Zobacz wszytkie serwisy JOE.pl
blogiblog4u.pl blogiblogasek.pl katalog stronwjo.pl avataryavatary.ork.pl czcionkiczcionki.joe.pl aliasydai.pl, ork.pl, j6.pl tapety tapety.joe.pl obrazkiobrazki na NK
Online: ---
zdrowie i choroby nieruchomości na mapie
Pamiętnik pewnej Okrrropnej Kreatury.
Szablon

65. VII Noc Cudów - "Sam na sam z miliardem gwiazd"

Nigdy nie przeklinam na głos. No, prawie nigdy.
(JL, "Skandal!")

Przyznam się otwarcie, że kiedy usłyszałam po raz pierwszy o wyprawie do Torunia, byłam do tego pomysłu nastawiona co najmniej sceptycznie. Bo tak w środku tygodnia, na jeden dzień? Po co, na co, dlaczego? Cóż, potem się okazało, że mamy pojechać w czwartek. Potrzebowałam jakichś dwudziestu czterech godzin, żeby skojarzyć, że na ten sam czwartek przełożono mecz z Jaskółkami. I ten argument wygrał - tak w skrócie wyglądała geneza wypadu do Wsi Toruńskiej, z którego powróciłam raptem godzinę temu.


Co było przed meczem, opowiedzieć nie sposób. Zresztą, chyba byscie nie zrozumieli, co śmiesznego może być w widelcu (albo raczej w kombinacji widelec + Niula) i dlaczego spędziliśmy bitą godzinę pod rozpadającą się stacją kolejową w miejscowości o malowniczej nazwie Międzyborów. Przejdźmy zatem do części zasadniczej, którą wczoraj wieczorem notowałam sobie na wyrwanych z notesu dziadka kartkach:

Bez programu, bez aparatu, bez żadnych "rozpraszaczy" (nie licząc stale-na-podorędziu komórki). Sztuka dla sztuki, a żużel dla żużla. To nieźle brzmi, prawda? Tak... nonszalancko, elegancki rodzaj "tumiwisizmu" wręcz. Cóż, w praktyce w całej tej historii nie było cienia wykalkulowanej elegancji - którą nieopatrznie chciał mi przypisać poznany na stadionie kibic (choina wie, czy nie z Tarnowa) - a jedynie zbiór mniej lub bardziej szczęśliwych przypadków. Komórkę z aparatem zostawiłam w torbie (a tę z kolei w bagażniku, uznając, że co za dużo, to niezdrowo i paradowanie z wielkim, obczepionym znaczkami czymś byłoby uznane za niesmaczne i szpanerskie), a programów zabrakło w kasie. Całe szczęście, bo zabrakłoby mi na szalik, który i tak zdobyłam po okazyjnej cenie (29,48 zł - bo tylko tyle miałam przy sobie, a facet od szalików się zlitował).

Potem były wielkie zawody, dyskusje ze wspomnianym kibicem-może-z-Tarnowa o cenach biletów i Gollobie, śpiewanie temu ostatniemu: "Nie płacz, Tomek, bo tu miejsca brak na twe męskie łzy..." i podskakiwanie w takt hermeshousebandowskiej wersji "Kiss him goodbye". Nie było chwili, żebym się nie śmiała, nawet złośliwych aluzji na temat fair play słuchałam z uniesionymi w górę kącikami ust (koneserzy się znaleźli, dobre sobie...). Było przezarąbiście, a przede wszystkim... Och, a może nie pownnam tego mówić? Dobra, skoro zaczęłam, to jednak skończę - miałam ostatnio chwilowe załamanie i przez jakiś czas wydawało mi się, że tracę serce do speedway'a. Proszę, nie pytajcie, dlaczego, bo to dziwna historia i zbyt osobista, by opowiedzieć o tym przyjaciołom, a co dopiero spowiadać się publicznie. W każdym razie odblokowałam się i miłość do czarnego buchnęła znów z całą mocą.

Wracałam do dziadków przeziębiona, przeszczęśliwa i ze łzami w oczach, dyskretnie ocieranymi, gdy radio grzmiało głosem Tiny Turner. A jednocześnie drżała we mnie nutka niepewności, co zdarzy się na drugi i ostatnim etapie żużlowego wieczorku we Wsi. W pewnym momencie stwierdziłam, że guzik z pętelką, nie wolno wymagać za wiele, ELRC będę oglądać dla żużla, a nie dla wyników. Nie moja wina, że wyniki były potem wymarzone.

I nie tylko wyniki, tak przyznam po cichu. Dość powiedzieć, że czuwałam do pierwszej w nocy, w pełnej gotowości - w razie gdyby kaseta się skończyła podczas nagrywania, miałam wrzucić drugą i nastawić na powtórkę o siódmej rano. A że przy okazji grałam w speedway3D to już inna historia - i szlag mnie trafił, bo przed ostatnim turniejem miałam 5 punktów przewagi nad Crumpem, ale byłam tak śpiąca, że tego turnieju już nie rozegrałam. Wracając zaś do żużla w TV - może po tym "odblokowaniu" patrzę na pewne kwestie inaczej, ale jakoś tak wyjątkowo sympatycznie mi się te zawody oglądało. Pomimo mojej umiarkowanej sympatii do Lorka, stwierdzam, że jest najlepszym obecnie polskim komentatorem od żużla. A zaraz potem kaseta strzeliła, wymieniłam ją, nastawiłam wideo i poszłam spać.

