Zobacz wszytkie serwisy JOE.pl
blogiblog4u.pl blogiblogasek.pl katalog stronwjo.pl avataryavatary.ork.pl czcionkiczcionki.joe.pl aliasydai.pl, ork.pl, j6.pl tapety tapety.joe.pl obrazkiobrazki na NK
Online: ---
zdrowie i choroby nieruchomości na mapie
Pamiętnik pewnej Okrrropnej Kreatury.
Szablon

184. Szaro mi.

- Co tam?
- Nic. Zasypiam.


Pachnę czekoladą. Zasypiam na miękkim ręczniku, a deszcz cichutko stuka o parapet. W tle szumi radio, trajkocząc coś głosem starszego pana. Nie ma niczego przyziemnego, tylko moja własna idylla, relaks w środku dnia. To na swój sposób urocze.

Śnią mi się nierealności. "Huśtawka na końcu świata", sama w sobie będąc mieszanką zbyt wielu poplątanych myśli, łączy się nagle z Wielką Wojną, a Wielka Wojna z tą mniejszą, kameralną... Dalej mknie niczym kometa stary, zły czas - i tak aż dotrze do nowych, dobrych czasów. Do prawdziwej magii. Te nierealności odbijają się w gładkiej tafli herbaty w kubku w - o ironio! - lewki. Zatapiam się we własnych, poszatkowanych metaforach, tonę w melancholii pachnącej Angelem i "Ange ou Demon" (kto mi kupi?). Po co wychodzić poza ten maleńki świat? Noc roztacza blask, gdybym włączyła telewizor, trafiłabym zapewne na snookera. A pędzelki tak kusząco połyskują w świetle na wpół przepalonej lampy... Wystarczy krok i wszystko będzie jak dawniej.

Tylko że ja nie chcę, żeby było jak dawniej. Bo teraz jest inaczej. Lepiej. Rzadko to mówię, ale czuję tak głęboko w sercu, że jest lepiej. Że znalazłam ten dom, o którym tyle razy pisałam na kartach rozmaitych pamiętników. Siedzę przy biurku, nic to, że znów nie mogę się skupić, bo patrzę na podwórze. Po drugiej stronie, u pana Marka, znów pali się światło. I chociaż pana Marka znam tylko przelotem, czuję się jakoś... lepiej, wiedząc, że o tej dziwnej porze, o której czasem przesiaduję, ktoś jeszcze nie śpi.

Budzę się rano. Punkt szósta. W półśnie słyszę krople uderzające o szybę. Sięgam ręką na stolik nocny i natykam się na coś twardego, drewnianego. Uśmiecham się do własnych myśli, bo wydaje mi się, że znalazłam sposób. I to sposób uniwersalny, a tak banalny, że głowa mała. Mało tego, nieomylny. Dlaczego ja o tym wcześniej nie pomyślałam? Najwyraźniej najlepsze koncepcje zawsze przychodzą nocą. Co najlepsze, wypróbowałam metodę i odkryłam, że jeśli nie proszę o rzeczy niemożliwe, a tylko o drobną pomoc, otrzymuję ją. Tylko żeby mi z tego się jakieś wygodnictwo nie ulęgło, bo tego sobie nie życzymy, prawda?

I nie rozumiem, jak można jednocześnie narzekać, że się jest z dala od ludzi, samemu ich unikając. To taka refleksja na marginesie, bo te krople deszczu zamieniają mi się w prywatne refleksynki. Po prostu nie pojmuję. A pamiętajcie, że ja nie lubię czegoś nie rozumieć.

Pałętają się za mną własne, znów jakże nieopatrznie wypowiedziane słowa, że poznanie to krok ku szczęściu, a zarazem krok ku cierpieniu. W kontekście "Huśtawki..." mówi to aż nazbyt wiele. Swoją drogą, dawno nie miałam tak, by z jednego zdania wyciągnąć pomysł na całą powieść. Przez te Warsztaty chyba wracam do formy. Bójcie się, bo oto Lillkowi się uroiło, że Lillek będzie pisał powieści młodzieżowe. Koniec świata, apokalipsa, zamykamy nasz teatrzyk.

