Zobacz wszytkie serwisy JOE.pl
blogiblog4u.pl blogiblogasek.pl katalog stronwjo.pl avataryavatary.ork.pl czcionkiczcionki.joe.pl aliasydai.pl, ork.pl, j6.pl tapety tapety.joe.pl obrazkiobrazki na NK
Online: ---
zdrowie i choroby nieruchomości na mapie
Pamiętnik pewnej Okrrropnej Kreatury.
Szablon

189. "Myślałam, gdy świt różowiał..."

Jeszcze jedno słowo i się rozpłaczę. Obiecuję.
- Dziecko kochane, a tobie co?
- ...A bo brzuch mnie boli, kręgosłup mnie boli, mam jakąś trzęsawicę afrykańską, uciekł mi autobus, przeżyłam Koszmar Minionego Poranka, mam dwie klasówki, na które nic nie umiem, muszę dzisiaj strzelać, a nawet nie wiem jak się strzela... Boże, po co ja szłam do tej szkoły?!

No właśnie, po co? Po to tylko chyba, żeby pomarznąć na przystanku w jesiennej kurtce, poirytować się na rozmaite istnienia ("gdyby ta szyba się rozleciała... ach, jaka ja jestem podła!"), podyndać nogami na kozetce u pielęgniarki i dowiedzieć się, że według niektórych osób już jestem martwa. Przykro mi, wieści o mojej śmierci są mocno przesadzone, cytując klasyka. Jakoś przeżyłam dzisiejszy dzień, wprawdzie nieco pozaszkolnie, ale najważniejsze, że jestem tu i teraz. I w ogóle.

- Kto dziś jest szczęśliwy?
- Wielka Nieobecna.
Faktycznie, jakkolwiek przewrotnie by to nie brzmiało, Wielka Nieobecna odczuwa swoisty rodzaj szczęścia. To takie szczęście, wiecie, może nie do końca autentyczne, może bardziej stanowiące ulgę... Bo nie ma to jak pozbyć się złudzeń i nie ma to jak uświadomić sobie, że wreszcie fikcja i rzeczywistość raczyły się rozszczepić. Przynajmniej przestanę się bać pułapki takiej a la "Wróg" czy "Skandal!". Tutaj pułapki byłyby o wiele bardziej niebezpieczne.

Czytam na dwie ręce. Z jednej strony odkurzam sobie całą Ewę Nowak, bo po "Rezerwacie Niebieskich Ptaków" stwierdziłam, że bohaterów kojarzę zbyt mgliście i należy to natychmiast naprawić. Zaczęłam od "Drugiego", właściwie już kończę. Rewelacja, dawno się tak nie zrelaksowałam. Powinnam częściej wyrywać sobie coś z grafiku, by móc w spokoju oddać się lekturze.
Coś, ale nie pisanie.

- (...)Zabiłbym tego, przez którego tak płaczesz. - Całek klepnął się dłonią w klatkę piersiową.
"To musiałby pan profesor popełnić samobójstwo" - pomyślała Iga.

(Ewa Nowak, "Drugi")

Czytam cudzy pamiętnik. Niby nic zdrożnego, bo to pamiętnik blogowy, ogólnodostępny (co innego, gdybym owej osobie wykradła osobisty pamiętnik - o ile ona w ogóle takowy posiada - co byłoby zresztą awykonalne), ale i tak się czuję nieswojo. Tak jakbym poznawała ją z drugiej strony, o której w życiu bym nie pomyślała. Znów w kimś znajduję dawną siebie. Ach, czy ja naprawdę nie mam wlasnych problemów? Oczywiście, że mam. Choćby taki, co zrobić z tą nieszczęsną historią.

A, zapomniałam. Przecież na to coś się w końcu wymyśli, prawda? (I czemu w tym momencie włączył mi się utwór o wymownym tytule "Vodka"? Ja wcale nie TAKIE wymyślanie miałam na myśli! Przecież wiecie, że od 6 VIII '05 ani przez chwilę nie miałam kontaktu z tym alkoholem)

Tyle na dziś, wracam do jakże fascynującej czynności umierania. I nie strzelałam. I mnie też nie wolno zastrzelić, rozumiemy się?

No, to dobrze.

PS: Św. Tomasz z Akwinu miał rację. Definitywnie ISTNIEJĄ wojny słuszne. Wojny, które są sprawą serca, ducha i rozumu. Oraz paru innych organów, niekoniecznie do przeszczepu.