A dziś była wielka polka z Avil przed południem, nogi mnie do teraz bolą, bo dwa dni nadużywania kończyn tylnych jakoś muszą się odbić. Fakt faktem, było miło. Nawet autobus, ktory zabrał mnie od Av, wyglądał wyjątkowo sympatycznie. Potem podróż w deszczu, korkach i z psem w stanie zwanym cieczką, o której nie można powiedzieć niczego poza tym, że była nieprzyzwoicie długa. Ledwie dorwałam komputer i gadu, a tu odezwał się człowiek z bardzo ciekawą propozycją. Hm, wracamy do stanu "jest-dobrze-albo-nawet-lepiej"? Jeśli mam być szczera, to po wczorajszej Nocy Cudów (bo wieczorek żużlowy ze względu zarówno na przebieg, jak i rezultat, zasługuje w pełni na to miano) życie zrobiło się całkiem ładne. Co nie zmienia faktu, że może być jeszcze ładniejsze - ale żeby tak się stało, muszę wysłać pewnego maila i zakończyć jeden z mniej przyjemnych etapów. Albowiem, niestety, epilog nie był epilogiem i moja rola w Sprawie Honoru jeszcze się nie zakończyła. Ale to temat na osobną historię.


PS: Miałam napisać o komiksach, ale doszłam do wniosku, że to nie historia na publicznego bloga...

Lill, ta fioletowa 31/08/2007 20:13:38 [komentarzy 4] Jakieś pytania?

64. Live my life once again

You think it's like an old photograph
Or an simple ink scrap
Everything is easy, all in black or white
Don't see grey details

(JL, "Black&White")

Dawno już tak nie było. Tak... dziwnie, bo chyba tylko to słowo tu pasuje. Właściwie to nigdy tak nie było. A jednocześnie mam świadomość, że dokładnie rok temu było tak samo. Paradoks, prawda? Też miałam wiele, czułam się kimś, wreszcie wiedziałam, że żyję. Ale jest zasadnicza różnica - wtedy musiałam oddać wszystko, co udało mi się zdobyć. Fakt faktem, przeprowadzka do Warszawy całkowicie zburzyła mój świat, a dodając do tego pewien nieprzyjemny incydent, wyszło jak wyszło - w ciągu miesiąca straciłam wszystko, do czego dochodziłam przez tyle czasu.

Nie pamiętam już, ile łez przepłakałam i jak często chciałam wrócić do domu albo obudzić się z tego koszmarnego snu we własnym łóżku, stwierdzić, że nadal jestem TĄ osobą i nic nie uległo zmianie. Cóż, nie ma tak prosto.

Ale wiecie? Ja właściwie się cieszę. Bo dziś, gdy mija dokładnie rok od mojego przyjazdu do Miasta Absurdu, wiem, że jestem nawet nieco dalej niż byłam rok temu. Przede wszystkim dlatego, że umiałam drugi raz dojść do tego etapu, na którym już byłam. Myślicie, że nie bolało, że nie miałam dosyć, że wszystko było tip-top? Albo lepiej - że bolało jak jasna choinka, ale ja się nie dawałam, twarda baba byłam? Guzik prawda! Po prostu miałam ograniczoną możliwość ucieczki. A właściwie nie miałam żadnej. To też było łatwiejsze w Toruniu - kiedy miałam wszystkiego dosyć, pakowałam manatki i jechałam do dziadków. Cóż, teraz mogłabym pojechać tylko do Jarka i spółki, a jakoś nieśpieszno mi do luksusu i szafeczek typu click-clack.

Tak na dobrą sprawę, nie powinnam narzekać. Jest fajnie... jest inaczej. Może gdybym została, byłoby lepiej - ale nie ma co gdybać.

Chociaż stawiam wszystkie oszczędności, że nie byłoby lepiej. Bo kiedy sama nie wiem, czego chcę, życie wybiera za mnie i zawsze, ale to zawsze, dokonuje właściwego wyboru.

Jest prawie jak przed rokiem. Niebieski notes, "Pray" Vanillek w głośnikach, no, tylko że teraz mam komputer. I jeszcze jedno - wtedy zaczynałam, dziś kontynuuję. Ot co.

PS: Czym się leczy zakochanie? Ja w tych sprawach jestem zielona...


Lill, ta fioletowa 28/08/2007 00:00:11 [komentarzy 10] Jakieś pytania?

63. Wakacje 2007 - Pod sztandarem "Forever unforgettable"

Przed komputerem, bo nie mam programu na mazy (nie zdążyłam wypełnić/nie chciało mi się wypełnić), zastanawiając się, co wziąć do Miasta Absurdu, żegnam moje prywatne wakacje. Pożegnanie smutną rzeczą jest i tu akurat jestem zupełnie nieoryginalna - w każdym razie od momentu pożegnania z Avil koło domu dziadków zbiera mi się na płacz. Mniejsza o to. Teraz nie zamierzam płakać - oto bowiem prywatna toplista panny fioletowej, czyli krótkie "The best of" mijających wakacji:

1. Miejsce: Stadion żużlowy w Lesznie (wraz z przyległościami) - W szczególności miejsca numer jeden i dwa w rzędzie piętnastym sektora B (zwłaszcza biorąc pod uwagę egzystujące tam towarzycho w postaci Chóru Mieszanego, Leszczyniaka z bandą, fanów Harrisa i Janka od Kiełbasek). Również ławeczka, z której z Zabójcą oglądaliśmy zagubione Duńskie Dzecko oraz Bardzo Pijanych Polaków, czy moje cudowne stoisko* pod namiotem Dunów.

2. Przedmiot: I tu miałam sporą zagwozdkę, przyznam szczerze. Po długim namyśle chyba jednak wybiorę coś, co towarzyszyło mi przez całe wakacje i było nieodłącznym elementem, tak często użytecznym - komórkę od Internetu.

3. Tekst: "Nasi tu byli" - chyba nie trzeba wyjaśniać, prawda?

4. Pomysł: osobny sektor dla Mendy i innych MENDIÓW - strzał w dziesiątkę by Niulus Niulus.

5. Akcja: tutaj też pomysłów jest sporo. Może coś ze sfery pozaleszczyńskiej? Jeśli tak, to zdecydowanie "Gdzie most płynie przez strumyk...", czyli kolejny epizod The Vanish Incorporation.

6. Data: 21.07 - i błagam, niech nikt nie pyta, dlaczego. Just because.

7. Miasto: Toruń! Toruń, Toruń, Toruń. Moje miasto ukochane, po prostu.

8. Słowo: Kaczka. I to wcale nie ma podtekstu politycznego, tylko żużlowy. Zresztą, kto czytał "Na koń" i orientuje się nieco w kwestiach speedway'owych, wie o jaką kaczkę chodzi.