A wojna, pytacie? Cóż, wieści z frontu jest wiele, a jednocześnie nie ma żadnych. Porady Pani Ekspert dziś były bezcenne, ale kto wie, czy jutro nie okażą się bezużyteczne - kto tam zgłębi naturę rozmaitych istnień.

No przecież nie ja!

Lill, ta fioletowa 29/10/2008 20:43:13 [komentarzy 3] Jakieś pytania?

183. Nah nah nah.

Nie chciała się drugi raz w życiu angażować w śledztwo, miała złe wspomnienia z podobnych akcji… A jednocześnie w jej czterdziestoletnich żyłach krew poczęła nagle krążyć szybciej, zaś serce biło w nieznanym dotąd rytmie. Myślała o wszystkim tym, co przez ponad dekadę znała tylko z powieści, bowiem jej własne wspomnienia zatarły się nadspodziewanie szybko. Przesiadywanie z lornetką naprzeciwko płonących demonicznym blaskiem świateł za szklanymi szybami, skrywanie się w deszczu za rogiem, czując spływające pod kapturem krople potu, udawanie głupiutkiej, zagubionej blondynki w samym środku podejrzanej dzielnicy… To wszystko nagle ożyło, stało się na wyciągnięcie ręki. Ciśnienie skakało w tempie kozłowanej piłki, a w brzuchu krążyły trzepoczące motyle. Niosąc herbatę, Eileen czuła, jak zmarszczki wygładzają jej się w piorunującym tempie, a na twarz wstępuje młodzieńczy rumieniec. Znów miała błyszczące oczy i dwadzieścia osiem lat na karku.
Nie mogła się oprzeć takiej okazji.

(JL, "Pfleger")

A ja chyba jestem jak Eileen. Cóż, może to ostatnie Warsztaty tak rozpaliły we mnie tę chęć poszukiwania, chęć zwęszenia zagadki. I może niepotrzebnie dopisuję ideologię do czegoś, co w tym wieku jest zupełnie normalne - ale naprawdę chcę wierzyć, że tuż za rogiem (kto wie, czy nie dosłownie) czeka na mnie zagadka życia. Tak jak pisałam w "Notatniku Twórczym" i tak jak pisałam tu, czas na kolejny gatunek filmowy w moim życiu. Czemużby nie film przygodowy?

Oczywiście, na razie cała ta afera zamarła, głównie z mojej lekkiej bezsilności, bo nie mam pojęcia, z której strony to ugryźć (specjalista - Bezprawny - radzi: "Gryź od tyłka", ale chyba z tego nie skorzystam). Kwestia czasu, choć tego akurat nie mam zbyt wiele. Ale nic to, od czego jest prywatny dobowydłużacz Lill fioletowej?

Wczoraj było pięknie. Dzisiaj zresztą też, poza tym, że znowu coś na mnie kaszle, ale to przecież margines. Ale nie, mówimy o wczoraj. Słodka wolność, błękitne niebo, huśtawka i ja. Nie mogłam wytrzymać w czterech ścianach, uciekłam, tak po prostu. Byłam wszędzie i nigdzie, przemierzyłam świat i wróciłam po dwóch godzinach, wprawdzie bez bukietu czerwonych róż, ale z uśmiechem, który widać było z księżyca. Taka idealna pustka w głowie, tego mi było trzeba. I pies wtulony we mnie nocą, gdy na chwilę otworzyłam oczy. Moja Rudź, tylko moja. Było KZ.

Dziś też, bo przecież bieganie wśród żółtych liści i pilnowanie "tej małpy rudouchej" to moje ukochane zajęcie. Zwłaszcza piękne "dziecko, nie wchodź na cmentarz" i to, że się jednak cwaniara wcisnęła, wyczekawszy momentu, w którym stracę czujność. Oczywiście, mogło być o wiele lepiej, bez podręcznika od historii albo wyrzutów sumienia. I bez stresu, że zapodziałam błyszczyk, bo ów w końcu odnalazł się... tuż za rogiem. Wraz z nim flaszka, ale nie sprawdzałam, czy pełna.

- Tobie błyszczyk wypadł z kieszeni, a komuś flaszka.
- Też z kieszeni?

