Zobacz wszytkie serwisy JOE.pl
blogiblog4u.pl blogiblogasek.pl katalog stronwjo.pl avataryavatary.ork.pl czcionkiczcionki.joe.pl aliasydai.pl, ork.pl, j6.pl tapety tapety.joe.pl obrazkiobrazki na NK
Online: ---
zdrowie i choroby nieruchomości na mapie
Pamiętnik pewnej Okrrropnej Kreatury.
Szablon

51. Sztuka stania w miejscu

Też jestem z tego rodu. Wiem, jak to jest, gdy czegokolwiek bym nie zrobiła, zawsze będę "tą złą". Ludzie potrafią przeinaczyć każdy gest. I wiem, że po jakimś czasie przestaje się na to zwracać uwagę - niech mówią, co chcą. I wiem jeszcze jedno - to najważniejsze: że nic nie może równać się z tym uczuciem, kiedy po raz kolejny słychać głosy za plecami i nagle pojawia się ktoś, kto te głosy gromi. Ktoś, kto uwierzył mi, a nie im.
(z rozmowy z Sz.P.O.)

Szukam w szafie szalika. TEGO szalika. Tego z Prehistorii, za który z lubością ciągnął Don w styczniu pamiętnego roku 2005. I podczas tych poszukiwań dochodzę do wniosku, że chociaż Złote Czasy nastały długo później, to nie potrafię skasować wszystkiego, co było przed majem 2005. Bo musiałabym się pozbyć też wielu wspomnień pięknych, choć oczywiście nie tak wartościowych jak te ze Złotych Czasów.

Co nie zmienia faktu, że tęsknię za tamtymi ludźmi. Za "Królem" i "Terminatorem", za sektą Wielkiego Kaloryfera, za Pierwszą Która Uwierzyła. Za krzyczeniem przez całą halę, żeby Piter usłyszał. Za "Romkiem i Hanią", czyli naszym "rewelacyjnym" przedstawieniem. Za tekstami Matiza i za wszystkim innym. Niektórych rzeczy nie warto zapominać, prawda?

Udam, że całej reszty nie było.

Ładne mam wspomnienia, naprawdę. Lubię czasem skoncentrować się właśnie na nich, chociaż przecież powinnam iść do przodu. Ale czasem lepiej przystanąć i się rozejrzeć, kiedyś w końcu przejdę moją drogę, jakie to ma znaczenie - wcześniej czy później?

Z łezką w oku wspominam też pierwsze lato Złotych Czasów i te - teraz przezabawne, wtedy jakże problematyczne - chwile zwątpienia, czy aby na pewno dobrze robię. I moment, gdy przekonałam się, że sercu nie należy przeczyć, bo ono i tak nie posłucha głosu rozsądku. Może dlatego po dziś dzień nie postępuję logicznie?

Z rzeczy innych - nastąpiła reaktywacja akcji "Święta Krowa". Cóż, wzdycham ciężko, ale nic nie mówię, bo na własnej skórze przekonałam się, że lepsza święta krowa niż przeklęty jastrząb. Bo z tej pierwszej przynajmniej robi się dobry tranquiliser (wybaczcie, mam do tego słówka niesamowitą słabość).

Czy ja właśnie nadał moim rozważaniom jakiś przebieg logiczny? Nie, to pewnie tylko złudzenie.

Lill, ta fioletowa 31/07/2007 13:26:57 [komentarzy 15] Jakieś pytania?

50. Trochę niezwykłości w mojej szarości.

Dzisiaj NIE BĘDZIE romantycznie.

Ronnie sam w dolinie,
Ronnie sam w dolinieeeee...


Lillucha, skąd ty znasz francuski?
- Nie znam. Uczyłam się przez jeden semestr, miałam wtedy jedenaście lat. Ale inteligentny człowiek powinien odnaleźć się w każdym języku.
- Z całym szacunkiem, pani prezes, ale pani nie jest inteligentna.
- Wiem, Halie. Ale skoro ludzie myślą inaczej, to po co wyprowadzać ich z błędu?

Taki mały jubileusz. Pięćdziesiąta notka. W deszczu, z przeładowanym łbem i Florentem Pagny w jedynym działającym głośniku. Pozbierać się nie mogę i ciągle spadam z podłogi.

Pomyśl o mnie. Think of me. Denk an mich. Pense a moi.

