynka!
Splunięcie.
- Niszczysz sobie życie, wiesz?
Splunięcie.
- Choć raz w życiu ciesz się tym, co masz!
Spojrzenie w lustro, ogień w oczach. Odbicie milczy.

Zaświadczam oficjalnie i przy świadkach, że to co napisałam wcześniej - choć niezaprzeczalnie prawdziwe - zostało usunięte z powodu zasmucania mi bloga i niepasowania do aktualnego nastroju. Keep smiling!

Wiecie... Ja słyszałam, że podobno człowiek może się uzależnić od ćwiczeń fizycznych. Ale żeby tak w jeden dzień? Jakem Krowa, zapewniam, że gimnastykę zaczęłam dziś o poranku i dziś o poranku było jeszcze dobrze. A wieczorem - warszawska masakra ogonem Rudolfiny! Zwłaszcza "przesiady", których w rezultacie wyszło ponad sto, jeszcze z przekłamaniami, że to niby połowa się nie liczy, bo coś tam. I, co najdziwniejsze, w ogóle nie jestem zmęczona. Ani gimnastyką, ani krążeniem niczym Vlad dookoła Złotych Tarasów (nie pytajcie). Najwyraźniej świat postanowił zwariować, a na efekty takich postanowień nie trzeba długo czekać.

Było dokładnie trzynaście minut po jedenastej - a przynajmniej tak zaspanym głosem obwieścił przemiły pan z radia - gdy Baśka stwierdziła, że coś jej się nie podoba w wystroju sypialni. Właściwie, stwierdziła to tylko dlatego, żeby zająć czymś myśli i zagłuszyć potrzebę opowiedzenia całemu światu o tym, kogo spotkała na promocji swojej powieści. Siła autosugestii jest, zaiste, potężna, bowiem dwie piosenki i blok reklamowy później miała ułożoną już całą listę skarg i zażaleń pod adresem pomieszczenia.
(JL, "Pocztówka z Eskilstuny")

Najwyraźniej mam sobie coś z Basi, bo też o takich porach robię listę skarg i zażaleń. Albo gorzej - robię PORZĄDKI. Teraz też bym zrobiłam, jednakowoż przeszkadza mi w tym wydatnie fakt taki, że niespecjalnie mam w czym robić porządek. Niedobitki literatury popularnonaukowej już w czwartek poustawiały się na półce niejako bez mojego udziału, rupieciarnia zionie pustką, a pięciu płyt na krzyż nie ma sensu układać w kolejności alfabetycznej ani w ogóle jakiejkolwiek. Z rozrywek pozostaje mi zatem oglądanie Zero no Tsukaimy *w tym momencie powinny pojawić się tandetne, różowe... wróć, czerwone serduszka* tudzież 39 i pół (chociaż to zostawiłam sobie na wakacje), ewentualnie granie w FIM SGP 3. Pisanie o tej porze odpada, zresztą zostawiłam w Domu rozpiskę rozdziałów "Pflegera", a zaczynanie czegoś innego w obecnej sytuacji mogłoby się niekorzystnie odbić na warstwie ocenowej. Z tego wszystkiego wygrzebałam wydruk "Siedmiu" i mniej więcej od pół godzin zajmuje mnie uważne obwąchiwanie go. Przyjemny ma zapach.

A propos Siedmiu - zabiły mnie odautorskie dopiski na marginesach typu "J.K.L. zna jedno czeskie imię" (bo miałam trzech Czechów i wszyscy mieli na imię Zdenek) albo "JA CHCĘ HALIEGO!". Zupełnie natomiast rozwalił mnie portret kozła z podpisem "Lars Morgensen - reinkarnacja". Biedny koziołek, nie jego wina, że Larsa przypomina, że tak rymem zalecę. Ale i tak umarłam z wrażenia. Na śmierć.

Śmierdź spod łóżka: Ktoś mnie wołał?

Właśnie - Śmierdź wrócił z emigracji i znowu wyskakuje spod łóżka w najbardziej emocjonujących momentach. Innymi słowy: wszystko wróciło do normy.

I bardzo dobrze, o!

Lill, ta fioletowa 31/05/2008 22:13:22 [komentarzy 90] Jakieś pytania?

145. It feels like I'm having the time of my life

To chyba taka reguła - kiedy już w niczym nie znajdujesz sensu i nigdzie nie masz ostoi, nagle zapala się takie maleńkie światełko w tunelu. A potem światełko wybucha i tworzy nową Gwiazdę Polarną, która od tej pory aż po kres Wszechświata wskazuje drogę i rozświetla życie w tych najczarniejszych chwilach.