I jeszcze sny o Gangu Dzikich Węży, nic to, kto w tym śnie mówił do mnie per "kochanie" (spróbowałby powiedzieć w rzeczywistości - zginąłby marnie) i z kim umawiała się tam Avil. Przynajmniej było zabawnie. Tak w samym śnie, jak i potem, podczas snucia wizji na temat tego, jak napaść człowieka w poczekalni PKP. Ja już współczuję obiektowi naszych rozmów. I chyba mu to powiem, nie wiem, jak, ale powiem.

Będzie wesoło.

- Nie można być jednocześnie mężczyzną, sympatycznym i ładnie pisać. To się wyklucza!
- Zupełnie jak być jednocześnie pięknym i mądrym.
- A ja to co?

"Jak ktoś jest żłób, będzie żłób, dwadzieścia minut przerwy". Młynarski rządzi! I przeróbka Młynarskiego też, żeby nie było. Chociaż ze mnie mistrz dźwięku raczej nie będzie.

- A ten weterynarz to czynny jest?
- A co, czujesz się chory?

Tak, jestem okropna. Dobrze, już się nie chwalę. Idę, zgodnie z obietnicą, poszukać w słowniku jakichś pejoratywnych określeń. Czas rozszerzyć słownictwo.

Ale i tak będę mówić, że życie bywa KZ!


Lill, ta fioletowa 25/10/2008 21:54:50 [komentarzy 2] Jakieś pytania?

Best of best albo "trzy ćwierci do śmierci"

Prolog

Nie wiem, co napisać. Za Chiny Ludowe nie wiem. Od czwartku w praktyce zdarzyło się tyle, że starczyłoby na spore objętościowo dzieło z półki "pozytywnie zakręcone fantasy". Serio, serio.
Jako że na całą opowieść nie starczyłby i tydzień, ograniczę się do wątków głównych w postaci pogoni za Duńską Łajzą oraz Parady Równości. Cała reszta niechaj pozostanie między wierszami.

A zatem Lill fioletowa zaprasza na

Speedway Anno Domini 2008 - The Best of


Akt Pierwszy: Jaki tu (nie)spokój

Moja potencjalna kariera dziennikarska właśnie legła w gruzach. Bo czy ktoś potraktuje poważnie dziewczynę, która z mokrymi włosami leciała przez parking, podskakując i na marcinkiewiczowską modłę wrzeszcząc "Yes! Yes! Yes!"? (...)
A na początku wszystko było nie to. Autobus nie ten, godzina nie ta, komórki rozładowane i pogoda też nie taka jak trzeba. Mówiłam nawet dziadkowi, że jak następnym razem wpadnę na równie kretyński pomysł, ma mnie przełożyć przez kolano i zdzielić kijem w miejsce, gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę. Tym bardziej, że na trening się, rzecz jasna, spóźniliśmy i ogólnie był zad blady bardzo. Deszcz lał, a my wisieliśmy na żółtej bramie, wołając co jakiś czas "Hej, jełopy" do przemykającego ludu. Dziadek pierzchnął w stronę trybun i tyle go widzieli, a ja kwitłam z nadzieją, że ktoś zainteresuje się mokrymi kibicami. Nadzieja matką głupich.
Potem była Marta. Znaczy, właściwie była wcześniej, ale potem jej rola w naszej opowiastce urosła do rangi pierwszoplanowej. Bez niej bowiem nie odważyłabym się na wiele rzeczy, jak na przykład na krążenie po okolicach parkingu, czekając na cud.
Ktoś kiedyś mówił, że cuda mają licencję na zdarzanie się.
Tym razem Los zesłał prezent w postaci Miłego Pana (tm) z Ochrony. Wzruszony naszym widokiem (dwie zmokłe kury), zlitował się nad nami i otworzył podwoje niedostępnego zwykłym śmiertelnikom parkingu dla busów, skąd prosta droga prowadziła do parku maszyn. Przy okazji napomknął, żebyśmy nie nastawiały się, że spotkamy któregokolwiek z zawodników. Myślicie, że usłuchałyśmy? Nie! I bardzo dobrze, jak się okazało.
Już po chwili capnęłyśmy Herbiego, który z uśmiechem maszerował ku Cieślakowi. Nie wnikam. Sympatyczny facet, tylko trochę "dziadowato" wyglądał z kilkudniowym zarostem. I mały był, o, jak Chris zresztą, którego utrafiłyśmy w następnej kolejności. Jakieś rolnicze zapędy faktycznie w nim siedzą, bo tak dziwnie spozierał na mój od teraz święty długopis z krówką-Malwinką. (...)
Potem był Smoła, który chyba mnie nie poznał, nie wykazywał bowiem morderczych zapędów. Chyba że za takowe można poczytać jego "What do you want?". Podsunęłyśmy mu skwapliwie notesiki. "Ah, autograph". Cóż, konsekwentnie grałyśmy niemowy, ale chyba nie miał nam tego za złe. Lubię Niemców.
I były powroty, przynajmniej chwilowe. Musiałam pokazać dziadkowi, że żyję. Na mój widok przeleciał przez zepsutą bramę, a Mniej Miły Pan (tm) z Ochrony cofnął go brutalnie na drugą stronę. Nas nie - i bardzo dobrze.
(...)
Nastał namiot, który okazał się najistotniejszym siedliskiem. Oczywiście, jak na złość, wychodziły z niego wszystkie możliwe osoby, poza Tą Duńską Łajzą (tm). Doczekałyśmy się jednakowoż. Nie, do mnie stanowczo nie dociera, że stałam oko w oko z mistrzem świata, że go widziałam, że... Dobra, skończmy motyw. Patrzę na gryzmoł w zeszyciku i nie pojmuję, że po trzech latach wreszcie się udało. Co nie zmienia faktu, że po słynnym "biciu Allahów" i striptizie robionym niechcący, teraz dla odmiany wyglądałam jak zmokła kura. Tylko Boże, chroń Kr(ól)ową, jeśli zapadł mu w pamięć taki obraz przyszłej dziennikarki.
Na końcu zaś nastało to, o czym już mówiłam. Gest Marcinkiewicza i rekord w biegu z przystanku do domu. Ale zapalenia płuc nie dostałam, o!