Lill, ta fioletowa 25/11/2008 19:35:23 [komentarzy 4] Jakieś pytania?

188. Within the dreams of candlelight

Change one note
Change one line
Nothing's gonna be the same

(TSO, "This is who you are")

- Czy ja jestem taka straszna?!
Byłam wściekła. Wściekła, zmęczona, sprana i potwornie rozczarowana. Spędziłam cały weekend nad czymś, co okazało się maksymalnym niewypałem. Wiecie, jak to jest?
- Przecież nie latam po mieście z siekierą...
Mogłam pójść na Manchester. Efekt naukowy byłby podobny, a przynajmniej bym się ubawiła...
- ...nie wypijam krwi dziewic...
...a nie siedziała w domu i z ponurą miną czytała smsową relację Magdy, pełną szczerej euforii i takiego szczęścia, jakie nie było moim udziałem od miesiąca.
- ...nie składam ofiar z młodych mężczyzn...
Gdzie się podziałam ja? Czy ja spędziłabym weekend nad książkami, a potem spoglądała złym wzrokiem na kieliszek, czegokolwiek tak naprawdę w nim nie było?
Stop. Zdanie urwało się w połowie, gdy dostrzegłam przebijające się przez mrok światełka, dwa, trzy, dziesięć... Tuż pod schodami mojego bloku. I było w tym świetle coś przepięknego, a jednocześnie tak niepokojącego... Dopiero później, wtedy to zdawało mi się całym wiekiem, zdałam sobie sprawę, że małe świeczki układają się na kształt serca. Wy rozumiecie, jak to jest? Wrócić do domu po wykańczającym dniu, po wykańczającym weekendzie właściwie, i zastać serce ze świeczek pod drzwiami? Co z tego, że to nie dla mnie prezent, akt pamięci czy tam wyskok szalonego romantyka (chociaż epitet "szalony" to już chyba został zarezerwowany)? Zwłaszcza gdy człowiek uświadomi sobie, że wczoraj był przecież Dzień Czarnego Kota. Wszystko się pięknie układa, a skoro nikt nie raczył mi powiedzieć, o co chodziło naprawdę, zawsze można sobie wyobrazić, że to jakiś miły człowiek chciał mi poprawić humor.
Jeśli tak było, udało mu się pierwszorzędnie.
A dziś... Dziś było zupełnie... odpałowo. To dobre słowo. Pozytywnie, tak na przekór wszystkiemu. Chociaż końcowe wrażenie ma też w sobie nutkę niepewności (błękitnej? właściwie...). Bo wiecie, trochę nieswojo się czuję z tym wszystkim. Już, już mówię, o co chodzi.
Spotkałam lustrzane odbicie... Siebie samej. Znaczy, nie mnie teraźniejszej, tylko tamtej mnie, sprzed roku czy dwóch lat. Ta sama obłuda, ta sama złość na świat... i ten sam lęk. Przelotne spojrzenie, a tyle można pojąć. Zdumiewające. I zdumiewające, że i tu zdarzają się takie lustra. A już myślałam...
Cóż, każdy ma swoje miejsce na ziemi i poza nim jest zwyczajnie nieszczęśliwy. Coś w tym jest, nie uważacie?
Ech, starczy. Nie roztrząsajmy cudzych problemów, zajmijmy się swoimi własnymi. Praca zaliczeniowa wciąż leży odłogiem, RPG mi się nie posuwa, felietonu nie pisałam od wieków, a ja szlajam się tymczasem po osiedlu, chłonąc zimny wiatr całą sobą i nucąc dziwne piosenki, ewentualnie piszę dalej "Huśtawkę", gdzie kluczowy moment już za mną. Jak tak dalej pójdzie, skończę to coś w ciągu jakichś 3-4 miesięcy. Szok.
Coś jeszcze? A, wieści z frontu dawno nie było. Dziś w grze: "odwróć się, a przegrasz" definitywnie zwyciężyłam ja. Proszę o oklaski.

Lill, ta fioletowa 18/11/2008 20:19:31 [komentarzy 33] Jakieś pytania?

