Zobacz wszytkie serwisy JOE.pl
blogiblog4u.pl blogiblogasek.pl katalog stronwjo.pl avataryavatary.ork.pl czcionkiczcionki.joe.pl aliasydai.pl, ork.pl, j6.pl tapety tapety.joe.pl obrazkiobrazki na NK
Online: ---
zdrowie i choroby nieruchomości na mapie
Pamiętnik pewnej Okrrropnej Kreatury.
Szablon

30.The good vibes

I proszę – zwracam się teraz do wszystkich, i kibiców, i dziennikarzy, i całej reszty żużlolubnego stworzenia polskiego – przestańcie uważać, że co polskie, to święte, a skrzywdzić Polaka – choćby przypadkiem – jest najcięższym z grzechów. Na zakończenie rzucę jeszcze jedno zdanie, skoro już pcham się w rejony biblijne – parafrazując: „kto jest bez winy, niech pierwszy rzuci kamień”.
(JL, "Raport specjalny")

Piętnastotysięczny okrzyk, tak po prostu. Zapomniałam hasła do konta w szkole B. Trudno, się przypomni. Albo i nie. Co mnie to...

Nie wiem, co spakować do Torunia. O to też mniejsza, najwyżej nie wezmę ładowarki do komórki - żadna strata. Nic mnie nie obchodzi, nic się nie liczy, wołam "stand up for the champion!" i chemia też mnie nie rusza. Luttenberger w głośnikach, uśmiech na ustach i srebrny żużlowiec na szyi. A oni - niech się wypchają!

Mogłabym stanąć i powiedzieć im prosto w twarz: "Ty, ty, ty i ten tam z boku to idioci". Mogłabym - ale po co? To niczego nie zmieni.

Niula spytała, co chciałabym na dzień dziecka. Materialnie? Proszę bardzo - koszulkę z napisem "Forever unforgettable" i wielką dwunastką na plecach, płytę z Eurowizji 2007, pięć czarnych cienkopisów... Nic z tego na kieszeń rodziny. A poza tym - tak naprawdę pragnę czegoś innego, czegoś, czego ani ona, ani nikt na świecie nie może mi zapewnić. Co nie przeszkadza tej rzeczy być możliwej. Po prostu.

Dawno niewidziany optymizm zapukał do drzwi. A wystarczyło po prostu napisać ten felieton, wyrzucić z siebie jad i znów bawić się życiem.

Lill, ta fioletowa 31/05/2007 20:42:01 [komentarzy 4] Jakieś pytania?

29.Forever unforgettable

"Musisz wybrać, co jest dla ciebie ważniejsze..."
"To szlachetne, co robisz, obojętnie z jakich pobudek"
"Czasem warto być na przekór wszystkim"
"Boisz się o przyszłość? Nie martw się, zawsze znajdzie się ktoś, kto uzna za chwalebne to, co zrobiłaś"
"Nieważne, czy ci ktoś to potem wyciągnie - ty postąpiłaś zgodnie z własnym sumieniem"


Uśmiech, pierwszy od wielu dni. Deszcz - jak wyżej. Słońce po burzy, "chór kościelny" na dyktafonie. "Stand up" w głośnikach. Wszystko nieważne, wszystko na drugim planie. Ktoś uwierzył. Ktoś dał zrozumieć, że tej wojny nie prowadzę sama.

Nikt mi nigdy za to nie podziękuje, przecież wiem. Ale nie robię tego dla oklasków, tylko po prostu - bo tak czuję głęboko w sercu. I będzie to we mnie tkwić, dopóki nie popełnię tego samobójczego kroku, który może wszystko przekreślić, ale który będzie dla mnie jedną z najważniejszych chwil w życiu.

Ja już zdecydowałam: chcę dalej być tym szaleńcem, który rzuca się z szablą na czołgi.

"Na ideałach daleko nie zajedziesz", rzekła pewna osoba, dla większości z Was nieważne, kto. Możliwe. Ale przynajmniej będę uczciwa z własnym sumieniem. To jest najważniejsze.

Może kiedy będę zgorzkniałą starą panną, której te ideały nie pozwoliły dojść w życiu do niczego, zacznę myśleć inaczej. Ale teraz to już nie Wasze i nie moje zmartwienie.

Lill, ta fioletowa 30/05/2007 16:37:08 [komentarzy 10] Jakieś pytania?

28.Tell me all of your dreams, your hopes and your fears...

- Wiesz, co jest fajnego w mieszkaniu na dziesiątym piętrze, w pokoju z widokiem na balkon?
- No, co?
- Że gdybym miała dosyć wszystkiego, droga do skończenia ze sobą jest nadzwyczajnie krótka.
- Kocham twoje poczucie humoru, wiesz? Zaskakująco... optymistyczne.