Kulawa to nieco metafora, ale ja przecież nie jestem specjalistką od metafor, przecież kocham dosłowność... Nie dziś. Są rzeczy, o których nie umiem pisać dosłownie, bo brzmią wtedy trywialnie albo infantylnie. A to, że dzisiaj jest dla mnie Najważniejszy Dzień, ani trochę banalne nie jest. Kiedyś, niedawno właściwie, zastanawiałam się, gdzie bym dziś była i co robiła, gdyby nie to, co zdarzyło się dwudziestego siódmego maja 2005. Wniosek? Nie tylko, że nie byłoby mnie tu i teraz. Prawdopodobnie nie byłoby mnie w ogóle, ale to taka smutna refleksja, w którą nie wolno dziś się zagłębiać.

Właściwie świętowanie Najważniejszego Dnia powinnam przesunąć na czwartego sierpnia, bowiem to wtedy właśnie nastąpił moment przełomowy. Ale data to tylko symbol. A poza tym - od dnia, którego trzecią rocznicę dziś świętuję, zaczęło w mojej świadomości figurować takie pojęcie jak żużel. Mało tego, ono od samego początku znaczyło coś dobrego acz nieosiągalnego. Od tamtej pory wszystko zaczęło się zmieniać.

Pierwszym kamieniem milowym był wspomniany już czwarty sierpnia. Pierwsze obejrzane zawody i sławetny moment, gdy mało nie wybuchłam ze złości, bo w połowie arcyważnego biegu zamazali mi Canal+. A wiecie, wtedy jeszcze nie miałam daru odczytywania mazów. Wtedy to nawet jeszcze nie było pojęcia "mazy"! Stare, strasznie stare dzieje. Od tamtej pory niewinny flirt ze speedway'em zaczął przeradzać się w poważną obsesję, o czym nie miałam jeszcze zielonego pojęcia. Ale gdybym miała, chyba bym nie interweniowała w bieg dziejów. I całe szczęście.

Potem były pierwsze obejrzane świadomie mazy - ale i tak wtedy nie było tak jak dziś, bo po każdym wyścigu musiałam wyłączać telewizor, żeby mi wzrok nie wysiadł. I było w miarę niewinnie, oczywiście, pomijając absolutnie nieistotne epizody związane na przykład z podskakiwaniem na balkonie u dziadków i innymi niedorzecznościami. Niewinnie było aż do tamtego dnia, dnia, o którym pisałam już w lutym (notka 116, "Zdrada?") i wolałabym się nie powtarzać. Dziś pamiętam już tylko sudoku i Sylvera w zepsutym magnetofonie - wszystko inne przerodziło się w symbol, jakąś bliżej nieokreśloną alegorię dla czegoś, co kiedyś było i przeminęło.

Zima minęła spokojnie, chociaż już w styczniu coś we mnie piszczało, gorąco domagając się speedway'a. A nawet nieco wcześniej.

Otóż rano, gdy Niula opuściła naszą norkę, udając się do francuskiego przybytku globalizacji (zwanego powszechnie hipermarketem), zatęskniłam za żużlem. Jako, że jestem abstynentką i alkohol nie zdołał jeszcze wyniszczyć moich szarych komórek (wyniszcza je sukcesywnie co innego), inteligentnie pomyślałam o kasecie video.*

Byłam w tym przybytku. I odkryłam że słone paluszki i lody Magnum kojarz± mi się z żużlem. Ale co mi się z nim nie kojarzy?**

Mniej więcej to dręczyło mnie w "przerwie zimowej". Jeszcze żużel na lodzie, czyli jak z MMW dostałyśmy sławko-głupawki, zaś Miedziak został nazwany "Basieńką". A potem wszystko wybuchło jeszcze silniej niż myślałam. Już od marca. Złote czasy to były - noce spędzane przy świętej pamięci laptopie Bezprawnego, oglądanie speedway'owych fot i dręczenie relacji live na brytyjskim forum. Znów miała się rzecz niewinnie, oczywiście do czasu, gdy nastąpiła "wielka kłótnia" (która tak naprawdę polegała głównie na moim wielkim żalu), a zaraz po niej zaczątek Asów Speedway'a. I jednocześnie zaczątek wszystkiego.

Dobrze, miało być o żużlu, to będzie stricte o żużlu, bo z reszty możnaby stworzyć epopeję ("Żużlu, miłości moja..."). Nastał więc dwudziesty drugi kwietnia, pierwsze mazy anno Domini 2006. I Pierwsza Noc Cudów. Jak ktoś ma ochotę powspominać szczegóły, to zapraszam prywatnie, mam zachowaną całą notkę z tamtych czasów. Zaraz potem objawił się trzydziesty kwietnia i mój pierwszy w życiu wypad na żużel.