187. The Illusorics

Jedenasta.
Wychodzę spod prysznica przepełniona energią i z głową naładowaną pomysłami niczym radziecki karabin. Na wszystko mam czas, bo noc jest przecież długa. Z książką w dłoni, bez pośpiechu, zabieram się do wprowadzania jednego z konceptów w czyn. Nie wychodzi, książka okazuje się silniejsza, chociaż oczywista aluzja do "tego wyjechanego" (jak ja dziś ową osobistość określiłam) przyprawia mnie o ból głowy oraz subtelny odcień irytacji. Zabieram się do czegoś innego. Zdecydowanie innego. W końcu po co się na noc denerwować?

Północ.
Ryjąc nosem po klawiaturze, wysilam szare komórki i wymyślam treść kolejnego, równie bezsensownego maila. Dziw, że żaden z nich nie wylądował w koszu. Zastanawiam się, jak ci ludzie będą w stanie przeczytać moje bzudrne prośby. Dochodzę do wniosku, że nie będą. Trudno - dla Twaroga wszystko!

Za kwadrans pierwsza.
Komputer gaśnie cicho. Czuję się sprana niczym te spodnie, co rozpadły się w newralgicznym miejscu (efektem czego musiałam polecieć do Copernicusa i kupić sobie nowe). Z książką w jednej ręce, a komórką w drugiej padam na łóżko i po prostu zasypiam, nie trudząc się nawet odkładaniem czegokolwiek na miejsce. Nawet u Pana Marka nie pali się już światło.

Za kwadrans ósma.
- Wstajemy?
- Już późno, chyba tak.
Spanie niespełna siedem godzin nie wpływa zbyt dobrze na organizm, a widok mojego czerwonego prześcieradła (nie wyobrażacie sobie, jak ten kolor razi o poranku) sprawia, że z jękiem zakrywam głowę poduszką i na powrót zasypiam.

Dziewiąta.
"Cholera, zaspałam!"
Pierwsza myśl po przebudzeniu podrywa mnie z miejsca. Nim orientuję się, co robię, już jem śniadanie i wciągam na siebie nowe, o rozmiar za duze dżinsy. Nawet nie mam czasu zadać sobie pytania, po co ja to właściwie robię.

Dziesiąta.
"To bez sensu. Powinnam wrócić do domu i przestać pchać się tam, gdzie nie jestem potrzebna."
Murek nawet nie jest zimny.
- Dzień dobry.
- Coo?... Aaa, bry, bry.
- Dlaczego pani płacze?
- Ja? Ja wcale nie płaczę.
"Może powinnam zacząć?"

Za kwadrans dwunasta.
- No dalej, go, go, go!
"Shoot, baby, shoot!"*
Chciałabym, żeby ręce mnie rozbolały od oklasków. I wcale, o dziwo, nie jest mi zimno. Ani sennie. Kto by pomyślał, że piłka nożna tak może człowieka zafascynować.
- Jeszcze jeden! Taaak, tak ma być!

Dwunasta.
- Zrobisz nam zdjęcie?
- No pewnie.
Chwilę później.
- Yyy, chyba się rozładował.
Podobnie jak napięcie. To całkiem sympatyczne uczucie. Choć najwyraźniej przydałby się jakiś Szalony Fotograf, bo mnie urządzenia techniczne ewidentnie nie lubią.

Pierwsza.
- Kurna, wszystko się sypie. Dzwonił Bezprawny, że samochód będzie gotowy najwcześniej wieczorem, a na pociąg na pewno nie zdążymy. Co ja mam zrobić?!... Wiem! Już wiem! Muszę kończyć, mam bomba pomysł!
Bać się, czy cokolwiek z tego karkołomnego konceptu wyszło.

Dziesięć po czwartej.
- ...w tej Warszawie to żyć się nie da. Stanowczo odradzam... Przepraszam na moment, telefon. Tak, słucham?
- Gdzie wy jesteście?
- W P&P, a co?
- No, to zajeżdżam pod P&P i biorę was do Bydgoszczy!
- Wariat! Nie mam przy sobie nic, dopiero co wyszłam od fryzjera, nie jadłam nic od rana, a na dodatek i tak byśmy się spóźnili!
- A potem do mnie pretensje...
- Do kogoś trzeba.

Szósta.
"Mam trzy dni. Zapowiadają się trzy wyjątkowo długie noce."
Chol... Holender, za dużo roboty. Olimpiady, Kaziu Wielki (ktoś musi wygrać ten tysiąc, nawet jeśli prof. P.L. się do mnie nie przyznaje), praca zaliczeniowa i stos innych rzeczy. Wena jak zwykle przyszła w nieodpowiednim momencie. Nowe książki (no co, październik już się skończył, mogę kupować) też. Ja to nie mam w życiu łatwo.
Ale może właśnie dlatego tak kocham moje życie. Czysty masochizm.