Just chaos (chaos). Just chaos (chaos). I coś tam dalej, nie pamiętam, ale to strasznie fajna piosenka była... Z tej płyty, co ją Jarko po upadku Muru przywiózł z Dojczlandii. I która teraz leży za półkotapczanem u dziadków (prawdopodobnie).

Absurd roku? Kibice, śpiewający dwumetrowym siatkarzom "Pieśń o małym rycerzu". Ironia ciężkiego kalibru.

Śnił mi się świat idealny. Uciekłam stamtąd, nienawidzę ideału! Kropla goryczy w morzu słodyczy, cierń na róży i takie tam banały. A teraz keep smiling i do przodu, bo świat przecież jest na TAK.

(Zobaczymy dziś wieczorem, czy faktycznie)

Nie ma bata - ciąg dalszy:
Niula: Czy ty za długo nie siedzisz przy komputerze?
Ja: Yyy... nie?
Niula (patrząc wymownie na otwarte okienko gg): Powiedz Zabójcy, żeby już poszedł do domu.
Ja: Kiedy on właśnie wrócił!

Ja już nic od życia nie chcę.
No, może tylko wycieczkę do G'kirchen w październiku. I darmowego nauczyciela niemieckiego.

I żebym, do diaska, nie musiała pisać w maju/czerwcu CZTERECH egzaminów!

Już to widzę. To znaczy, siebie zakuwającą do wspomnianych egzaminów, a drugim okiem popatrującą na ekstraligę/Elite League/cokolwiek innego, byle żużlowego. Nie mogą mnie egzaminować po sezonie?!

Lill, ta fioletowa 30/07/2007 13:07:48 [komentarzy 56] Jakieś pytania?

49. Spacer po zbyt cienkiej linie

A wtedy ty przyjdziesz i gałęzią mnie zabijesz. A ja się nie obronię, bo ni kija, ni siekiery nie mam.

Umysł degeneratki nie uznaje stanów pośrednich. Albo bosko ("Zabrzmiało dwuznacznie", jak napisałam wczoraj Martynie w odniesieniu do tego słowa), albo dno i kilometr mułu. Wczoraj było to drugie. Zwłaszcza, gdy zmylił mnie trefny program i brak podpisów na mazidłowcu, efektem czego kibicowałam Hancockowi, święcie przekonana, że to nie Hancock, tylko... no, sami wiecie. I dojechał ostatni. Powinnam mieć zakaz kibicowania, jestem niebezpieczna.

Nawiasem mówiąc, chyba straciłam umiejętność czytania z mazów, skoro nie potrafię zauważyć, który zawodnik ma żółty plastron.

A potem już tradycyjnie było "Pieeeeerooooonieeeeee", "Wszyscy, wszyscy na kolana!" i "Olaboga! Ja nie moga!". Niula uznała, że zwariowałam, Bezprawny uznał, że jestem niebezpieczna dla otoczenia (chciałam pokroić brzoskwinię, a poszłam z nożem na balkon), a pies nic nie uznał, tylko gdy rzuciłam się mu z radości na szyję, wykorzystał okazję i mnie użarł. Ale i tak psa kocham, bo to przecież moja siostra.

Coś z tym kinem jest na rzeczy - co kino, to i mazy dobrze się kończą.

Ja zaś wykończyłam gumę do żucia, ołówek HB firmy nie wiadomo jakiej, a także pół bloku rysunkowego. Jednego teraz tylko pragnę - czarnego cienkopisu. Czas wypielgrzymować do działu artykułów papierniczych w P&P, nie ma siły.

Przy okazji, zdradziłam moją największą tajemnicę:
Lill (28-07-2007 19:28)
coooo? *spoziera niewinnie zza firanki tych-rzęs-które-ludzie-uznają-za-sztuczne-a-one-są-naturalne*
Avil (28-07-2007 19:30)
nic, nic *patrzy nadal wymownym wzrokiem*
Lill (28-07-2007 19:30)
oj, muuuuu... to znaczy, mów *zmieszana, bo się wydało, że jest krowołakiem*

I co Wy na to?

Lill, ta fioletowa 29/07/2007 12:18:41 [komentarzy 70] Jakieś pytania?

48."Strefa zagrożenia latającą szczęką", czyli magia speedway'a

Niula: "Ten żużel jest fajny, ale totalnie nie na moje nerwy"

KTM: "A ja wiem, kiedy jest pierwsza kolejka e-ligi!"