Cała szanowna familia po cichu liczyła na to, że kiedy zobaczę speedway na żywo, stanowczo mi się go odechce. Niestety, będę musiała ich rozczarować. Bo to jest to, na co czekałam całe życie! Mnie naprawdę nakręca warkot silnika i zapach spalin.

I takie wyścigi jak ten ostatni. Czysta poezja.
***

A potem... Grand Prix, sławetne klękanie przed Johnem Jorgensenem, wykręcona kostka i mądrości wrocławskiego taksówkarza. Dopiero na długo później zdałam sobie sprawę, jakie to wszystko było cudowne.

Kibice: Adams, Adams, Unia górą!
Bezprawny: A ci co? Z Tarnowa?
Lill: Boże broń, z Leszna! Obraziliby się na ciebie, jakbyś ich tak spytał...
****

To, co działo się później, niekoniecznie bywało cudowne. To znaczy, w sensie żużla jako takiego było, ale biorąc pod uwagę to, co działo się w esgepach i jak ja to przeżywałam ("jak żaba suszę, cytując Bezprawnego), nie dziwota, że chciałam rzucić to wszystko w diabły. Ale się nie dało, za bardzo się zakochałam, zbyt wiele serca włożyłam w to, żeby móc się wycofać. Czasem myślę, że byłam bliska popełnienia największego błędu w moim życiu.

Wakacje za to były piękne. Tak, tak, piękne. Zwłaszcza oglądanie u dziadków poMAZAnego DPŚ, spotkanie rodzinne podczas finału i tłuczeniem komarów na suficie ciemną nocą. Wtedy właśnie nastąpiła Druga Noc Cudów. I wtedy też spaliłam świerszcza pod lampą, albowiem nie miałam świadomości, iźli on się tam znajduje.

Trwało to wszystko aż do końca "sierpniowych wieczorów", zwieńczonych Nocą Pedersenów Agresywnych i ponurymi rozważaniami o przyszłości. Sierpniowego, deszczowego popołudnia wyjeżdżałam z Torunia z żużlem w głowie.

Może przesadzam, ale przez kilka następnych miesięcy speedway był jedynym, co naprawdę trzymało mnie przy życiu. Jakkolwiek przewrotnie by to nie brzmiało, biorąc pod uwagę, że działo się to w czasach, kiedy tylko cud mógł odratować Apatora. I zdarzył się ów cud, właściwie w najmniej dla mnie spodziewanym momencie. A zaraz po nim (a może jeszcze przed) było szczęście za pięćdziesiąt złotych i... I coś jeszcze. Coś, o czym wiemy tylko my dwie - Ruduś i ja. Mogę Wam tylko zdradzić, że Sylwester 2006 okazał się proroczy.

Co było potem? Wydaje mi się, że powinniście to wiedzieć. A jeśli nie wiecie, zawsze możecie przeczytać, bo na całe szczęście, to juz jest historia najnowsza, którą opisałam w większości tutaj właśnie, na Świerszczu.

I pomyśleć, że głupi przypadek trzy lata temu był w stanie odmienić całe moje życie...
___________________________
*44ever.notki.pl, 29.12.05
**j.w., 28.01.06
***j.w., 30.04.06
****z rozmów na Grand Prix we Wrocku '06

Lill, ta fioletowa 27/05/2008 11:26:36 [komentarzy 8] Jakieś pytania?

144. Ich habe vertrauen!

Może to nie było najważniejsze, może i nie najbardziej zrozumiałe... Ale wstrząsnęło mną solidnie, nie wiem czemu. Psychodeliczny sen, ta scena, te znajome okoliczności, ten samochód. I zdziwienie dla mnie samej, kto siedział w tym samochodzie. Z całym szacunkiem dla pewnych osobistości, ale ja nie chcę, żeby to się spełniło, nie i już.

Przepraszam, gadam od rzeczy. No, już, już się uspokajam.

Wczoraj było niesamowicie. Od tego roku Bardzo Ważny Dzień staje się oficjalnie Dniem Wariatów (i Nocą przy okazji). Ale od początku, bo tutaj chronologia jest istotna. A na początku był chaos, Gołąb Tomasz i siedzenie na ławeczce pod Koprem. Oczywiście, znowu potrzebujący się napatoczył ("teraz twoja kolej") i wychodzi na to, że następnym razem znowu to ja będę musiała ruszyć żelazne rezerwy. Trudno się mówi i jedzie się dalej *wsiada na motór i jedzie*.