Bonusy:
1. "Ej, bramkarz chyba nie żyje!" - czyli było pięknie, fantastycznie i w ogóle genialnie, nawet jeśli początkowo miałam obawy. Częściej takie akcje, bo warto się rozerwać (kosztem religii, ale ćśśśś)
2. "Mężczyźni tu grają, a tu pani czeka" - no, pani kibicuje, ale to newermajnd. Przeżyję tę zniewagę dla mojego kibicostwa.
3. A wczoraj też było pięknie! Dzięki za huśtawki, ale następnym razem to Cię, mein Schaetzchen, wepchnę na oponę, czy Ci to pasi, czy nie.
4. Na Huśtawkę (!) marsz!

ADDYCJONALNIE

W związku z zaistniałymi wątpliwościami pragnę wszem i wobec obwieścić, że żyję.

A. II 21:01:12
żyjesz?
Lill 21:01:31
żyję
Lill 21:01:34
chyba żyję
Lill 21:01:38
przypuszczalnie żyję
Lill 21:01:41
możliwe, że żyję
Lill 21:01:46
ale, oczywiście, mogę się mylić
Lill 21:01:56
zatem dla świętego spokoju przyjmijmy, że żyję

Ba, powiem więcej - zamierzam żyć, ile wlezie. Zwłaszcza teraz, z wiatrem w żaglach, szczęściem własnym i cudzym i stertą innych dupereli. Nauka nie wytrzymuje konkurencji, niestety.

Tylko czerwonościennego cuda mi brak. I tego-tego obrazu. Łajzy Tam Po Drugiej Stronie spuściły żaluzje. A Wy wiecie, że to nie jest dobry omen, niah?

Odwala mi.
______________________
*kto oglądał mecz drużyn mieszanych polsko-izraelskich, ten wie, skąd cytat

Lill, ta fioletowa 10/11/2008 20:22:15 [komentarzy 4] Jakieś pytania?

186. Negacja w pozytywie.

A więc graj, a więc trwaj...Ja i tak wiem swoje. Matkopolkizm się pałęta.

Świat przeżył wczoraj desant Kretynki-Blondynki po raz wtóry. Strach pomyśleć, co by było, gdybym cała się zrobiła na blond - skoro już po pasemkach jakieś 70 punktów IQ odleciało czasowo w słodki niebyt. Zwłaszcza wczoraj, zwłaszcza na CeZetCe z Krzysiem, który oczywiście, że jest w naszej grupie, jakby ktoś jeszcze śmiał wątpić. Poczułam się, zaiste, idiotką, słusznie zresztą, bo rzecz wydawała się prosta. Ale spróbujcie się skupić, gdy brać dyszy wam w karki i macie doskonałe poczucie własnej ułomności. Co nie zmienia faktu, że było to całkiem zabawne.

Drugi popis poleciał po geo, kiedy olałam bezczelnie (i zupełnie nieświadomie) Niulę, Bezprawnego i Rudzię, udając się na przystanek. Było powiedzieć, że będą czekać. Ale nie dzwonić do mnie na gegrze! W efekcie stałam się Damskim Burżujem, w dodatku powinno się wyśmiać i mnie, i zieloną toyotę. Nie ma to jak zorientowana rodzina, która przyjeżdża o dziwnej porze i rozstraja mi plan dnia. Takie mroki i uroki familii ze stolicy (nie napiszę, że rodem, nie myślcie sobie).

Działy się też rzeczy zgoła nieprawdopodobne, ale to już wieczorem, powodując moje zwątpienie. Bo czy można brać się do pisania, gdy człowiek jeszcze przed chwilą miał ochotę zadać pytanie: "A ty czasem nie miałeś BYĆ WYJECHANY?" Powinnam podsunąć tę formę profesorowi Miodkowi, na pewno się ucieszy. Świat lubi ludzi kreatywnych, czyż nie?