9. Książka: "Obóz świętych" J. Raspaila. Spośród jakichś trzydziestu książek, które przeczytałam przez wakacje, najbardziej zapadła mi w pamięć. Coś tak idealnie wpasowującego się w mój aktualny nastrój rzadko się zdarza.

10. Film: Miałam dylemat, ale już nie mam (cóż za poetycki rym...). "7 krasnoludków. Historia jeszcze prawdziwsza". Rżałyśmy dzisiaj na tym z Avil, od czasu "Sezonu na misia" chyba żadna z nas nie oglądała tak upolitycznionej bajki. Pod koniec wprawdzie łezka mi się zakręciła w oku ("To oon pam pam pam..."), ale to chyba pozytywny objaw, prawda? No i Oli P. grał epizodyczną rólkę, mhhhm...

11. Piosenka: "Stand up!". Nic innego. Przy tym utworze wszystko wysiada - a mnogość wersji tylko działa na korzyść.

Było tego wiele, wiele więcej, ale zanudziłabym Was śmiertelnie, maj dirs. Znikam zatem w otchłani, spoglądając niepewnym okiem na wyniki GP. Ale to newermajnd, uwierzcie mi.

Lill, ta fioletowa 25/08/2007 19:55:32 [komentarzy 7] Jakieś pytania?

62. Nie lubię Czechów.

Don't try to hide
What you feel inside
Fuck them all
It's your own life

(Jay Kay El, Anymore)

Nie pytajcie mnie, skąd znam duński. Bo nie znam. A to, że umiem czytać (zastanawiam się, które z tych dwóch słów wziąć w cudzysłów) po duńsku to już kwestia dedukcji połączonej z palącą potrzebą wywęszenia pewnych faktów. Co nie zmienia sprawy zasadniczej, że czas się jakiegoś języka skandynawskiego nauczyć, bo to życie może ułatwić.

Dziadek mi dzisiaj podsunął przy śniadaniu artykuł o studiach w Danii. Dacie wiarę? Jakbym się nie określiła jednoznacznie, gdzie chcę studiować...

Dobrze, a teraz przechodzimy do konkretów. Wróciłam z Dziczy. Było nieziemsko, zwłaszcza podczas "żużlowych wieczorów", wysłuchiwania rozmów dziadków przy obiedzie (Dziadek: "Ten Kaczmarek to oszust perfidny!" Babcia: "Nie lepszy niż ten twój Ziobro!" Dziadek: "A idź ty, własnego zdania nie masz" Babcia: "A ty niby masz, komunisto?!" - jakby ktoś nie załapał, to była kłótnia "angielska" - nic tu nie padło na serio) i grania w speedway3D. Nie lubię Czechów, czescy żużlowcy mnie rozpraszają i ładuję się w taśmę. Już nawet Wielkiego Terminatora umiem traktować normalnie, a Czechów nie. A to, że wybieram się za rok do Pragi/Pardubic
bynajmniej nie ma związku ze sprawą.

Przedwczoraj udało mi się zaliczyć długodystansowy wypad z Avil na miasto. Ona się nie chce przyznać, niecnota jedna, ale to ją Gołąb Tomasz aka Tomasz Gołąb podrywał we włościach knajpy "Jadwiga". Mój limit sympatii ze strony zwierząt wyczerpał się przy okazji wystawy psów i dogów niemieckich, które za mną łaziły.
A propos knajpy, mam dialog:
Ja: Ale dlaczego to miejsce nazywa się Jadwiga, skoro na menu jest napis "Sobieski- król jest tylko jeden"?
Av: Bo król jest tylko jeden!
A potem rozmowy o "kolacji ze śniadaniem" (albowiem rzekła moja Babcia, iż "jak chłopak zaprasza dziewczynę na kolację, to jest to zazwyczaj kolacja ze śniadaniem"), wspólne oglądanie biżuterii i straszenie gołębi na rynku. Czemu ja nie mieszkam na stałe w Toruniu?!

Może ucieszy Was fakt, że ten tydzień poza różnego rodzaju atrakcjami pozwolił mi też poukładać sobie w głowie pewne sprawy. Chociaż nadal nie rozumiem dlaczego pewien osobnik uparcie milczy - przecież otwarcie mu nic nie powiedziałam, a zawoalowane groźby można sobie o kant... szafy potłuc. Can anybody tell me what's going on?

Ach, jeśli to kogoś interesuje, to długotrwałe siedzenie przy komputerze nie niszczy wzroku. Przynajmniej mojego. Po prawie trzech latach od ostatniej wizyty lewe oko stoi w miejscu, a prawe pogorszyło się o pół dioptrii. Chociaż pewnie jak wrócę do czytania w dużych ilościach, to znowu się pogorszy. Taki mój los.

Znikam. Przede mną znowu życie na pełnych obrotach, jakkolwiek strasznie by to nie brzmiało.

PS: Odkryłam rzecz niesamowitą. Już wiem, dlaczego kocham żużel! Czyż to nie piękne?





Lill, ta fioletowa 24/08/2007 20:16:17 [komentarzy 6] Jakieś pytania?

61. Paranoiczny stan podobny do hipnozy. Część II.

Teraz już wiesz,
Że nie wszystko proste jest
Nie jest łatwo mówić tak,
Kiedy wszyscy mówią nie

(Sumptuastic, Teraz już wiesz)

Wiem jedno. Dokonywanie wiekopomnych odkryć późną porą zdecydowanie jest złe. Nawet bardzo złe. Bo potem jakoś spać nie można i w ogóle tak dziwnie jest.

A tym bardziej, jeśli z wiekopomnego odkrycia o pierwszej w nocy schodzi się myślami na temat skomplikowanych relacji z pewną osobą. Jejku, gdyby ten ktoś miał świadomość, jak zakręcił moim życiem, pewnie aż po dni swych kres unikałby mnie jak ognia. No, ale świadomości nie ma, więc chwilowo mnie nie unika. A ja z każdym dniem mam coraz większy problem, jak właściwie zwracać się do osoby, której zawdzięczam większość z tego, co osiągnęłam. Jakkolwiek paranoicznie by to nie brzmiało.