A potem ledwie zdążylyśmy - kochajmy TT (toruńskie tramwaje), a konkretnie kochaną jedynkę, która wywiozła nas na jakąś dziką pustynię, skąd musiałyśmy tempem Korzenia zasuwać na stadion. No, ale zdążyłyśmy! Nawet wepchnęłyśmy się na trybunę VIPowską (a co, jak imieniny, to imieniny!), co potem okazało się jednak sporym błędem, bo sędzia ryczał tuż nad naszymi głowami. Co nie zmienia faktu, że ubawiłyśmy się pierwszorzędnie. O wrażeniach czysto sportowych cicho-sza, bo to będzie dziś/jutro w moim felietonie na Asach. A pozasportowe... No wiecie, dwie wariatki plus żużel plus takie okoliczności - to musiało się dziwnie skończyć. Wyszło na to, że na toruńskim torze rosną buraki ("slalom przez buraki"), jeden z oficjeli (niestety, nie doszłyśmy jego personaliów) kosi coś pod taśmą, polewaczka polewa naweirzchnię piwem ("To dlatego tylu się wywraca!"), a traktor stanowi symbol przyjaźni polsko-ukraińskiej i ukradną go nam w 2012. Wesoło, czyż nie?

Poza tym, był jeszcze motyw "odporwania", czyli jak Lill miała halucynacje i wydawało jej się, że z karetki, w której leżał Kobrin ("skoro Stalin to człowiek ze stali, to Kobrin to, przepraszam, człowiek z kobry?!"), wyjęto szybę. A potem, o dziwo, Kobrina faktycznie tam nie było. Powstała z tego legenda, a z legendy pomysł na absurd. Absurd absurdalny szalenie ("widział pan Rosjanina?") i traktujący (znowu!) o ruskiej mafii. Postępująca rusyfikacja, nie ma co. (Tym bardziej, że dziś Bezpr. gadał mi coś o jakimś Saszy)

A wieczorem było już całkiem wesoło. Na dowód, zamiast jakiejś suchej i trzeszczącej relacji, garść tekstów:
1. Po zwycięstwie Timki.
Lill: Boże, chroń królową... przed Gollobem.

2. Z Babcią o gejach i nie tylko.
Lill: Ja tam Hansa nie kocham!
Babcia: A Ziemo?
Lill: Też nie, przez wzgląd na mnie.
Babcia: Ale jeśli kocha Hansa, to nie ma względu na ciebie.
Lill: Zasiałaś wątpliwość w mym sercu. Czekaj, spytam.
[SMS do: Ziemo}: Kochasz Hansa?

3. O wypadku.
Lill: No, to się R.I.P.-li

4.Po kontuzji Iversena i upadku Andersena.
Lill (śpiewa): Pochodem idziemy, żużlowa gromada, a duńska kadra nam się rozpada...

5. Po którymś wypadku.
Lill: wiem, komu wpisać "w"!
Babcia: Wpisałaś mu "wół"?

6. Lill: Każdy z [żużlowców] to jest takie ciacho do schrupania... mam dziś kulinarne zapędy.

7. Lill próbuje odkryć, kto jest w studio, a babcia głośno myśli o wuju Jarosławie.
Lill: To Jarek [Hampel]!
Babcia: Miał dzwonić...
Lill: Ale nie dzwoni, bo w studio siedzi!
(Potem się okazało, że to jednak nie był Hampel, ale to szczegół)

Ach, i moje ucho przyzwyczaja się do częstotliwości zamazanego Canal+. W ciągu trzech lat nauczyłam się idealnie niemal widzieć, co się aktualnie dzieje, teraz jeszcze dorzucić do tego dźwięk i żyć nie umierać!

Potem było równie wesoło, gdy mnie Chorwacja do spółki z Emką wołała, aż w końcu porzuciłam mega-dlugie Grand Prix i grzecznie zajęłam się kwestią eurowizyjną. Odkryłam przy okazji, że orzechy (oraz Orzechy) nie mają poczucia humoru, ale to tak na marginesie. I chcę płytę eurowizyjną, o! Obiecałam sobie, że jak dostanę na koniec szóstkę z chemii albo fizyki, to wyciągnę żelazne rezerwy i kupię tę nieszczęsną płytę.