K.: "Boże, jak ja bym chciał, żeby w stolicy był speedway...."

Wujek J.: "Tobie się wydaje, że znasz się na tym sporcie lepiej ode mnie?"

Sz.P.O.: "Ty nie mów o jakimś żużlowcu, tylko po nazwisku. Co ty myślisz, że ja ich nie kojarzę?! Ne zapominaj, że jestem z Wrocławia."

Babcia: "Kurczę, to wciąga!"

Dziadek: "To jak, idziemy jutro na stadion? Nie mogę się doczekać!"

Wujek A.: "Wiecie, czego mi w Neustadt brakuje? Żużla!"

A.: "A jaki jest twój ulubiony żużlowiec? Czekaj, niech zgadnę. Rickardsson? Gollob? Jaguś? Sullivan? (...) Już wiem! Ten taki fajny Duńczyk, jakoś tak na P"

Chłopcy na ulicy(na widok mojej czapki): "Hej, kibicko!"

I jak tu nie wierzyć w czarodziejską moc Żużla?

Lill, ta fioletowa 28/07/2007 18:12:58 [komentarzy 5] Jakieś pytania?

47. Nobody said it would be easy

Może się Wam to wydać nieprawdopodobne, ale ośmioletni dziad włączył mi youtube'a. Hurra! Słucham jak opętana dziwnej łupaniny, przez którą przebija się głos Gracii Baur i jakoś mija mi nastrój na romantyczne wynurzenia.

Pomysł z rozgwieżdżonym niebem uznaję za strzał w dziesiątkę, bo kolejna romantyczna przeróbka mi wyszła. I ta sepia - och, ach, mdleję... O, ideale, mój ideale, aniele, muzo ma jedyna!

Dobra, odwala mi, wiem.

Mam ku temu powody, pomijając już ten zasadniczy, że adal jestem pod wrażeniem trzech dni chwały. Drodzy państwo, Niula zgodziła się na kupno dekodera! Powiedziała, że jak ma płacić 44 złote w Toruniu, gdzie jesteśmy raz na miesiąc, to woli płacić 35 w Wawie, gdzie jesteśmy ciągle. W taki oto sposób stanę się szczęśliwą posiadaczką polsatu sport, TVN24 i kilku innych kanałów. A jeśli dodać do tego plany dotyczące transportu telewizora, to żyć, nie umierać.

Nic mi się nie chce, chociaż uczciwie obiecałyśmy, że po powrocie z Leszna weźmiemy się ostro za niemiecki. Obiecałyśmy - to znaczy Niula i ja. No, ale to przesuwamy na przyszły tydzień, bo ten już mam zajęty spotkaniem z Avil, tłumaczeniem felietonu Jeffa (ugh, kocham jego słownictwo), kinem, Grand Prix oraz wyjściem ze wspomnianą Niulą na żużel, o ile ona oczywiście wyrazi gotowość stałą, bo jak na razie ta ostatnia jest zmienna.

Na całe szczęście mam ostatniego asa w rękawie - że jej ulubiony żużlowiec, który przyjedzie do Torunia wraz z resztą WTS-u, ma na imię tak samo jak jej były narzeczony. To nie może się nie udać!

Zupełnie nie na temat pozwolę sobie zauważyć, że Menda się już nie odezwał. Po tych wszystkich buńczucznych zapowiedziach to po prostu miód na me serce. Przestraszył się dziewczyny-widmo, która nie figuruje w żadnym spisie ani książce telefonicznej? Niee, przyczyny szukałabym bliżej - zmienił się jego naczelny.

W wojnie na linii L. fioletowa - ogólnopolski tabloid (czyli brukowiec, ale słowo "tabloid" jest bardziej poprawne politycznie) mam punkt! Jeden do zera, a jego niech pożre cholera!

...Albo inna dżuma.

Ciąg Dalszy: Pół metra nad ziemią

Gdybym miała skrzydła, odfrunęłabym aż na Księżyc z tej dziwacznej euforii, która mnie ogarnęła. Dwa słowa. Nie, nie takie, jakich byście się spodziewali. Inne, lepsze, ładniejsze, dla mnie bardziej znaczące. I Josh Groban śpiewający "Music of the night". Widzę, że romantyczny nastrój postanowił konsekwentnie się mnie trzymać.