(Nieuczesany Szkicownik, "The GrowlSite", 17 X '08)

Akt Drugi: Apator K, Apator S...

...w leszczyńskim sektorze. Nie będę pokazywać paluchem, czyj to był pomysł. W każdym razie działy się rzeczy niewymowne wręcz, zwłaszcza gdy ksM wzięto najpierw za policjanta, a potem za polityka (no bo kto zakłada TAKI strój na żużel?), co wyrażono dość... niewybrednymi słowami. Równie ciekawi byli panowie, ktorzy trzymali się drzew, próbując zobaczyć cokolwiek.
- Ty, bo odlecisz!
- To polecę!
- I ch... z tobą!
Ale tego sektora Wam nie wybaczę, pyski, o. Co to za porządki, żebym nie mogła się legalnie cieszyć z un sogno di gloria, la nostra vittoria? (Właśnie, gdzie moja Em?)

I ksiądz w MOIM szaliku. Masakra absolutna. Ale warto było, niezaprzeczalnie, chociaż widziałam słownie nic. Znaczy, nic z żużla. Bo tak to widziałam bardzo wiele - zwłaszcza panów z ZOMO, których moja ulubiona Kłakowilczyca uwieczniła na filmie pod wymownym tytułem "Parada Równości". To trzeba zobaczyć - jak tylko od niej wydobędę (a to może być kłopotliwe), to jakoś udostępnię, podobnież zresztą jak Upiorną Fotografię i "Pocztówkę z Iraku" (czy tylko mi ten tytuł kojarzy się z "Pocztówką z Eskilstuny"?). Oraz "Szampan, szampan" (tak, chodziło mi o SZAMPAN!).
Są takie chwile, dla których warto żyć. Jedna z nich nastała właśnie w niedzielę. I chodzi mi tu o CAŁA niedzielę, bo równie piękne były rozmowy w Servusie czy genialne dialogi w Szweju. Tak, pożegnanie Szweja a.D. 2008, pożegnanie GP (a nie, to sobota, chociaż zlały mi się te dni w jedno)... I pożegnanie stadionu. Czyli wracamy do tematu.