Strach. Paniczny lęk przed każdym słowem, byle tylko się nie potknąć, każda litera jest pułapką, tworzę ślepe uliczki, korytarze bez wyjścia.

Czerwone, pulsujące światło gdzieś w oddali. Grzmi. Podarty papierek i świeca na biurku. I w głowie tylko ten lęk, prawie jak krzyk, którego znowu nie umiem zdusić. Nucę cichutko kołysankę, to zawsze pomagało. Nie teraz.

Boję się. Boję się tego, jak wielka jest potęga słowa. Tak, może zwariowałam, moze popadam w schizofrenię, ale to nie jest normalne, żeby słowo kontrolowało życie. Jak to możliwe, że to co piszę, kreuje nową rzeczywistość, już nie alternatywną, a tą jak najbardziej realną?

Wplątałam się w pułapkę własnych myśli, budzę się ze strachem. Nie chcę dotykać długopisu, nie chcę kontrolować życia - swojego, a tym bardziej cudzego. Nie chcę wierzyć, że to co piszę, ma jakikolwiek wpływ na egzystencję. Nie chcę być "bajkopisarzem", chociaż sama go stworzyłam, nie chcę mieć jego cech.

Mogłabym to uznać za przypadki - jeden, drugi, trzeci... Ale przy piętnastym odmawiać dalszego tłumaczenia sobie, że to tylko moja chora wyobraźnia dopasowuje zdarzenia z fikcji literackiej do rzeczywistości. Po prostu, nie.

Chyba trzeci albo czwarty raz tego dnia powiem (choć za każdym razem odnośnie innej sytuacji) - a teraz spójrz mi w oczy i powiedz, że zwariowałam. No dalej, wykrzycz mi to w twarz! Może tego właśnie potrzebuję - zrozumieć, że to, że "Wróg po fachu" się sprawdza a to, że moja pisanina ma wpływ na ludzkie życie to dwie rózne kwestie?

Albo po prostu szukam problemu zastępczego, bo martwienie się żużlem jest ponad moje nerwy. O zwrócenie kasy za walerianę poproszę tych, którzy chcieli mieć "emocjonujące GP"

PS: Łał, notka świeżo po zawodach, a o żużlu jeden akapit. Jestem z siebie dumna...


Lill, ta fioletowa 26/05/2007 22:31:03 [komentarzy 4] Jakieś pytania?

27.Gib mir mein Herz zurück

- Nie przyszło ci czasem do głowy - szepnęła - że łatwiej jest opowiedzieć o swoich lękach komuś, kogo się nie zna i kogo zapewne nie spotka się już nigdy więcej?
- A jest? - usłyszała w zamian krótkie pytanie. Tym razem naprawdę się uśmiechnęła.
- Żeby się o tym przekonać, musisz spróbować. W gruncie rzeczy - co masz do stracenia?

(Nawet gdyby świat)

Pachniało drewnem, mokrym drewnem. Na suficie siedziały komary, a przez otwarte okno dochodził nocny szum. Tak samo jak wtedy... To jest piękne w cudownych chwilach - później wystarczy jakiś bodziec, żeby to wszystko wróciło. A z kolei smutne momenty jakoś się zacierają albo z czasem zmieniają się w warte pielęgnowania wspomnienia. Kurczę, czasem po prostu nie rozumiem działania mojej psychiki.

Może nie muszę...

Powiedziałam. Powiedziałam mu prosto w twarz, co o tym sądzę, może tylko nie napomknęłam, że czuję się niesprawiedliwie traktowana, ale to newermajnd. Zadawał chamskie, bezczelne pytania - on chyba naprawdę chce wojny. Chce? Będzie ją miał, ale nie teraz. Mam dosyć, powiedziałam mu wszystko, teraz niech on się użera z własnym sumieniem - ja mam czyste konto. A przy okazji, po raz kolejny przekonałam się, że według niektórych "mądry" i "kobieta" to antonimy. Tak sądzi? Nie chciałabym być w jego skórze, szczerze mówiąc. Zemstą się brzydzę, ale odgryzanie się... Cóż, mam we krwi. Po kim? Nieistotne, dowiecie się kiedyś.

Powiem Wam wprost - mam dosyć tej wiecznej wojny. Czy ja nie mogę żyć w świętym spokoju dłużej niż pół doby? Czy naprawdę wiecznie muszę walczyć? "Dopóki walczysz, jesteś zwycięzcą", fakt. Ale czy zwycięstwo jest stale nieodzowne?



Lill, ta fioletowa 25/05/2007 17:40:52 [komentarzy 3] Jakieś pytania?

26.Kac moralny, czyli refleksyjność w Ważnym Dniu

"If it's good when you lose, what's it like when you win?"
(Naz)

Wymarzone imieniny, doprawdy. Książka od historii, test na 6 z biologii i praca domowa z geografii, a gdzieś w tle chemia, niemiecki i angielski. Chwilami mam ochotę rzucić wszystko w cholerę, pójść na centralny i po prostu kupić bilet w jedną stronę do Torunia. Myślałam, że najcięższe już za mną, a tymczasem okazuje się, że jest wprost przeciwnie.