Przeszła mi nawet złość na otoczenie, że nie tworzą pseudopisarce warunków do pracy, więc wspomniana musi tworzyć nocą, a gdy już zapragnie paść na łóżko, okazuje się, że łóżka nie ma, piżamy nie ma, a wody do picia są jakieś nędzne resztki. Zresztą, w tych warunkach polowych przyśnił mi się zarąbiście absurdalny sen o montowaniu okien, audycjach radiowych i herbatce z żużlowcami. Może to dobra metoda na fajne sny?

A Czarny Kot postanowił znów wkroczyć do akcji. Nie powinnam pisać "Wroga po fachu", bo mi potem odwala.

W obliczu tego, co się stało, to szczegół, drodzy państwo. Po prostu szczegół.






Lill, ta fioletowa 25/07/2007 21:54:02 [komentarzy 5] Jakieś pytania?

46.Czy to jawa jest, czy sen?

- Dlaczego nie zamknęłaś drzwi?
- Bo ty trzymałaś klamkę...

(z rozmów na korytarzu)

Nie wiem, od czego zacząć. Logicznie rzecz ujmując, powinnam zacząć od początku, tylko że tu pojawia się trudność następująca - nie mam bladego pojęcia, w którym miejscu był początek. Pozwólcie więc, że momentami zawalę lekko kwestię chronologii.

Dzień 1: "I dalej, panowie, i prędzej, panowie, do jaskiń, do jaaaaaskiń!"

Za linię startu wszechrzeczy mogłabym chyba uznać "Polaków na niemieckich blachach" (którzy później okazali się rodowitymi Niemcami z szalikiem Wybrzeża), towarzyszy ze Wschodu (widziałam tylko ich busa, ale to wystarczyło) oraz posiadających imponującą kolekcję pamiątek żużlowych na tylnym siedzeniu ("Muszę im powiedzieć, żeby to schowali! Tu nie Niemcy, tu kradną!") ludzi z Gustrow. Ci ostatni zresztą odjechali następnego dnia, co dziwnie pachniało kradzieżą. To przypuszczalnie było na początku.

Z czwartku - poza wspomnianymi osobnikami i samochodami - pamiętam głównie baraż. Zaznajomiłam się z pewnym leszczyniakiem, którego nie spotkałam już potem, chociaż pewnie gdzieś na trybunach i w sobotę się pałętał. Rzucanie w przestrzeń zgryźliwych komentarzy stało się naszą domeną, a wspólny śmiech na widok stojących obok siebie chłopców w polskich koszulkach (jeden miał na plecach napis "Wiesław", drugi "Hampel" - czy tylko mi coś tu nie gra?) przeraził pół sektora. Sektora zresztą, w którym siedzieli również zawodnicy z Wysp (Harris zaśmiecił chrupkami kawałek trybun, tak nota bene). "Wypów" za to było niewielu, a z dwoma łysymi panami z obsługi nawiązałam kontakt wzrokowy, po drugiej serii startów wymieniając kilka znaczących spojrzeń.

Co zabawne, sytuacja polskich żużlowców odwróciła się odkąd zawyłam smętnie pod ich adresem - "I dalej, panowie, i prędzej, panowie, do jaskiń, do jaaaaaskiń!". To ma jakiś związek? Dobra, newermajnd.

Znalazłam sobie nowego idola w osobie Romana Ivanova (czy też raczej Iwanowa, skoro już wszystko spolszczamy), ale to tak na marginesie wszystkiego.

W drodze powrotnej do hotelu udało nam się skutecznie zgubić, co zaowocowało powrotem nocą ciemną na przełaj przez trawę, pod czujnym okiem straży miejskiej. Nie złapali nas, a nawet gdyby - miałam już przygotowane przemówienie. Na całe szczęście.

Btw. Dlaczego człowieka z popcornem nigdy nie ma, kiedy jest najbardziej potrzebny?

Dzień 2: "Not good, not good"

Nadal utrzymuję, że organizatorzy dali ciała, zmieniając w ostatniej chwili program imprezy, przez co pomieszali wszystkim w głowach, a ja bite cztery godziny krążyłam w okolicach stadionu, z czego wynikło właściwie - a owo "właściwie" jest tu słowem-kluczem - niewiele. A Duny miały pewnie Szczególnie Ważne Powody, żeby nie przyjść. Za bardzo ich lubię, żeby mieć im za złe zmarnowanie moich kolan (stanie przy barierce może być zabójcze dla stawów).