Przepraszam za ten brak chronologii, ale tam nie było logiki za grosz, a następstwo czasowe w przypadku tego meczu to bujda kosmiczna. Przynajmniej z naszej perspektywy (piąty rząd stojący, wynik poznawaliśmy po reakcjach Leszna). Tylko ksM coś widział, stercząc na ogrodzeniu, ale wątpię, by on rozumiał, o co chodzi i którzy są nasi. Zresztą używanie w tamtym sektorze określenia "nasi" byłoby raczej groźne. Podobnie jak piękna akcja, gdy chcąc się w przerwie posilić "dzikimi wężami" od Haribo, przypadkiem wyciągnęłam... szalik. I nie chodzi tu o mój nieodłączny, różowy szal.

Nikt mnie nie pobił. A nawet jeśli, to co? Warto było! Słyszycie?! WARTO!!!

Apator K
Apator S
Apator MISTRZEM POLSKI JEST, o!

Aż mi się chce zaśpiewać Marylki Rodowicz "Czy było warto". Zresztą, moja playlista ostatnio nie należy do rozwiniętych: "Stand up", ruska wersja "We are the champions", "Go west", "Parole nel vento" i nieśmiertelne "Northern Star". Wszyscy wiemy, o co chodzi.

Chciałabym jeszcze raz móc pełnym głosem zaśpiewać z Dor "Sto lat", nie bacząc na patrzących na nas ludzi. Chciałabym jeszcze raz pozować do szalonego zdjęcia. Chciałabym jeszcze raz zatopić się w gwiazdach, nie czując nic poza przepełniającym mnie szczęściem. I chciałabym, żeby jeszcze raz zdarzył się taki sezon. Niestety, to ostatnie to raczej tylko sfera marzeń - cuda przecież się nie powtarzają.

Zawsze zostają wspomnienia. Wspomnienia z najpiękniejszego weekendu na świecie.

Reality kicks in - czyli epilog

Bo tak naprawdę zdarzyło się dużo, dużo więcej. Mogłabym godzinami opowiadać o tym, jak w sobotę uczyłam Dor chemii (jakby w tym wszystkim, co robiłyśmy, było miejsce na coś tak prozaicznego jak chemia), jak tuż po Siódmym Biegu rozdzwoniły się telefon, a "Wujek od Pani Sch." (czyli Jarko) z rozwianym włosem wpadł do domu, czy jak wczoraj powracałam tramwajem na dworzec PeKaeS, słuchając wynurzeń Twaroga (i wcale nie mam na myśli, że wsłuchuję się w bulgotanie nabiału, nie myślcie sobie). Tylko niestety, nie starczy czasu ni miejsca. Widać muszę zachować tę historię dla wnuków, o ile się takowych kiedyś doczekam.

Zresztą, mam już temat na kolejną opowiastkę, o ile mi się nastrój uchowa. Klimaty powieściowe, bo choć samo tworzenie ostatnio jest nieosiągalne, to myślenie o tworzeniu mnie nie opuszcza. I waham się, waham nieco diabolicznie, czy zaryzykować i ruszyć podjętym tropem, czy samej dopowiedzieć historię. To drugie jest o tyle niebezpieczne, że moje dopowiedzenia zbyt często lubią się spełniać. Z kolei historia, która mi lata po głowie, nie byłaby zbyt fortunna dla paru osób i prawdopodobnie zrobiłoby mi się ich żal. Jakkolwiek.

A w ogóle to nie miałam racji, wciskając dziś Krzysiowi, że jesteśmy całkiem normalne. Bo ja nie jestem. Ile jest jeszcze osób na świecie, które po dobijająco szarym i kacowonastrojowym dniu potrafią lecieć przez wrzosowisko za P&P, wrzeszcząc: "Jakie to życie jest, k..., z...."? No, ile?

Lill, ta fioletowa 21/10/2008 21:00:18 [komentarzy 8] Jakieś pytania?

181. Grunt to bunt.

Psychodelirium ciąg dalszy, ale mi to całkiem w smak. Takie oderwanie od świata, tak ciepło mi i bezpiecznie. Josh Groban na cały regulator, a na pysiątku bezmyślny uśmiech, ilekroć spojrzę w dal. Tylko octem jabłkowym cuchnie od ładnych paru dni i nie wiem, co z tym fantem zrobić.

No jak to, co? Przyzwyczajać się!