Leciałam ponad wszystkim, co znane. Tak po prostu, jak po prostu wybuchają gwiazdy, a Wszechświat zmienia bieg. Bez początku, bez końca. Tylko szampania, poczucie absolutu i tego, że może być tak najzwyczajniej w świecie pięknie. Dopiero dzisiaj mnie przystopowało. Zbyt wiele wolnego czasu skłania do refleksji, a to stanowi, niestety, pułapkę nie do przeskoczenia. Tłucze mi się po głowie ta niezbyt wygodna myśl, że to, co robię, jest pozbawione sensu. Bo jest. Bo dziwne rzeczy czasem wyprawiam, jakbym sama nie mogła się zdecydować na jedną mnie. I nie przyjmuję wymówek, że tego wymaga sytuacja. Toczę swoją własną gierkę, a nawet nie znam celu. Na dodatek, gierkę toczę na frontach wielu, zawsze pod tym samym sztandarem "Pomóc światu, choćby wbrew jego woli". Przyznajcie, że mało to liberalne.

I "Huśtawka" na dokładkę. Ta historia dobija mnie autentycznością. Sęk w tym, że ona nie zdarzyła się naprawdę. To tylko kolejna gra, czy może znów samospełniająca się przepowiednia? Chyba nie chcę wiedzieć...

Oczywiście, w końcu nie opowiedziałam do końca o załozeniach listy życzeń. Do trzech razy sztuka, ale za trzecim razem przeszkodził nam autobus. Co nie zmienia faktu, że było genialnie.

A propos założeń:
- Wypisz wszystkie niezbędne założenia
- Po pierwsze: załóż koszulę; po drugie: załóż spodnie.
I ciąg dalszy, czyli rozmowa o klatkach (złotych i nie tylko) oraz filozofii złego przystanku. Dokładnie taka, jak moje obecne refleksje - słodko-kwaśna. Sos też był słodko-kwaśny. Nawet życie było słodko-kwaśne!

Tymczasem u Pana Marka wciąż pali się światło. To zaiste pocieszające.

Uch, a ze mnie znowu wylazło blondyństwo. Wolelibyście nie wiedzieć. I "toster mi fluguje", a wyjechani zdają się powracać po nocy. Nie, czas iść spać, zeschizowałam. Jestem starą, pokręconą lunatyczką.

Za coś w końcu siebie lubię, nie?

PS: I ładnie proszę o Widlany Poniedziałek. Kiedykolwiek. Będzie zabawnie.

Lill, ta fioletowa 9/11/2008 00:10:16 [komentarzy 32] Jakieś pytania?

185. Forgive yourself telling the truth.

Jeszcze wczoraj było perfekcyjnie. Pomyślne wiatry, mentalny triumf... i rozwiązanie paru zagadek. Przynajmniej tak wtedy myślałam. Niestety, nadszedł podły czas, kiedy boli wszystko zewnętrznie i wewnętrznie, a świadomość wiszących nade mną klasówek wcale nie pomaga się skupić. Idealna pora, żeby stanąć oko w oko z prawdą. A prawda ma to do siebie, że bywa niewygodna. Moja niewygodna prawda brzmi następująco: od wszystkich dookoła oczekuję rozsądnych wyjaśnień tego, co robią... Tymczasem ja sama zdążyłam się zaplątać solidnie i nie wiem właściwie, co chcę osiągnąć. I jeszcze drugie dno - że podłe ze mnie stworzenie. Jakkolwiek.

Nie przejmujcie się tym, co mówię. Słuchanie Ery o tej dziwnej porze, odczuwając boleśnie całe swoje jestestwo, do różnych dziwnych refleksji prowadzi. Pozostałe motywy, na całe szczęście (pytanie brzmi, czyje właściwie), nie trącą żadnym melancholijnym smutkiem. Może tylko zadumą, zwłaszcza jeśli chodzi o sobotę. Ale to przecież standard.

Wczoraj było już zupełnie bajerancko. Nic to, że wstawanie o tej porze w poniedziałek to mentalne samobójstwo. Nic to, że jedliśmy tylko to, co sami upolowaliśmy. Nic to, że mam obawy, iźli moje korale skończyły jako posadzka podczas pogo. I wreszcie - nic to, że na końcu był zad wołowy i z Av przegapiłyśmy Wielką Szansę. I tak było nadspodziewanie dobrze. Nadspodziewanie - biorąc pod uwagę ogólnie pojęty brak odwagi u trzech istnień ludzkich.