I tak przy okazji - kto ma ambicje, żeby pojechać na Eurowizję? Bo mam tekst, melodię, choreografię i kostiumy, a sama nie pojadę, bo Eurow. jest zawsze tego samego dnia co esgepy, więc lojalność żużlowa mi nie pozwala *uśmiecha się słodko, żeby nikt nie zauważył, że wyłazi zboczeństwo*

A propos lojalności - czy to, że cieszyłam się jak głupia ze zwycięstwa Holty, to już zdrada przekonań?
(Btw. 24.05.'08, godz. 15:30.
Lill: Czego ja chcę? Mój idol już jest mistrzem, a mój numer dwa to nawet Grand Prix nie wygra...)

Nie ma co, to był Dzień Wariatów. Niech mi ktoś napisze usprawiedliwienie, że z tegoż powodu nie dałam rady nauczyć się na klasówkę z niemieckiego. Chociaż właściwie... Na chemię też "nie dałam rady" (uczyłam się w pociągu), a efekty wszyscy (no, prawie) znają. Coś w tym jest.


Lill, ta fioletowa 25/05/2008 14:24:05 [komentarzy 50] Jakieś pytania?

143. Apocalypto

oh when i look back now
that summer seemed to last forever
and if i had the choice
ya - i'd always wanna be there
those were the best days of my life

(Bryan Adams, "Summar of '69")

Zgnuśniałam i zdziczałam ostatnio, przyznaję. Ambicja krąży wokół mnie, patrząc wygłodniałym wzrokiem, a ja leżę na kanapie, bawię się pilotem od telewizora i czasem tylko rzucę Ambicji jakiś ochłap. Ach, maj, ach, wiosna, ach, dziewiętnaście dni wolnego - to wszystko robi swoje.

Ten fragment bardzo powyżej znalazł się tu nieprzypadkowo. Już pomijając fakt, że ostatnio zakochałam się w tej piosence (nie pytajcie o okoliczności, bo znowu wyjdzie, że jestem nienormalna), to właśnie RealPlayer postanowił odkurzyć mi "Pense a moi". Duchowi, pamiętacie wakacje '07, czaty o różowej peruce i ruskim alkoholu i wszystko, co związane? Ech, to były czasy...

W każdym razie, ostatnio spłaszczyła mi się nieco egzystencja. Ograniczyłam się praktycznie do oglądania seriali, bazgrania mangowych żużlowców i słuchania głośno muzyki o takim bicie, że mi całe biurko skacze. Urocze, czyż nie? Jak to łatwo człowiek popada w słodkie nieróbstwo.

Ale tak właściwie... Po diabła coś robić, skoro są ludzie, którym i tak nie dorównam? Skoro w niczym nie mogę być najlepsza, to po co w ogóle się fatygować? To chore, wiem, ale takie ma czarne refleksje po ostatnich dniach i stwierdzeniu, że każdy ma przynajmniej trzy talenty, a mi Stwórca poskąpił.

Chociaż... Zawsze mogę się łudzić, że:
a) w piątek wizyta w pewnym wydawnictwie odmieni moje życie
b) coś jest na rzeczy, skoro miałam do czynienia z dalszym ciągiem zbiorowego przejęzyczenia

Niestety, prawdopodobnie moje życie po wizycie w wydawnictwie nie zmieni się ani o jotę, a to "coś", co rzekomo jest na rzeczy, okaże się zwykłym blefem. Takie moje krowie szczęście.

Ach, i chyba złapałam jakieś paskudne przeziębienie. Rajuuu, nie teraz. Ale właściwie... Czemu nie?

Bo nie! Bo jutro czas na referat o Jowiszu i dopadnięcie księdza (nie pytajcie, jaki szatański plan przygotowałam w związku z dopadaniem księdza), a potem klasóweczki, sialala, referaty, ahaha, i reszta tego stuffu. Zapraszamy w czerwcu.

Na poprawienie humoru nagrałam sobie na komórkę zarąbisty dzwonek. Chociaż lepiej, żebyście go nie słyszeli - bo niechybnie się przerazicie.



Lill, ta fioletowa 19/05/2008 19:19:15 [komentarzy 8] Jakieś pytania?

142. Życie to film II - o przypadkach wybitnych.

Jeśli ktoś ogłaszał konkurs na dziesięć najbardziej zakręconych dni z życia Lill fioletowej, to ja już mam zwycięzcę. I to zdecydowanego. Te dziesięć dni w Toruniu, bez komputera i w warunkach - delikatnie ujmując - polowych okazało się kluczem do wszystkiego, chociaż przyznaję, że zęby owego klucza i w moją pierś się wbiły.