Możliwe, że przesadzam, bo po co zwalać odpowiedzialność za szczęście mojego życia na Bogu ducha winnego człowieka? Można zwalić na siebie. Ale to byłoby nieetyczne, niemoralne, niemądre i w ogóle na "nie". Prawda jest paskudna - niechcący stanęłam oko w oko z pewnym kimś i od tamtej pory wszystko się pozmieniało. Sory kaczory, ale nie mogę Wam powiedzieć, o kogo chodzi. Jeszcze nie teraz.

Zmieniając tor myśli - wybywam. Wybywam w dzicz zwaną domem dziadków na tydzień hulanki, pseudomuzyki i żużla wieczorową porą. Czyż to nie piękne? Nieważne, że po tym tygodniu wracam do Miasta Absurdu, to przecież szczegół. Liczy się tu i teraz, i nic poza tym. A tu i teraz jest takie, że mam przypuszczalnie najbardziej zarąbiste wakacje w życiu. Komu mam za to dziękować?

I taktownym milczeniem pomijam ten drobny, nic nieznaczący fakt, że w momencie, kiedy piszę niniejszą notkę, powinnam decydować, co - oprócz telewizora - ma zostać przetransportowane do mojego pokoju w Mieście Absurdu. To trudna kwestia. Jak sądzicie, czy słownik oksfordzki przyda mi się w ciągu tego tygodnia?


Lill, ta fioletowa 18/08/2007 00:37:34 [komentarzy 6] Jakieś pytania?

60. Paranoiczny stan podobny do hipnozy. Część I.

Dwie Wariatki: Gdzie most płynie przez strumyk,
Zapala trawkę Vanish...
Vanish: A jak nie mam, to co?!


Rysuję. Siedzę nocą i marnuję kolejny blok rysunkowy na ilustracje do moich historii. Taki mam ostatnio nieszkodliwy kaprys, który w porównaniu z poprzednimi jest i mniej kosztowny, i bardziej rozwijający. Od czasu do czasu zaśmieję się sama do siebie, przypominając sobie jakiś rozbrajający epizod z życia wzięty. Ale generalnie mam taki dziwny i niejasny nastrój, raz uważam, że jest cudownie, a zaraz potem drżę o byle co. I nie będę mówić głośno, kto mi tak namieszał w głowie. Paluchem też nie pokażę, o! Mam tylko nadzieję, że winny całemu zamieszaniu osobnik, choćby podświadomie (bo świadomie to chyba nigdy nawet o tym nie pomyśli), poczuwa się do odpowiedzialności za moją huśtawkę nastrojów.

A nawet, jak się nie poczuwa, to damn him, zamykamy ten paranoiczny teatrzyk i przestajemy się przejmować sprawami, które nas personalnie nie dotyczą, si?

Zasadniczo to mętlik mam we łbie.
[Chór: I kiełbie!]
I kiełbie.

Odpowiedzcie mi na jedno drobne pytanie - dlaczego ludzkie charaktery muszą ewoluować? Łatwiej by mi było prowadzić moje pseudopsychologiczne obserwacje, gdyby wszystkie obiekty badań grzecznie siedziały w miejscu i zachowywały chociaż jakieś minimum konsekwencji. Nie ma nic bardziej wkurzającego niż ludzie, ktorzy jednym zachowaniem potrafią przekreślić wszystkie moje obserwacje. Apeluję zatem do wszystkich, którzy to czytają (bo nigdy tak naprawdę nie wiecie, czy to nie Wy jesteście moim chosen one) - jak już raz się określicie, nie zmieniajcie zdania co pół minuty. Ułatwicie mi pracę, jasne?

Poza wszystkim postanowiłam być typowo angielska i ponarzekać sobie na wszystko - od słońca, które mi świeci prosto w monitor, do fioletowej szminki, która rozpadła się w torebce i ubrudziła mi książkę. Idąc przez pogląd, który powoli się rozpada, a mimo to trzymam się go jak ukochanej poduszki.

I fakt, że muszę zacząć się pakować do Miasta Absurdu, co nieodmiennie świadczy o jednym - dojeżdżamy do końca wolności.

PS z dedykacją dla Avil:
Prof: Dlaczego Morze Białe jest białe?
Grabarz: Bo wlali Vanisha!
(wygrzebane z "Księgi śmiesznych tekstów")




Lill, ta fioletowa 16/08/2007 11:41:36 [komentarzy 11] Jakieś pytania?

59. "Do zobaczenia w lepszym świecie"

So give me the pen
And let me write this song

(JL, So sad)

Sięgam pamięcią wstecz, do tamtych styczniowych wieczorów, kiedy siadałam i pisałam. Pisałam coś, czego nigdy nie zamierzałam i wciąż nie zamierzam pokazywać światu, coś tylko mojego, tak mojego, jak wszystko, co zawarłam w dużym, czerwonym notesie. I wtedy - z ręką na sercu to mówię - przez myśl by mi nie przeszło, że tak naprawdę piszę o sobie. Że ten "znak firmowy" głównego i jedynego liczącego się bohatera - wieczny strach, że "a nuż to wszystko sen i wcale nie jest tak pięknie, jak mi się wydaje" - to tak naprawdę kwintesencja mnie i mojej dziwnej duszy.

Ile jest osób na świecie, które na krok przed metą dopada ten irracjonalny, paraliżujący strach, że stanie się COŚ i to COŚ zabierze wszystko, na co tyle czasu pracowały?

Zawsze taka byłam, ale dopiero teraz to odkrywam. Wcale nie skrywa w duszy geniusza psychologicznego, ja po prostu takich ludzi rozumiem - bo sama taka jestem. A cała ta pseudonaukowa otoczka wokół moich śmiałych teorii - to zasłona dymna dla kilku osób, które i tak by nie zrozumiały prawdy. To podłe, wiem. Czasem czuję się w obowiązku być podła - dla dobra bliźniaczych charakterów.