Wena mnie przyparła do muru, jak zwykle w momencie najgorszym z możliwych. Chwilowo otaczają mnie cząsteczki innych niecierpiących trupa... przepraszam, zwłoki... spraw. Na przykład olimpiada z angielskiego, o której się dzisiaj dowiedziałam, że jest za miesiąc (wiem, to skomplikowanie brzmi). Żeby jeszcze ten stos książek uformowany na stoliku... Nie, nie chodzi o to, żeby mi nie spadł na łepetynę, chociaż to też. Żeby tak chciał wtłoczyć mi się do głowy bez udziału mojej osoby, na przykład we śnie. Chyba wolę śnić o regułkach gramatycznych niż ten surrealizm, który ostatnio nie chce mnie opuścić. Choć nie powiem, cenne są niektóre elementy, można je wpleść do powieści. Oczywiście, teraz mi wyjdzie zapewne, że Anna Meier w młodości chlała na trzepaku z metalami tanie wino, ale dobra. Nie było motywu, zresztą, wy jeszcze nie znacie Anny Meier i przez najbliższe lata raczej jej nie poznacie. Za PRLu bywały plany sześcioletnie, a ja mam plan stuletni. Dzisiaj to rozpisałam dokładnie i brzmi, zaiste, kusząco. Wiecie, powieści, opowiadania, komiksy, felietony, musicale (całe dwa), Speedway Cafe i ISU (nie pytajcie!!!). Przynajmniej mam w życiu cel.

Ech, życie... Nie mówić mi o życiu, bo po pewnym dzisiejszym epizodzie temat ten wzbudza u mnie szczególny rodzaj buntu. Bunt Poszukującej (tylko w kinach...Przepraszam, odwala mi!). Tak jak Julia w "Śmierci Człowieka", tak i ja nie godzę się na bycie wyłącznie postronnym obserwatorem. Życie to walka, więc zaangażuję się w tę walkę całym sercem, bo tak tylko potrafię. Zresztą, to już chyba wiecie. Joanna L. potrafi walczyć o swoje, o. Joanna R. też, tylko musi się jeszcze nauczyć tej pewności. Cóż, chyba właśnie odbija mi się czkawką robienie za dwie osoby naraz.

I znowu ktoś mi proponował pracę. To wręcz niemoralne. A ja znowu odrzuciłam, co jest jeszcze bardziej niemoralne. Ale co tam, nie będę się rozmieniać na drobne. W ogóle nie będę niczego już rozmieniać, bo przez to rozmienianie straciłam kwadrans. Ale to temat na osobną notkę, podobnie jak wczorajsze spotkanie abstynentów... absolwentów... w getsie. Nie, i tak raczej nie zrozumielibyście istoty sprawy, bo to trzeba znać ksM ("A, po pieniądze przyszłaś"), panią B. i całą resztę zakręconej ekipy.

- ...Ona jest fizyczką, a jej mąż to chemik.
- To o czym oni rozmawiają?
- Pewnie o jądrach... atomowych.

Wiem, jestem Okrrropna, dziękuję za komplement.

Pewnie nie zamelduję się tu już przed weekendowym speedway-maratonem, a szkoda. W każdym razie wierzę głęboko, że we wtorek (bo w poniedziałek znów warsztaty) będę mogła Wam obszernie opowiedzieć o tym, jak Smoła do spółki z Saintem ganiali mnie po Złym Mieście z siekierami (siekiery niestety muszą załatwić we własnym zakresie, bo mnie z takim bagażem nie wpuściliby do pociągu, a do pekaesu tym bardziej. No i, rzecz jasna, opowiem o tym, jak ksM machał moim apatorskim szalikiem, a Ekipa się za niego wstydziła. I o tym, jak piłam w sobotę hektolitry... wody. Tylko jeszcze nie wiem, ze szczęścia czy ze smutku. Zresztą, nie ma to tamto, szykuje się wesoły weekend. Byle przeżyć jutro...

Co tam, dam radę! W końcu "wszyscy mnie znają i wszyscy mnie kochają", że tak zacytuję mój senny monolog odnośnie pociągania (za kaptur, zboczuchy!) nieznajomych. To tak w kontekście piątku i okolic. Albo i niekoniecznie, ha, domyślcie się sami kontekstu.

Lill, ta fioletowa 15/10/2008 21:04:08 [komentarzy 7] Jakieś pytania?