Zaczęło się od rzeczy dziwnych, co to zaczątek miały w środę, zawiązanie akcji w piątek, a pytanie brzmi tylko, kiedy mogę się spodziewać punktu kulminacyjnego. Ale jako że rzecz jest wysoce zagmatwana i niejasna, a nadto nie chcę zapeszać (albowiem Avil i jej teoria na temat przeinaczenia napawają mnie lękiem), zostawmy tę kwestię na boku.

Potem byli czwartek i byli piątek, których to zgodnie z ogólnie przyjętymi normami opisywać nie będę, albowiem nie da się opisać rzeczy nieopisywalnej. Grunt, że było wesoło (nawet bardzo), pomimo tego, że moje nogi po wyprawie w nowych butach nadają się wyłącznie do amputacji. Tak czy siak, strat szczególnych nie ma, nikt mi oka "kaskiem niebieskim" nie wybił, a maestro Geldchen lepiej punktował w mojej drużynie. No ale, żeby zrozumieć powyższe zdanie, musicie wiedzieć, że od pewnej wilczycy (a właściwie od pewnego miłego długouchego) dostałam żużel... planszowy. Stężenie żużla w moim pokoju wynosi teraz 99% - a jak przerzucę tam "wiekopomne dzieło" na szkle dokonane, to niechybnie dobiję do setki. Tyle w kwestii dwóch magicznych dni, bo o magii trudno pisać.

Zaraz po piątku, jak to ma do siebie, nastąpiła sobota. Ta sobota, zła sobota. Kina nie było, bo ani pieniędzy, ani chęci na takie draki nie starczyło. A później... cóż, przyznaję, było wcale wesoło. Zwłaszcza w naszej ukochanej knajpie pod tytułem Servus (hurra! znowu go otwarli!). A było to tak: dostałyśmy frytki (najtańszy pokarm, a przecież musiałyśmy mieć na tort Sachera), ale soli już nam nie dali. Akurat od stolika obok właśnie poszły jakieś kobitki, a na środku owego stolika stało coś, co wyglądało na solniczkę. Rozradowana, skradłam to coś i zaczęło się wielkie sypanie. Niestety, w chwilę później euforyczny czar prysł - albowiem nie była to sól, wierzajta mi, ludu. Tak oto żeśmy sobie "posoliły" frytki. No, a potem ten sławetny tort Sachera, telefon do przyjaciela (czytaj: babci) i podejrzliwe obwąchiwanie porzeczek. Av, kochana, było cudnie! Chociaż w wesołość wkradło się wzruszenie - ale to długa historia i niekoniecznie chciałabym, abyście ją słyszeli. Dlaczego? Cóż, niektórzy mylnie mogliby poczytać moje intencje. A to był "tylko taki odruch", jak powiedziałby Petter. Gdyby istniał.

Sobotni wieczór zlał się w jedno z całą niedzielą. I nie była to miła jedność. To znaczy, pod względem czysto sportowym była (chociaż znowu nie udało mi się wygrać). Gorzej z kwestią rogacizny i... i JEGO. Tak, obiecywałam sobie, że będę spokojna, ale na samo wspomnienie mam ochotę dorwać tego drania i zwyczajnie udusić, jakby naprawdę było mi wszystko jedno. Doigrał się, sukinsyn! I przepraszam za wyrażenie, ale nie ma cenzuralnych słów. A ja, głupia, liczyłam, że się zmienił. Byłam idiotką, wiecie?

Tym razem "Sprawa honoru" ewidentnie postanowiła się spełnić. Zresztą, nieważne. Skoro świat postanowił tak zagrać, czas na akcję "tytanowe obcasy". Karaluchy należy rozgniatać.

Potem były dwa nic nieznaczące dni, spędzone na tworzeniu, (po)tworzeniu i rozmowach z gośćmi z Niemiec. Diametralny obrót sprawy nastąpił w środę. Poszłam do miasta "za potrzebą", czytaj: kupić sobie książkę Akunina, bo naprawdę mnie na niego wzięło. Ba, nie tylko Akunina zdobyłam - takoż prasę speedwayową. Ale to dla nas nieistotne. Liczył się przebieg wydarzeń. On zaś był taki, że szanowny nestor rodu (który, oczywiście, musiał polecieć ze mną, bo okazję należy wykorzystywać), spotkał znajomą. Ja zaś spotkałam... powiedzmy, że niekoniecznie znajomą. Szedł sobie jakiś niski facet w czerwonej koszulce i spodniach moro (brrr, nikt mu nie powiedział, że to się gryzie?!), o znajomym obliczu... Zajęło mi jakieś pięć sekund, żeby skojarzyć, iźli był to sam Wiechu "Naszym Królem Jest" Jaguś! Ziemo mi potem wypominał autograf. Ludzie, jaki autograf, jak ja ledwie się na nogach trzymałam z wrażenia, a dziadek i dziwna kobita nawet nie zauważyli, że się zrobiłam blada jak ściana? To nie miejsce ani pora na autograf, bynajmniej.