Wszystko, co było przedtem (między innymi szukanie pozytywów w łażeniu w kółko oraz dywagowanie na temat nocnego trybu życia mieszkańców Rydzyny), przestało być ważne w obliczu okołostadionowych przygód. Początkiem tychże stało się kupno duńskiego szalika za ostatnie pieniądze (wcześniejsze wydaliśmy z Bezprawnym na zapas coli), a takze wypchnięcie mnie na konkurs wiedzy o żużlu. Wiecie, ile się nagimnastykowałam, żeby zakryć przed publiką naszytą na torbie flagę? Odpowiedziałam na dwa banalne pytania, dostałam czapkę i koszulkę, a potem mało brakowało, a w teatralnym stylu zleciałabym ze schodków prowadzących na scenę. Dlaczego? Pokażę Wam skan czegoś, co dał mi facet w czerni, to zrozumiecie.

W chwilę później wyniuchałam (wraz z tłumem innych kibiców) Watta i Adamsa, jak szli do namiotu. Autografy (jak się potem okazało - jedyne tego dnia) zebrałam, a Davey ujął mnie tym, jak mocował się z moim upartym długopisem, który oczywiście w kluczowym momencie postanowił udawać, że się wypisał.

Potem koczowałam pod namiotem duńskim, co zaowocowało utworzeniem pięcioosobowego, międzynarodowego Związku Fanów Dunów, w skład którego wchodziły dwie Polki, jeden Polak (nie, Av, nie TAKI Polak, on w tym czasie bywał gdzie indziej), jeden Niemiec i jeden Duńczyk, który zresztą szczerze mnie wyściskał, kiedy pokazałam mu flagę. Wprawdzie okazało się, że to fanatyk Hansa (ups, ups, ups, bo to wylazło, jak powiedziałam, że Andersen nie zasługuje na bycie kapitanem, więc ups, ups, ups - ale Duńczyk nie był zły), ale i tak było super. Nie pytajcie, w jakim języku porozumiewał się Związek - bo była to unikatowa mieszanka angielskiego, niemieckiego, polskiego, duńskiego z szeroką gestykulacją - grunt, że dogadaliśmy się jakoś, a opowieść Duńczyka o miniżużlu powinnam była nagrać.

To nie były zmarnowane cztery godziny, choć w pewnym momencie, gdy tłum z tyłu napierał na mnie - albowiem stałam w pierwszym rzędzie pod duńskim namiotem - myślałam, że zemdleję, przelecę przez barierkę i skończę w namiocie - w takim momencie właśnie powinny były się tam pojawić Duny. Może gdybym rzeczywiście dokonała spektakularnego omdlenia, potoczyłoby się wszystko inaczej?

Dzień 3: "Kennett dostał kataru siennego"

Homgh. Jak stwierdziłam w samochodzie, gdy już wracaliśmy ze stadionu, "czułam się jak Judasz - z duńskim szalikiem w torbie krzyczałam 'Do boju, Polsko!'". Cóż, wpadłam w pułapkę podskórnego wszczepiania patriotyzmu sportowego, albo po prostu cieszyłam się, że te tysiące ludzi też się cieszą, że Polacy ich nie rozczarowali. Przestał mnie obchodzić wynik, naprawdę - liczyła się ta walka do ostatnich metrów, przetasowania na trasie, chwile, gdy serce skakało do gardła. Najwspanialsze zawody żużlowe, jakie kiedykolwiek widziałam! Świetna była akcja z tajemniczą epidemią, która wybuchła w okolicach parkingu i, dziwna sprawa, dotknęła najsłabszych żużlowców. Atmosfera w sektorze była sympatyczna, kiedy przed zawodami zawodnicy wychodzili na sprawdzenie toru, nikt nie gwizdał, tylko wszyscy klaskali. Popsuło się potem.

Zażenowane byłyśmy - Niula i ja - kiedy Crump wjechał w taśmę, a cały sektor zawył z radości. Podobnie gdy ogłosili, że Walasek jest niezdolny do dalszej jazdy. A gwizdy na Harrisa również uznaję za przejaw dziczy i buszu głębokiego.

Dobra, tyle narzekań, bo tylko tyle było elementów złych. Cała reszta - słodko, cudnie i pięknie. Czar nie prysł, a sen trwa nadal - tylko, jak napisałam Avil w esemesie, tym razem budzik nie zadzwoni. A ja przez najbliższe dwa tygodnie przypuszczalnie będę chodzić niczym zombie, niedosypiając, otulona duńskim szalikiem i ze łzami szczęścia w oczach.