180. We're just one big family

Stan względnego porządku długo nie pociągnął, zgodnie zresztą z zapowiedziami. Od paru dni walają mi się po pokoju jakieś dzikie węże, cytując panią prof. Rybę (która dziś zabiła mnie na śmerć, idąc korytarzem i śpiewając "przegryź to sam"), na biurku spotykam wydruk "Siedmiu" z bezcennymi komentarzami autorki, a pod stołem znajduję pestkę od śliwki, z której jakimś cudem nie wyrosło jeszcze miniaturowe drzewko. A nadto zajmuje mnie bezustannie kwestia jubileuszu i wszystkiego, co dookoła - włącznie z tym, że jutro na wpół do dziewiątej muszę pofatygować się do kościoła, żeby śpiewać na mszy. To mnie chyba przerasta...

Ale nie jest źle, nie narzekajmy. Mam znakomitą świadomość, że permanentny stan mego umysłu jest do bólu dodatni i tylko od czasu do czasu jakieś Judasze w typie Buractwo Polne, ewentualnie niesprawiedliwości ewidentne się pałętają. O wczorajszym nie chcę rozmawiać, bez komentarza. Ale zemsta, wierzajta mi, będzie słodka. Trzeci raz ktoś ze mną zadziera i trzeci raz nie wie, na co się porywa. Są rzeczy, których dobrowolnie nie odpuszczę. A to, że teoretycznie jestem na przegranej pozycji? Teoria jest od tego, żeby ją podważać, o.

Na poprawienie humoru odbiłam sobie na historii, co się ze mną porobiło... Co najlepsze - nawet nie ruszyłam zeszytu w domu. Jak zwykle, Wielka Improwizacja zdała egzamin. Jak tu się nie cieszyć? Tym bardziej, że oto nadchodzi weekend, co z tego że niekoniecznie wolny, skoro i tak może być wcale ciekawie. Nie zmienia to faktu, że boję się jak diabli, ale przemilczmy.

Albo i nie.

Ziemo (26-04-2008 18:51)

żeby to jedna gp decydowała o życiu

Lill (26-04-2008 18:52)

o życiu nie, ale o jutrzejszym poranku jak najbardziej

Coś w ten ton. Miło by było powitać niedzielę jednakowoż z uśmiechem. Cztery dni podłego nastroju w ciągu półtora miesiąca to wystarczająco dużo, zaiste. Ale na razie grunt to no stress, jakkolwiek słowa te w obliczu wszechświata są niebezpieczne.

A mi się nie chce. Tak normalnie, po ludzku mi się nie chce. Siedziałabym na kanapie, układała puzzle i dumała nad krasną Prahą, ewentualnie nad czymkolwiek innym, choćby dlaczego dziesięć piosenek na mojej playliście ma "Christmas" w tytule albo dlaczego czasem mam ukłucie tęsknoty za starymi, złymi czasami. I nie, nie mówię tu o Warszawie sensu stricto, ale raczej o paru takich przypadkach. No, wiecie, co mam na myśli, co się będę produkować.

Pozytyw jakowyś? Definitywnie. Bo mam to szczęście, że mogę się przelać na wyższy poziom rzeczywistości, gdzie nie zdarzyło się nic, co miało miejsce tutaj. Mogę żyć wzwolnionym tempie, w szalonym półśnie, dryfując od jednej wolnej myśli do drugiej. Artystyczna bohema wita, wypalmy fajkę pokoju, która wciąż stoi na regale Niuli, który nota bene zobowiązałam się uporządkować. Cóż, przemilczmy lepiej tę kwestię.

A Jason Mraz twierdzi, że "jesteśmy jedną wielką rodziną", miło by było. Chwileczkę... Jason? Nieee, proszę, nie Jason, żaden Jason przed jutrem. Ja naprawdę nie lubię patrzeć na katastrofy. Może to dziwne, ale nie chcę być świadkiem wielkiego dramatu w dwudziestu trzech aktach. Myślcie o mnie, co chcecie.

Chyba się wyżyję twórczo. Ktoś zamawiał "Pflegera"?

Lill, ta fioletowa 10/10/2008 21:17:02 [komentarzy 8] Jakieś pytania?