Właściwie pamiętam oderwane fragmenty. Zbiórka o poranku i "ja tego pana nie znam" (a "ten pan" przyleciał z czekoladą, nie wiem, po co właściwie. Latanie po mieście (nasi goście - takim to dobrze - ruszyli autokarami). Przelotne wspomnienie spotkania klasowego i wynikająca z tego piękna rozmowa o ofierze, która w celu zaspokojenia potrzeb ucieknie ze stołu ofiarnego. Swoją drogą, trzeba by kiedyś napisać coś w tych klimatach, bo sam pomysł jest godzien uwagi. Stanie (tudzież kucanie) w MDK-u, zastanawiając się, ile jeszcze potrwają te przemowy. Wreszcie to, jakeśmy powracali w szkolne mury i co się działo potem, czyli sztywniactwo prima sort. Chociaż właściwie nie było źle. Poznałyśmy trzech miłych panów, potem ja osobiście wywiedziałam się paru ciekawostek na temat Izraela, więc ogólnie rzecz udana. Nawet prezenty dostałyśmy, choć ja nadal nie pamiętam, od kogo (ale rękę bym dała sobie uciąć, że od Niva).

Potem znowu miasto, to pamiętam. Wyprawa Wielkiej Trójcy i Pankosia w celu upolowania czegoś do zgryzienia.

- To jakaś dieta?
- Nie, to słówka z niemieckiego.

Było hitowo, chociaż w pewnym momencie zaczęłam mieć wątpliwości, czy kiedykolwiek zobaczę zamówione skrzydełka ("trzeba było wziąć pizzę"). Nie ma to tamto, ja się zawsze muszę wyłamać i nie zawsze to mi wychodzi na dobre. Grunt, że w końcu coś zjadłam (tylko czy sól aby na pewno była solą? niee, znowu?!). Zresztą, jak się okazało (za późno!), mogliśmy tam spokojnie posiedzieć znacznie dłużej, bowiem nasi izraelscy goście - gdziekolwiek oni tam jedli - nieco zaszaleli. W efekcie działy się rzeczy rozmaite, włącznie z tym, jak podpadłam panu profesorowi.

- Wchodzimy!
- Niee, jeszcze chwilę...
- Przerwa na papieroska!
- Aasia!

A ja przecież tak niewinnie wyglądam. I PRAWIE nigdy nie przeklinam w opisach na gadu. No, powiedzcie, czy te oczy (wyobraźcie sobie moje oczy, tak, te, które w teorii powinny być niebieskie) mogą kłamać?

Dobrze, to było pytanie retoryczne.

No i planetarium, czyli "stacjonarny spacer po Toruniu". I ta cudowna muzyka, przez którą teraz nie mogę się oderwać od słuchania Ery. Jak również miły kolega z Izraela, który podpytywał mnie o różne różniste rzeczy i któremu prawdopodobnie palnęłam bzdurę, ale to newermajnd.

Później działo się zbyt wiele, by opisać - pamiętam tylko, że była noc (znaczy, ciemność już opadła miasto), a my włóczyliśmy się po ulicach, gdzie ulubione zajęcie lokalnej społeczności stanowi ganianie turystów z bejsbolem. Nieważne. Ważne było pod koniec, znowu w MDKu. Zabawa na całego, impreza pod sceną, potem na scenie, Niva wersja "Sokołów" i nasze wspaniałe ostatki, czyli jak obiecałam Av, że ją zabiję. A Dor, szczęściara, ma dwie foty z Idanem (a kto strzelał, no kto?). Widzicie, jako ostatnia podeszła do swojego miłego, a najwięcej zyskała. Ostatni faktycznie będą pierwszymi.

A ja się zawijam teoretycznie do nauki, praktycznie zaś do pisania "Huśtawki". Wena mnie nosi - w końcu coś trzeba ze sobą zrobić w ten słotny, listopadowy poranek.


Lill, ta fioletowa 4/11/2008 11:54:00 [komentarzy 22] Jakieś pytania?

Stare papierki
2015
Marzec
2014
Czerwiec
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2013
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2012
Wrzesień
Lipiec
Czerwiec
Kwiecień
Marzec
Styczeń
2011
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2010
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2009
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2008
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2007
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń

Galeria twarzy
Kiimi
Ziemo
Jah
Avil
An-Nah
Garcinda
Ada
Schmittka
Cineva
Mal
Mestari

Autobiografia
(klik)

Notka
Zdjęcie na szablonie własne. Słowa też moje. Szablon przejściowy. Czcionka z Serwisu.
Chcesz coś? Poproś.