Ale poza tym wiekopomnym odkryciem - podobnej wagi co fakt, że dziś jest czternasty (bo są korki na most), a perfumy babci nazywają się "Robespierre" - nic właściwie nie zmieniło się od bardzo dawna. Albo raczej - wróciło to, co było kiedyś, już dwa razy właściwie. Znów rysuję palcem serduszka na zabrudzonej szybie autobusu, znów uśmiecham się nieprzytomnie do ludzi... Chociaż tym razem śnię o czymś zupełnie innym, to przecież to nie jest żaden argument w dyskusji. Coś pękło, bariera się ugięła i w efekcie po raz kolejny roztrząsam każdy gest w nadziei, że jednak nie jestem skazana na wieczną samotność. Czy to już kwalifikuje mnie do Świecia?

I tylko czasem zastanawiam się, czy znów nie przypłacę tego łzami w damskiej toalecie i czterema szklankami soku z konserwantów.





Lill, ta fioletowa 14/08/2007 21:54:12 [komentarzy 8] Jakieś pytania?

58. Co Specjalnie Nienormalna* porabia nocą?

Wyglądał dokładnie jak facet, którego pani Wiesia tyle razy widziała na zdjęciach w gazetach - rozczochrany blondyn z diamentowym kolczykiem w uchu, z twarzy przypominający nieco osobę po dość niefortunnym spotkaniu z drzwiami od szafy.
(JL, Na koń, na koń, na traktor!)

Budziłam się dziś na raz-dwa-trzy. Raz - o szóstej, dla mnie to ciemna noc, zresztą, dla każdego, kto idzie spać o wpół do drugiej by takową była. Dwa - o dziewiątej, żeby sprawdzić sytuację w Internecie. I trzy - przed jedenastą, już na dobre. Pomimo poszarpanej nocy, sen miałam totalnie nieposzarpany, chociaż trzeba przyznać, że Maestrium Absurdalium to było całkowite.

Nie pamiętam początku, nie pamiętam końca, pamiętam tylko epizody z środka, które z chęcią wtrynię do "Na koń", bo fabularnie pasują jak ulał. Chociażby Wielki Sojusz Przeciw Duckowi (który zresztą w moim śnie wcale nie wyglądał jak Duck, tylko jak ten facet, na którego wpadłam na mieście - skrzyżowanie Ducka z jeżozwierzem, z przewagą tego drugiego), wędrówka przez pola i zbieranie maków ("Ja generalnie mam alergię na wszystko, co się rusza!"), lot nad ogrodem u Jarka ("Przecież to normalne - każdy, kto jest śpiący, umie latać!") czy dyskusja na temat umiejętności ("Wiesz, poliglotą to ty może jesteś, ale do czterech liczyć nie umiesz...").

Co było najbardziej szokujące, to to, że w owym śnie mieszkaliśmy (tzn. Jarko, Tynka, Avil, Kasia D., dziadkowie, Niula, żużlowcy i wielu innych) w Burton Hotel, o którego istnieniu nie miałam bladego pojęcia. A toto egzystuje. Wiecie, ja chyba wolę nigdy tam nie zawitac, biorąc pod uwagę, co się wyprawiało w moim dzikim śnie. Dość powiedzieć, że najłagodniejszą rzeczą, która mnie tam spotkała, była przewrotka przez krzak, która mało nie skończyła się wlotem do rzeki (a uratowała mnie wspomniana już Kasia D.).

I tak nic nie przebije dialogu z Wielkim Terminatorem, gdy szukaliśmy Avil:
Ja: Wiem! Chodźmy na stadion!
On: Jaki stadion?
Ja: Żużlowy, ciemnoto!
Nie żeby coś, ale prędzej mój dziadek osiwieje niż ja się zwrócę do W.T. per "ciemnoto".

Wczorajsza rozmowa i genialny sen zakryły mi rozgoryczenie na "ten cholerny świat". Cóż, zdarza się. ("Shit happens", że tak niekulturalnie powiem)

A na zakończenie tego bardzo chaotycznego fragmentu z życiorysu, pozwolę sobie zacytować kawałek wczorajszej rozmowy telefonicznej, przeprowadzonej na ławeczce pod kinem:
- Oooż, ale limuzyna jedzie! Ostatni raz taką widziałam w stolicy.
- Biała jest?
- No, biała.
- To pewnie ktoś do ślubu jedzie. A jakieś pojazdy za nią jadą?
- Wiesz, trudno żeby nic nie jechało, to w końcu dwupasmówka w środku miasta.
- To co za nią jedzie?
- Yyy... koparka.

Koparka! Jakież to romantyczne!
_________
*za podsunięcie określenia podziękowania dla Zabójcy

Lill, ta fioletowa 12/08/2007 12:19:18 [komentarzy 5] Jakieś pytania?

57. Nie tylko podróże kształcą

"Wylegując się w ogrodzie nad Atlantykiem, z pewnością trudno jest identyfikować się z kimś podekscytowanym faktem, że właśnie czterech Polaków przywiozło mu zlew ze stali nierdzewnej"
(Stephen Clarke, "Merde w rzeczy samej")

Na wstępie - pytanie filozoficzne:
Pewien osobnik jest na gadu-gadu i ma status "zaraz wracam" - a historia uczy, że w takim wypadku delikwent zazwyczaj jest dostępny. Dlaczego więc nie odpisuje na cholernie neutralne "hej"?
(Odpowiedzi w kolejności prawdopodobieństwa)
a) wie, o co spytam go, jeśli mi odpisze i woli uniknąć tego pytania
b) zasnął przed komputerem
c) ogląda film akcji ("Pornograficzny chyba!", skwitował tę opcję Bezprawny)
d) sądzi, że go podrywam (geeziu, mam chyba zakaz myślenia o tej porze - ja i podrywanie facetów?!)
e) naprawdę jest "zaraz wracam"

Dobrze, okej, jasne, już przechodzę do treści właściwej. Otóż, w ciągu ostatnich dni odkryłam rzeczy następujące:

1. Moja sąsiadka, szerszym kręgom znana jako Big Brotherowa, zdradza swojego męża i rozmawia przez telefon z kochankiem na balkonie (nota bene, usytuowanym tuż obok mego okna). Z perspektywy pokoju szanownej Lill słychać zarówno głos pani BB, jak i głos jej kochanka. Wniosek? Albo oboje są przygłusi, albo to ja mam zbyt wyczulony słuch.