179. Maybe the stars are crazy

Sometimes the one thing,
that you´re looking for
Will be the one thing,
you can´t see

(Sylver, "Why worry")

To się fachowo powinno nazywać psychodelirium. Wiecie, połączenie psychodelii i delirium. I nieważne, że psychodelia z dobrego humoru, a delirium z wybitnie późnej pory (dawno mnie świat nie widział o pierwszej w nocy) - bo liczy się efekt. Efekt zaś był zbyt wielki i zbyt dziwaczny, bym mogła go pominąć taktownym milczeniem. Moje triumfalne "wiedziałam!", ta scena... Głos, który wcale nie był obcy. Jejku, albo naprawdę wypsnęło mi się jakieś proroctwo, albo dosięgają mnie początki schizofrenii. A w każdym razie pogłębia się zaburzenie osobowości. Co najgorsze, dla mnie to nie jest coś, co zsługiwałoby na miano choroby, chociaż czasem bywa kłopotliwe.

Nieważne. Cóż mogło mi się przytrafić piękniejszego, niż możliwość życia dwoma życiami jednocześnie? Dwie mnie, dwie odrębne egzystencje, co z tego, że jedna z nich tylko w głowie? To mnie chroni przed szaleństwem i daje nadzieję. A nadzieja w dzisiejszych czasach stanowi towar stanowczo deficytowy. Chociaż... Dobrze, zostawmy temat, bo nie chcemy tu wywołać tak zwanego złego ducha, prawda?

W każdym razie mówię - jeśli okaże się, że ten sen miał w sobie choć ziarno prawdy, oficjalnie obwołam się prorokiem. Nie żartuję. Po słynnym już trzecim miejscu przez cały dzień łaziłam z kartką "Jestem prorokiem", to teraz musiałabym chodzić przez miesiąc przynajmniej. I zrobię to, zaiste, zrobię to... Bo takie przepowiednie są stanowczo niemoralne, o!

A dziś przeżyłam szok. Autentyczny. Było dokładnie jak w piosence Sylvera, znaczy w tym kawałku, który zacytowałam znacznie wyżej. To zdumiewające, jaka ja ślepa byłam. Konkretnie zaś wyglądało to tak: od kilku miesięcy szukałam "Gwiezdnego Pyłu". Bezskutecznie, pół Polski za tą książką obleciałam i nic. A dziś odstawiałam jakieś niuline katalogi na dobrze mi znaną półkę na niulinym regale i z ciekawości wodziłam wzrokiem po tytułach, jak już nieraz robiłam. "Chrystus wczoraj, dziś i na wieki", "Dzienniki" Kisielewskiego... "Gwiezdny Pył" Gaimana. Oglądałam tę półkę niezliczoną ilość razy... Niebywałe, że wcześniej nie zauważyłam, że on tam sobie niepozornie stoi. No, ale efekty są, bo "Gwiezdny Pył" mam już za sobą. Świetna książka, a film odbiegał od niej znacznie pod jednym, zasadniczym względem: w książce nic nie bylo czarne ani białe. Nawet czarownica okazała się pokojowo nastawioną staruszką. A Una to w ogóle... Mistrzostwo. No i Yvaine, moja ulubienica, przepadam za bohaterkami, które muszą sobie same wychować matołków, z jakimi przychodzi im wędrować. Resztki mojej feministycznej natury się kłaniają.

- W Biblii mamy Ewę, w mitologii Pandorę...
- Wychodzi na to, że wszystkie nieszczęścia stały się przez kobiety.
- Wiadomo, mężczyźni to pisali!

Takie polskie to ja lubię.

I hm, chyba coś pękło. Możemy zapomnieć o postawie roszczeniowej. Życie codziennie mnie zaskakuje.


Lill, ta fioletowa 4/10/2008 21:11:44 [komentarzy 7] Jakieś pytania?

Stare papierki
2015
Marzec
2014
Czerwiec
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2013
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2012
Wrzesień
Lipiec
Czerwiec
Kwiecień
Marzec
Styczeń
2011
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2010
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2009
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2008
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2007
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń

Galeria twarzy
Kiimi
Ziemo
Jah
Avil
An-Nah
Garcinda
Ada
Schmittka
Cineva
Mal
Mestari

Autobiografia
(klik)

Notka
Zdjęcie na szablonie własne. Słowa też moje. Szablon przejściowy. Czcionka z Serwisu.
Chcesz coś? Poproś.