A program zawodów rządzi - widać, że tworzony był w Mieście Byka, bo tylu byków to ja w żadnym programie jeszcze nie widziałam. I genialne zdjęcia tam były (znowu byczo - Hampel i "spojrzenie spod byka"). Przyjrzałam się bliżej fotce Andersena i faktycznie wygląda, jakby pił przez trzy dni.

Nie pamiętam, o czym gadaliśmy w drodze powrotnej, możliwe, że mówiłam od rzeczy. Zaraz za Wrześnią zasnęłam na siedząco, a pies razem ze mną, czyniąc ze słonych paluszków miazgę. Jedno utkwiło mi w pamięci - chociaż nie pamiętam, czy to było podczas rozmowy, czy dopiero potem w esemesie. Że musimy to kiedyś powtórzyć. Popieram.

Epilog

Czas wrócić do zwykłego żywota, marzeń, myśli, planów, i wreszcie jedzenia, które uchodzi za zdrowe. Ale zanim czarowne wizje rozmyją się na dobre, zostaje widok żużlowców ilekroć zamknę oczy, kilka stron notatek, dwadzieścia filmów i nie wiadomo ile zdjęć.

I coś jeszcze. Ale to już moja mała tajemnica...

Lill, ta fioletowa 22/07/2007 10:30:39 [komentarzy 4] Jakieś pytania?

45.Are you afraid of Jay Kay El?

Orły latają wysoko, ale samotnie
(Sz.P.O.)

"Życie jest pełne dziwnych przypadków", jak rzekł S., albo raczej jak ja mu to w usta wsadziłam. Newermajnd. Moje życie jest zlepkiem absurdów i przypadków tak kuriozalnych, że trudno czasem uwierzyć, iźli to wszystko zdarza się naprawdę.

Wczorajsza rozmowa z Ewolindą, czy też raczej owej rozmowy pewien fragment, pozwoliła mi uświadomić sobie kilka spraw. Przede wszystkim faktycznie, narobiło się tych znajomości, a do prawie każdej z nich musiałam dojść sama. Nie tylko o znajomości - o wszystko walczyłam, bo przecież zaczynałam totalnie od zera.

Stwierdzam, częściowo nie na temat, że ta obecna Joanna jest totalnie odmienna od tamtej dawnej dziewczynki, która nigdy nie protestowała, bo tak było bezpieczniej, tylko wszystko przeżywała w głębi duszy. A teraz... Cóż, niełatwo być moim przyjacielem (pewne osoby doskonale o tym wiedzą), ale wrogiem jeszcze trudniej. Żyję według dziwnych, tylko sobie znanych zasad. Bezczelna, wyszczekana i kochająca nadwyżkę ironii - gdzie się podziało to grzeczne dziewczątko? Doszedł do głosu szaleniec, który siedział we mnie od zawsze, czy może to tylko zasłona dymna? Pewnie nigdy się nie dowiem.

Śniło mi się, że przez trzy dni mieszkałam w hotelu. Nie kojarzyć z Lesznem proszę, bo ten hotel ze snu był w Toruniu. Zabawne? Biorąc pod uwagę, co się w tym śnie działo, miałam powody. A recepcjonistka zapraszała mnie na kawę i ciasteczko. A na strychu owego hotelu zamelinowali się Yen i Grabarz. Podejrzane? Bardzo, bardzo. Zwłaszcza jak się doda do tego epizod z "palaczem" (wszystko przez wczorajsze zdjęcie!) i żelazny upór Oskara w kwestii chodzenia na narady do banku. O nic nie pytajcie, ja wiem, że to brzmi dziwnie, ale najpierw sama muszę ten sen w głowie uporządkować. Kiedyś śniło mi się coś podobnego, a jeśli coś śni mi się dwa razy, to już jest jakiś znak.

I miałam ciekawą wizję na temat warsztatów dziennikarskich i Marginalnego. Nie mam nic przeciwko, żeby ta wizja się spełniła, chociaż nie musi do końca. Ja sobie chyba nawet nie życzę, żeby Marginalny kiedykolwiek ze mną rozmawiał.