2. Dwa piętra pod mieszkaniem Big Bortherów znajduje się agencja towarzyska. Gdyby ktoś wszedł do mojego pokoju, wychylił się przez okno i dysponował lornetką, pewnie dostrzegłby rzeczy niemoralne. Wniosek? Jeśli prowadzisz agencję towarzyską, zadbaj, by w oknie wychodzącym na balkon NIE PALIŁO SIĘ światło.

3. Podstawową zaletą posiadania pod nosem przybytku typu fast food jest fakt, że gdy Niula śpi po wizycie u masażysty, a Bezprawnego bez reszty pochłania odpruwanie flagi duńskiej od mojej torby (nie na amen, po prostu torbę trzeba wyprać), zawsze mogę sobie załatwić w miarę zjadliwy obiad za niewielkie pieniądze. Przy okazji ostatniej wizyty zdało mi się zresztą, że nie tylko ja takie czyny popełniam. Wniosek? Budujmy przybytki typu fast-food blisko osiedli. To zapewnia zysk.

4. Córka moich sąsiadów, cxort-ich-wie-których, spotyka się nocami na ławce przed blokiem z jakimś menelowatym kolesiem i czynią sobie propozycje. Na szczęście, nie wykonują tychże na owej ławce przed blokiem. Na szczęście dla mnie - niewierna sąsiadka i burdel koło mieszkania starczą aż nadto. Wniosek? Lepiej nie wyglądać przez okno po nocach.

5. Jeśli trzy czarne samochody jadą ulicą na Starówce, dwa z nich skręcą, a trzeci się rozwieje, tego trzeciego należy szukać na ulicy Vanisha vel Mostowej. Tudzież na Strumykowej ("Most płynie przez strumyk!"). Wniosek? Lepiej nie widywać trzech czarnych samochodów.

Wniosek ogólny? Pobyty w Toruniu kształcą.

I demoralizują.

Lill, ta fioletowa 10/08/2007 23:17:25 [komentarzy 6] Jakieś pytania?

56. Epilog do "Życie to film"

Zabawny jesteś, kiedy mówisz
Że prawda nudna jest
Że warto czasem coś ubarwić
I tak tłumaczysz się

(JL, Człowiek)

Wieści szybko się rozchodzą. Tym bardziej, jeśli są to sensacyjne wieści. W chwili szczerości - po późna pora i mętlik w głowie skłaniają mnie do zwierzeń - powiedziałam całkiem sporo. I widać efekty. Mistrzowskie posunięcie czy raczej gol samobójczy? Wsadzić sobie ten epizod w CV czy siedzieć cicho i uznać, że przecież nic się nie stało? Dowód konsekwencji czy może pochopna rezygnacja? Czy w dzisiejszych czasach ceni się ludzi, którzy unoszą się honorem?

Pytań jest od groma. A ja po prostu chciałam być uczciwa z własnym sumieniem. Zabawne, nie?

Wiecie, przyznam się szczerze, że rozgrzebywanie widelcem paćki, jaka zrobiła się z historii z Mendą, przez pewien czas było zabawne. Albo po prostu starałam się to uczynić zabawnym, żeby zapomnieć o kwestii zasadniczej - czyli groźbie artykułu, jaka wisiała nam nad głowami. Może zwyczajnie udawałam, że świetnie się bawię, grając swoją rolę w tym niby-filmie o złym redaktorku oraz prawej dziewoi, która walczy z kłamstwem. Może potrzebowałam tego do powieści, by "Wroga" uczynić tworem jak najbardziej realistycznym. A może zwyczajnie chciałam jak najlepiej wykorzystać okazję, bo w końcu nieczęsto przydarza mi się jakaś niecodzienna przygoda. Ale teraz zaczynam mieć tego dosyć - nie ma tematu, nie ma Mendy, nie ma "Super Fuckin'" i NIKT MI NIGDY NIE PROPONOWAŁ PRACY. Alles klar, Herr Komisarr?

Byłabym wdzięczna.

Na obecnym etapie nie potrzeba mi ciągnącego się z tyłu ogona niejasnych i do końca niewytłumaczonych - tajemnica korespondencji wiecznie żywa! - relacji z tabloidami ani informacji o mojej przesadnej szczerości. To będzie, jak już stanę się kims, kogo niełatwo usunąć ze stołka. Koniec końców, nie jestem samobójcą.

Z innej (nieco) beczki: Trzy łyki etykiety, czyli jak się zachowywać na imprezach na wysokim szczeblu (wszystko z autopsji):
1. Nigdy nie odmawiać, gdy kelner proponuje kieliszek. On i tak postawi na swoim. A tego, co jest w kieliszku, wcale nie trzeba pić.
2. Nigdy nie odstawiaj kieliszka, bo kiedy do niego wrócisz, możesz znaleźć w środku różne niespodzianki, niekoniecznie przyjemne.
3. Nie jedz za dużo - nigdy nie daj się namówić kelnerowi na "jeszcze jedną przekąskę", bo może się to skończyć za ciasnymi spodniami.

I szlus.

Lill, ta fioletowa 8/08/2007 19:03:56 [komentarzy 7] Jakieś pytania?

55. Listy Otwarty do pana Y.

Kim jest pan Y.? Cóż, niektórzy go kojarzą, innym pozostaje wywnioskować z treści niniejszego listu.

Drogi Panie Y.!