Tak oto docieramy do czwartku, który odznaczył się spotkaniem rodzinnym z okazji imienin cioci Zosi. Oczywiście, mogłam przewidzieć - jako jedyna była z młodszego pokolenia. Ba, ja byłam od dwa pokolenia młodsza od pozostałych uczestników imprezy. Ale i tak było niesamowicie, zwłaszcza dyskusje z ciocią Ulą (tą od Karkosika w windzie i psa, co chodził ze stołem na grzbiecie), konsumpcja chleba i obserwowanie, jak wujek Jurek pochłania drinka za drinkiem, na dodatek zmuszając do podobnych czynów Bogu ducha winną szwagierkę cioci Zosi. Cyrk na kółkach, mówię Wam... Nie ma to jak pokręcona rodzina.

A piątek? Piątek był buahaha, albowiem pierwszy raz od... *liczy*... *nie może się doliczyć*... *porzuca liczenie*... od wielu lat jechałam prawdziwym pociągiem, do prawdziwej (niestety) Warszawy. Z prawdziwym, stety, dziadkiem. To były dwie i poł godziny? Jakim cudem? Dla mnie to było góra piętnaście minut, tak się zagadaliśmy z sąsiadami z przedziału. Jak wiadomo, mam dzikie szczęście do dziwnych sytuacji i nietypowych spotkań (vide Jaguś albo klasycznym już przykład CeeNa). Takoż i teraz usiadłam w jednym przedziale z... trojgiem psychologów. Wiedza nabyta przyda się z pewnością, a i wesoło było, zwłaszcza jak pani Ania z radością małego dziecka oznajmiła, że właśnie wyprzedzamy Intercity. Tylko duchota i świadomość, że u celu podróży czeka... No, właśnie, przemilczmy.

Ale nie ma tego złego, nie, nie, nie. W środę wracam w radosne, toruńskie progi! A te pięć dni - każdy przeżyje. Nawet bliska załamania nerwowego po ostatnich dniach Lill.

Lill, ta fioletowa 16/05/2008 12:40:41 [komentarzy 5] Jakieś pytania?

141. Wspaniały weekend w Bawarii, vol. 1

No i wsio. Się wzięło i wróciło od Sąsiadów. Bawarya fajna jest, zwłaszcza jak człowiek nie był tam trzy lata z hakiem i od tych trzech lat usychał z tęsknoty. Zresztą, co ja się będę produkować - wystarczy, że powiem, iż był to weekend spod znaku...

1. ...ciekawych konstrukcji językowych.

a) Niula do ciotki B. (pytanie tyczyło się tego, czy przywieźć coś z Tchibo): Tchibo ci czegoś?

b) Andreas na dachu: Teraz to już jestem genau wysoko!

c) Bezpr. i Lill w lesie.
Bezpr.: Duży ten las...
Lill: Bo to jest LAS VEGAS!

d) Lill (bełkotliwie): Z-czym (wym. szczym) do ludzi?
Bezpr.: Nie mówi się "szczym", tylko "sikamy"!

e) Lill: A Niula co robi?
Bezpr.: Niula właśnie bezahluje.

f) co wyjdzie z połączenia słów September i Radiozet? Rambozet! (autentyk)

I dziwić się, że ludzie podejrzliwie na nas patrzyli...

2. ...podziwiania terenu.

Podtrzymuję opinię, że kiedy Bóg tworzył Niemcy, musiał solidnie przesadzić z GardenComposerem. Dla wyjaśnienia - w owym programie można w praktyce stworzyć całe miasto, acz w nieco trawiasto-leśnej okolicy. Tak też wygląda Bawaria - po obu stronach autostrady skupiska malowniczych domków rodem z jakiegoś prospektu. Zero wnerwiających bilboardów, zero dziur w nawierzchni, zero kiczowatych pałacyków. Raj na ziemi, mówię Wam!

Tylko mostków trochę za dużo, w związku z czym mieliśmy przygody typu niuline "skręć za mostkiem" (tak jej Andreas opisał dojazd do domu), podczas gdy w okolicy rozmaitych kładeczkopodobnych było dziesięć przynajmniej.