Btw. Miesiąc mija jutro. I nic. Czyżby on też bał się Jot Ka El? Tak na serio - chyba wiem, dlaczego tak postąpił. Nie musiałam kłamać, został wystarczająco podpuszczony, żeby zrozumieć, że jedynym, któremu ten artykuł zaszkodzi, jest on sam. Obym jutro mogła krzyknąć "Hurra!"

Życzcie szczęścia w Lesznie!

PS: Av, nie błogosław Gnijącego i Rozkładającej Się. Nie warto.


Lill, ta fioletowa 18/07/2007 12:08:07 [komentarzy 9] Jakieś pytania?

44.Knajpa Ostatniej Szansy

- Mam problem do rozwiązania...
- To se rozwiąż!

(z rozmów rodzinnych)

Pięć razy mu mówiłam, że to bez sensu, że przez te trzy dni w głowie będzie mi tylko żużel (dobrze, Av, PRAWIE tylko żużel), że nie mam czasu i inne takie bajkobzdurki. Nie dał za wygraną i dziś rano dopiął swego, telefonując o nieprzyzwoicie wczesnej porze. Nie ma to jak spotykać się z własnym ojcem na wyjeździe roku... Ech, co ja gadam - wyjeździe mojego życia!

Ustaliliśmy z Bezprawnym, że na barażu będziemy kibicować Ruskim. Pomalujemy sobie twarze na stosowne kolory, kupimy flagę, szalik i co tylko i będzie uhaha. Ole! Gorzej jak Ruskie wejdą do finału (to byłby cud, ale cuda, jak wszyscy wiemy, mają licencję na zdarzanie się), bo wtedy bylibyśmy rozdarci i rozkraczeni jak żaby na zakopiance. Ja to mam problemy, nie?

Pomijając wtopę życia, nasze wczorajsze spotkanie było udane jak sto pięćdziesiąt (nie, dalszych wieści nie miałam). Zwłaszcza picie zdrowia Marginalnego Egoisty i wertowanie ściśle tajnego albumu. Nadal mówię, że oglądanie CZEGOŚ TAKIEGO w TORUNIU nie należy do czynów bezpiecznych, ale to nieistotne. Potem poszłyśmy nad Wisłę i czort wie, czy w okolicach poprzedniego pobytu nie byłyśmy poszukiwane. I ciekawe, co stało się z miłymi chłopcami, którzy za nami wołali? Cóż, w obliczu Leszno City żadni mili chłopcy, półnadzy w dodatku (a fuj!) nie mają szans.

A w ogóle, to jest mi bardzo smutno i przykro, i zła jestem na życie. Do soboty myślałam, żem ewenementem w skali światowej jest, bo któż jeszcze używa słów typu "aczkolwiek", "nadaremnie", czy "ustrojstwo". A tymczasem ktoś jeszcze używa - i mało tego, ja takie słowa muszę z angielskiego tłumaczyć. Dziwnie zapewne wyglądałam, siedząc w upale na przystanku i mamrocząc pod nosem "insurmountable". W co ja się wepchnęłam, zapytowywuję cicho? No, w co?!

I drugie w ogóle, że znowu mi ukradli tekst. Nawiasem mówiąc, "Kto?! Ja?" też było moje, podobnież jak podwójna osobowość i showmaństwo szeroko pojęte. Dobrze, że popisowego "wstyd i hańba, i placki ziemniaczane" nikt mi jeszcze nie ukradł. Nie dam, o !

I szlus.

PS: Nie chodźcie w upał po Bulwarze, w Knajpie Ostatniej Szansy mają ceny z księżyca, portfele dwóch wariatek coś o tym wiedzą.

Lill, ta fioletowa 17/07/2007 17:41:31 [komentarzy 17] Jakieś pytania?

43.Duńczyk, czyli rzecz o pewnym Szwedzie

Zacznę od dygresji. Dygresja owa tyczyć się będzie Pasożyta Społecznego, szerszym kręgom znanego jako Marginalny Egoista Nadużywający Drogiego Alkoholu (w skrócie - MENDA). Otóż doszłam do wniosku, że im bliżej Terminu Ostatecznego (pamiętacie, ile wynosił, prawda?), tym bardziej mam gdzieś, to co on właściwie zamierza. Ten kij przecież też ma dwa końce, a on prędzej czy później się na ten drugi, ostrzejszy, nadzieje. I jeszcze coś - dziwna sprawa, że nie zapytał mnie o pewną kwestię. Podłożyłam się mu jak sierota, palnęłam coś, czego nie powinnam była, a on tego nei wykorzystał. Znalazłam jedno logiczne wytłumaczenie - a jeśli on też jest ofiarą Systemu, która, dorwawszy się już do stołka, postanowiła się odegrać? Ale czemu zaraz na środowisku sportowym? W każdym razie, jeśli jego też System skrzywdził, to ja nie mam więcej pytań. Za dobrze pamiętam, jak to boli. Ale dobrze, przecież Wy nie macie pojęcia, co to jest System, a ja nie zamierzam tego tłumaczyć właśnie dzisiaj. Jakem więc obiecała, takoż przechodzę do tematu właściwego.