Nie wiem, czy dane to będzie Panu przeczytać. Jeśli tak - nie mam żadnej gwarancji, że skojarzy Pan autorkę niniejszego listu z tą dziewczyną, która przyszła do Pana pewnego majowego popołudnia w pewnej Szalenie Ważnej Sprawie. Pewnie zapomniał Pan mojego imienia, tak jak dziesiątek innych imion, które musiały się przewinąć przez Pańską głowę. Ale ja Pana nie zapomnę nigdy. Obiecuję.

W tamtej chwili byłam naprawdę załamana i nie wierzyłam, że ktokolwiek na świecie jest w stanie zaufać mi, stwierdzić, że to co robię, ma najmniejszy nawet sens. A Pan powiedział, że ma. Mówił Pan, że wybór należy do mnie, ale że nie muszę - a nawet nie powinnam - rezygnować z tego, co mi podpowiada głos serca. Powiedział Pan, że świat można zmienić - tylko każdy, kto mógłby ten świat uczynić lepszym, boi się, że go zakrzyczą. I że powinnam spróbować przełamać zmowę milczenia, bo jeśli nie ja, to kto? Zrobiłam to i... i zadziałało. Może niewielu ludzi udało mi się uczynić lepszymi, ale każdy obraz zaczyna się od kilku drobnych kresek. I może On nigdy mnie nie przeprosił i nigdy nie przyznał się do winy, ale ja moralnie czuję się zwycięzcą.

Nie o tym chciałam prawić. Powiedział Pan jeszcze jedną, ważną rzecz. Że większość z nich nie rozumie sensu wypowiadanych ich ustami słów, że po prostu ulegają tłumowi. Takie są konwenanse - "nie wychylaj się, a będzie mieć dobre i dostatnie życie". A ja się wychyliłam, tak jak Pan chciał. Tak, nie łudźmy się, przecież Pan od początku wpajał nam tę świadomość, że należy uciekać od standardów i być sobą, pełnokrwistym sobą, z własnymi poglądami, własnym mózgiem i własnym sensem życia. Nie wiem, ilu z nich posłuchało tej rady i mało mnie to obchodzi. Ale mi to utkwiło w pamięci.

I powiem Panu coś jeszcze. Chrzanię konwenanse. Nie dam się wsadzić w puszkę z etykietką "polski (czy jakikolwiek inny) obywatel typu A". Chcę być ponadto. Dla Pana, bo to Pan jako pierwszy uwierzył, że mogę być kimś więcej niż tylko szarym konsumentem.

Proszę pamiętać - każdy krok w stronę przepaści, który robię, robię dlatego, że obiecałam to Panu tamtego popołudnia. Może kiedyś Pan o mnie usłyszy, o tej, która tak często jest czarna, gdy wszyscy dookoła są biali i która chrzani konwenanse. Proszę wtedy nie zapominać, że to dzięki Panu odważyłam się być inna.

Dziękuję za wszystko,

Szczerze oddana J.

Lill, ta fioletowa 5/08/2007 17:28:53 [komentarzy 10] Jakieś pytania?

54. Skazana na światło księżyca.

Poproszę 20 transparentów z napisem "Kochamy Wojtusia G. i Mareczka W."
(fioletowa, czerwiec 2006)

Nocna zmiana klimatu, Maggie Reilly na chwilę wypada z obiegu, a jej miejsce zajmuje youtube i Utada Hikaru. Łezka kręci się w oku, ale to w obecnym stanie pod tytułem "motylki-mam-w-brzuchu-i-wcale-nie-dlatego-że-się-czegoś-nażarłam" jest standard. U Big Brotherów pali się światło, Big Brotherowa siedzi w kuchni i pije coś z kieliszka. Na ławce przed blokiem siedzą dwa menele i też piją, ale dla odmiany prosto z butelki.

Zegar bije północ. Japońskie ballady wypełniają zamknięty pokój z uchylonym oknem. Po głowie krążą myśli o Nim, pomimo wysoce niestosownej pory i jeszcze bardziej niestosownego stanu psychicznego. Łzy płyną cicho, ot tak, po prostu, żeby ulżyło, bo tylko ulgę można czuć po tym wszystkim, co się zdarzyło.

Kwadrans po. Przez głowę przemyka myśl, że może należałoby pójść spać. Myśl zostaje zignorowana.

Wpół do. Utadę Hikaru zastępuje Florent Pagny, a pokrętło od "volume" jedzie w górę. I tak nikt poza pokojem tego nie usłyszy. Na ekranie monitora mruga otwarty plik "Poza chmurami". Coś pisanie nie idzie. Są inne, bardziej pilne zajęcia.

Za kwadrans pierwsza. Słownik oksfordzki zmienia miejsce położenia i ląduje na kanapie. Kolana bolą od długotrwałego trzymania na nich wspomnianego słownika. Okno zostaje otwarte na oścież, bowiem w pokoju robi się duszno. Włoska piosenka francuskiego artysty szumi cicho w jedynym czynnym głośniku. U sąsiadów zapewne nie słychać jednak jej, a jedynie monotonny stukot klawiatury, przeplatany co jakiś czas angielskim przekleństwem lub polskim złorzeczeniem.

Cicho-sza. Lill pracuje.





Lill, ta fioletowa 3/08/2007 16:25:38 [komentarzy 7] Jakieś pytania?

53. O aferze polsko-duńskiej i udziale w niej Czarnej Toruńskiej

No nie ma bata, nadszedł koniec świata.

Wiecie, niby jestem dzieckiem związku Antosia Vanisha i Chucka Norrisa w spódnicy, ale to jeszcze nie powód, żeby takie historie mi się przydarzały. a z drugiej strony - przecież sama się o to proszę, gdybym siedziała z gębą na kłódkę byłoby okej.

No, ale mi od samego początku śmierdziała ta historia ze Staechmannem. Przeleciałam zagraniczne strony, wysiliłam się nawet na szwedzkie, co z moją nieznajomością języka jest niebywale trudne, i nie znalazłam żadnego tropu. Jakby ta afera istniała tylko w Polsce. Mój Instynkt Dziennikarski (w skrócie MID) podpowiadał, że coś tu jest nie tak, bardzo nie tak. I że niesprawdzonej informacji NIE WOLNO podawać jako faktu - chociaż nie, to już z prawa prasowego.