Zresztą, nieważne. Grunt, że od granicy było ślicznie, tylko łyso mi tak jakoś, bo przywykłam do czasów, że na przejściu się stało ze dwie godziny, a tu - cisza, spokój, na granicy pustki i nawet telefon człowieka nie informuje, że kraj się zmienił (moja Nokia jeszcze w okolicach Berlina podawała, że to Polska).

3. ...ruskiej technologii, czyli co kraj, to obyczaj.

Zaczęło się od tego, że stanęliśmy jeszcze w Polsce na Lukoilu, coby wypalić papierocha (Bezpr.) i załatwić niecierpiące zwłoki potrzeby (Niula i ja). I oto okazało się, że nie ma tak miło, umywalka w WC-cie była podejrzana, bowiem należało jedną ręką naciskać kran, a drugą wsadzić pod wodę. Ach, ta ruska technologia... Widać nie ma jednorękich Rosyan.

W Niemczech z kolei umywalka wyglądała podobnie, tylko że tam strumień wody po wsadzeniu rąk pod kran uruchamiał się sam. "Co kraj, to obyczaj", skwitowała Niula.

4. ...fikcji na jawie!

Już nie wspominam o tym, że do Monachium ruszyłam, śladami bohaterów własnej powieści, ani że widziałam Allianz-Arenę (a widziałam!), bo to długa historia, zasługująca na osobną notkę. Ale to sobowtórstwo to mogli sobie naprawdę darować!

A było tak: weszłam z tobołami do nowego domu Andreasa, szukając miejsca, gdzie mogłabym się osiedlić. W salonie siedziała Niula, a obok niej stał... Petter?! Wróć, to był jednak Krystian, mój kuzyn, tylko że autentico jak Petter wyglądał. Sami rozumiecie, że poczułam się nieco... nieswojo. Tylko że po chwili to "nieswojo" przekształciło się w panikę, bo oto w pokoju pojawił się... Alex, tylko z lekko przyciemnionymi włosami. Wierzajta mi, miałam ochotę stamtąd zwiać. A okazało się, że ów alexopodobny to kuzyn Krystiana, Artur (dlaczego jego kuzyn, a mój nie, to długo by tłumaczyć). Kropka w kropkę - i tandetny łańcuch na szyi, i szpanerskie radyo w beemwuchu... Na dodatek w wyniku pewnych zawirowań, panowie razem (!!!) wybrali się na dyskotekę, a ja wylądowałam w pokoju Artura, gdzie zostałam już do końca pobytu. I gdzie przypuszczalnie została moja ładowarka.

5. ...żużla i F1?!

To też było podejrzane. Saletra w pociągu, Gapa przy drodze. I nic to, że saletra w sensie soli, a gapa w sensie fotoradaru - liczy się fakt. Potem jeszcze wszystkie drogi prowadzące do speedway'owych miast, zielonogórski van z żużlowcem na bagażniku... Magia speedway'a!

(Później było jeszcze gorzej - tankujący traktor lamborghini [!] i Lucas tłumaczący mi, że "on ma władzę")

A F1 to byliśmy my, bowiem tłumik się rozwalił i przez resztę drogi ryczeliśmy jak Kubica ("rycząca czterdziestka" z naszej toyoty). W drodze powrotnej za to ryczała moja komórka (dźwięk wiadomości ustawiony na odgłos bolidu na zakręcie). Bezpr. mało nie pękł ze złości.

(Tenże Bezpr. w monachijskiej knajpie "pił piwo ze Spritem" - ratunku!)

6. ...radosnego, nieustającego lenistwa!


Ja chcę taki dom. Niula robiłaby sobie karierę, Bezpr. bez przerwy by coś naprawiał, Rudż zagarnęłaby ogród, a ja miałabym święty spokój.

Tylko żeby tam pijuny nie łaziły (musiałam jednego przegonić z domu Andreasa) i żeby naprzeciwko nie było lasu z dzikami, to byłby cud.

Co nie zmienia faktu, że im dalej jadę, tym milej potem wracać do domu.

Lill, ta fioletowa 6/05/2008 13:47:31 [komentarzy 6] Jakieś pytania?

Stare papierki
2015
Marzec
2014
Czerwiec
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2013
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2012
Wrzesień
Lipiec
Czerwiec
Kwiecień
Marzec
Styczeń
2011
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2010
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2009
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2008
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2007
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń

Galeria twarzy
Kiimi
Ziemo
Jah
Avil
An-Nah
Garcinda
Ada
Schmittka
Cineva
Mal
Mestari

Autobiografia
(klik)

Notka
Zdjęcie na szablonie własne. Słowa też moje. Szablon przejściowy. Czcionka z Serwisu.
Chcesz coś? Poproś.