Temat właściwy ma około 60 centymetrów wzrostu (nie wiem do końca, z miarką nie latałam), kolorystykę vanishowską z deczka i jest Duńczykiem. Ach, zapomniałabym dodać - strasznie kapryśnym Duńczykiem. Woda? Tylko deszczówka! Temperatura? Do 20 stopni! Słońce? Tak, byle nie prosto w oczy (yy, a gdzie on ma oczy?!). Jak czytałam te wszystkie wytyczne, w końcu nie wytrzymałam i palnęłam: "A może jeszcze kawkę zrobić, co?" Na co oburzyła się babcia, że jego tak nie można traktować, że jego trzeba kochać i w ogóle... I tak oto skończyłam z Duńczykiem na głowie, którego - chcąc nie chcąc - pokochałam, jako mój prezent urodzinowy i jako istotę żywą, przypuszczalnie czującą. Mam tylko straszne problemy z imieniem, muszę wymyślić coś rozsądnego, żeby babcia przestała go nazywać tak, jak go nazywa. Szlachetna istota powinna nosić szlachetne imię. Kto ma jakiś pomysł?

Poza kwestią Duńczyka wszystko dzieje się w tempie szalonym, sypiam o dziwnych porach, o jeszcze dziwniejszych konsumuję, zaś w środku nocy zazwyczaj oglądam kasety wideo. Z oglądania wyszła mi refleksja, z dedykacją dla Avil - co jest gorsze od Yena na ruchomych schodach? Dwóch wariatów na motocyklach! Aha, wiem, monotematyczna jestem. Ale co tam - grunt to mieć w życiu jakąś miłość.

Totalnie btw. Czy zna ktoś faceta, który jest:
primo, łysy [znaczące spojrzenia]
secundo, niebieskooki [las rąk..]
tertio: baaaaardzo.... wysoki! [zbiorowa konsternacja]
Cóż, potrzebne mi to, bo szukam analogii w pewnym obrazie. Znalazłam analogię do rudowłosej dziewczynki (a propos - zrudziałam ostatnio, jeszcze trochę i będę wyglądać jak Crump), tylko ten duży, łysy i niebieskooki mi bruździ. Jak odkryję, kim on jest, odkryję sens mojego istnienia, buahaha... Dobra, wariuję, ale przez ten deszcz wolno chyba wariować.

Mam nadzieję, że za trzynaście (!) dni nie będzie tak padać...

Ostatni sprawa, bo czas nagli, eliga (poł eligi) niedługo, a bezpłatny autobus pojechał w siną dal. Czy ktoś wie coś na temat znajomości mojeg dziadka z Adrenaliną? Bo kiedy dziś spytałam go (dziadka, nie AJ), gdzie podział klucze do domu na ulicy K., rzekł on: "W Bydgoszczy, u Jonssona". I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że dziadek autentycznie był dzisiaj w Bydgoszczy. A jak wiadomo, Szwedzi lubią zabalować... Czy mam się bać o kolekcję szkieł i zabytkowe biurko Niuli?

Lill, ta fioletowa 6/07/2007 17:52:45 [komentarzy 11] Jakieś pytania?

Stare papierki
2015
Marzec
2014
Czerwiec
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2013
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2012
Wrzesień
Lipiec
Czerwiec
Kwiecień
Marzec
Styczeń
2011
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2010
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2009
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2008
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2007
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń

Galeria twarzy
Kiimi
Ziemo
Jah
Avil
An-Nah
Garcinda
Ada
Schmittka
Cineva
Mal
Mestari

Autobiografia
(klik)

Notka
Zdjęcie na szablonie własne. Słowa też moje. Szablon przejściowy. Czcionka z Serwisu.
Chcesz coś? Poproś.