Miałam szalony plan, żeby zadzwonić do ciotki Grażyny i spytac, czy ta duńska gazeta jak-jej-tam-było nie jest przypadkiem mutacją naszego "Super Expressu", ale zanim zmobilizowałam się, żeby wydębić od Niuli stosowny numer, wyszło szydło z worka i okazało się, że to wszystko jedno wielkie kłamstwo. Ach, co za ulga! MID jednak nie zawiódł, a Staechmann, którego koniec końców całkiem lubię, okazał się porządnym człowiekiem.

Drugi aspekt tej historii to Czarna Toruńska (Kocica), której oczywiście za prawdę jak zwykle się dostało. Ale co tam, sprawiedliwość zatriumfowała i to się liczy! A teraz - parafrazując słowa pewnego komentarza na SyFach - "na kolana i przepraszaj, psie". Zresztą, ja tego mówić nie muszę, ktoś powiedział za mnie. Uwaga, strefa zagrożenia latającą ze zdumienia szczęką Lill.

"Teraz każdy powinien wypisywać nick i przepraszać mądrzejszą koleżankę z Torunia" (???)

Przejrzałam wszystkie komentarza i wychodzi mi jednoznacznie, że "koleżanka z Torunia" mogła być tylko jedna.

Życie jest pełne dziwnych przypadków, nieprawdaż, Mistrzu?

Lill, ta fioletowa 2/08/2007 19:29:32 [komentarzy 11] Jakieś pytania?

52. Nie myślę, ale jestem, panie Kartezjusz!

Nie ma to jak porządna burza na dzień dobry. To znaczy, nie żebym miała coś przeciwko burzom, chodzi mi raczej o taką metaforyczną. Przełykam "gorycz własnego jestestwa" (wiedziałam, że jeszcze kiedyś użyję tego zwrotu) i spoglądam prawdzie w oczy. Ups, prawda ma puste oczodoły. Niech to szlag!

Dobra, ja nie o tym.

Przeżywam chwile czarnej rozpaczy, albowiem szlag trafił kasetę (która jednak nie miała ośmiu godzin, a sześć) po pięciu minutach meczu Rzeszów - Wrocław. A te pięć minut to ja sobie mogę w dużą kieszeń wsadzić, no bo co w końcu, na jakie licho mi... Dobrze, ok, przyznaję, w ciągu tych pierwszych pięciu minut było coś interesującego, ale mnie obchodzi żużel, a nie konfrontacja dwóch panów z kraju D.

O, właśnie! Miałam się zwierzyć.Głupio mi jest jakoś odkąd nie wypełniłam obietnicy danej Duńczykowi (i, co gorsza, nie mam już okazji jej wypełnić) i odczuwam niejasne wrażenie, że cały ten kipisz, jaki zaistniał wokół, był bezpośrednim efektem mojego tchórzostwa. Jakkolwiek absurdalnie by to nie brzmiało. Postanowiłam zatem się zrehabilitować i... achtung, achtung... w poniedziałek kibicować hansowi Andersenowi! Zdziwieni? Mówiłam, że lubię szokować.

Niestety, wyszło jak wyszło - moje kibicowanie skończyło się w trakcie trzynastego biegu. Gdy Harris w pięknym stylu minął wspomnianego Andersena, zawyłam z radości. I tyle mnie widzieli jako kurcze-blade-fankę-Ducka. Cóż, serce nie sługa i cóż mi z tego, że rozsądek mówi inaczej, gdy serce nie słucha?

Aż mi się przypomina historia z zamierzchłej przeszłości. Przytaczać nie będę, bo byście padli ze śmiechu, jak głupie fioletowa kiedyś wierzyła stereotypom. Cóż, młoda byłam wtedy... Ach, to były piękne dni.

Those were the days, my friend...

Krowołak (czyli ja) obiecał sobie uczciwie, że w sierpniu weźmie się za robotę. Do końca pierwszego dnia sierpnia pozostały cztery godziny, a krowołak zdążył przetłumaczyć półtora akapitu i ma dogłębnie dosyć wszystkiego, z Jeffem Scottem na czele. To ślicznie będzie w CV brzmiało, że tłumaczyłam anglojęzyczne felietony (no chyba, że będę się starać o pracę na Wyspach, ale pal to sześć), ale ta robota wcale nie jest śliczna. Detektyw Ziemniaczek coś o tym wie, prawda? *mrugnięcie*

Aha, coś jeszcze. Ja tu marudzę i marudzę, ale tak naprawdę jestem ultra-szczęśliwa, nie myślcie sobie. Wydębiłam od dziadków dodatek sportowy ze zdjęciem "Jagusia Błotnego" (przykleję sobie na zeszyt od polskiego!), nagrało mi się (ważniejsze) pół kasety, nadal jestem na etapie Florenta Pagny, napisałam całą stronę miniaturki o Haliem, a nade wszystko przeczytałam coś, co niesamowicie podbudowało mnie psychicznie.

Bo przecież są autorytety, które nigdy nie legną w gruzach, prawda? A popełnić błąd może absolutnie każdy, i każdemu należy go wybaczyć.

PS: Znowu się spotykamy. I znowu ta piosenka. Spełnia się mój sen - tylko gdzie ten praski dworzec, u licha?!

Lill, ta fioletowa 1/08/2007 20:02:38 [komentarzy 6] Jakieś pytania?

Stare papierki
2015
Marzec
2014
Czerwiec
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2013
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2012
Wrzesień
Lipiec
Czerwiec
Kwiecień
Marzec
Styczeń
2011
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2010
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2009
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2008
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2007
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń

Galeria twarzy
Kiimi
Ziemo
Jah
Avil
An-Nah
Garcinda
Ada
Schmittka
Cineva
Mal
Mestari

Autobiografia
(klik)

Notka
Zdjęcie na szablonie własne. Słowa też moje. Szablon przejściowy. Czcionka z Serwisu.
Chcesz coś? Poproś.