Miasto Absurdu? Not really. Miasto kłamstwa, grubych pseudozbawców świata w czarnych garniturach i dochodzenia do celu po trupach. Przesiąkam tym, wszystko we mnie wiruje... Mam dosyć! Dosyć, dosyć, dosyć Warszawy jak nigdy przedtem. Czy warto tu zostawać w imię marzeń, które i tak się nie spełnią?

Chandra jak mało kiedy. Tłumaczę sobie, że to przez pana M. ("Jak mi nie pokaże tej klasówki, to odmówię otrzymania oceny!"), panią Z. ("Będę mieć sześć z angielskiego, czy jej się to podoba, czy nie") i ogół zmęczenia. Jakoś to mało prawdopodobne...

Pociesza mnie tylko Jeff Scott najnowszą relacją, jak zwykle optymistycznie nastawiającą do świata. Chociaż z drugiej strony, to dołujące, że nigdy nie będę pisać tak jak on. Pociesza też dziesięć komentarzy na samym wstępie na "Wrogu", zawsze coś. Chociaż i z tego nic nie będzie.

Rano stwierdziłam, że wszystko, co piękne, przytrafia się komuś innemu. Nieprawda. W końcu - pięć Nocy Cudów o czymś świadczy, czyż nie? Chociażby to. Tak jak wszystkie przeszłe i przyszłe piękne chwile... A każda z nich toruńska - to też o czymś świadczy.

O jednym - muszę stąd uciec. Teraz, zaraz, natychmiast!

Lill, ta fioletowa 24/05/2007 13:48:21 [komentarzy 9] Jakieś pytania?

25.My own tranquiliser

- W co będziemy grać?
- Sobie na nerwach.
- Jak...?
- Normalnie, wyciągasz akson i brzdąkasz: ka-dang, ka-dang, ka-dang...

(przed wuefem, po klasówce z układu nerwowego)

Około trzeciej po południu miałam szczerze dosyć wszystkiego i wszystkich. W radiu świętej pamięci Freddie M. ryczał, że przedstawienie musi trwać, cząsteczki powietrza niemal stały w miejscu, a pies lizał mi ucho. W tej uroczej scenerii dotrwałam do końca podróży, po czym oświadczyłam, że "mam was wszystkich gdzieś", oczywiście mniej delikatnymi słowami.

W domu - podobnie. Rzucałam komórką o ścianę, miałam chęć kogoś zamordować i wrzeszczałam nawet na Rudolfinę. Oczywiście, przyczyna była nader złożona i w tym wypadku składała się z warstw typu zlot ze schodów w imponującym stylu, latanie do szkoły naokoło (bo w stałym miejscu kręcili film) oraz fakt, że pani Z. nie chce mi wystawić celującego z angielskiego, chociaż mi się należy jak psu zupa.

W tym wypadku środkiem uspokajającym okazało się coś, co zazwyczaj doprowadza mnie do szewskiej pasji - te wszystkie piania, zachwyty, ideologia świętej krowy. Dzisiaj wszystkie te czynniki występowały jakby łagodniej, sympatyczniej i ogólnie rzecz ujmując, działały kojąco na moje nadszarpnięte nerwy. I to bynajmniej nie nadszarpnięte podczas poszukiwania schematu synapsy na klasówce z biologii.

Cóż, jedyne, co mi dziś wyszło (oprócz koszuli ze spodni), to ruszenie z kopyta z akcją "Road to dreams 2011". To znaczy, ruszenie w sensie przekalkulowania opłacalnych rozwiązań. Wyszła mi z tego rzecz podejrzana - psychologia. Czy da się studiować psychologię w Taborecie*?

Anyway, jak mawia towarzysz N. (nie mylić z panem N.!), zanim zacznę się zastanawiać nad opłacalnością studiów psychologicznych w Anglii, mam do przebrnięcia liceum i, niestety, jedną klasę gimnazjum plus kawałek. Ten kawałek liczy dziesięć dni roboczych i osiem przedmiotów - będzie ciężko. Ale co to dla nas, prawda?

Nothing, my dear...
____________________
*Taboret - miejscowość w Anglii zwana Stoke-on-Trent, w skrócie Stoke, przez Lill awansowana do miana Stołka, a potem Taboretu^^

Lill, ta fioletowa 22/05/2007 19:51:53 [komentarzy 7] Jakieś pytania?

24.Jak Rudka zawróciła w głowie pewnemu Holendrowi

"Jak przeżyłaś klęskę polskich żużlowców?"
"Klęski polskich żużlowców nie zauważyłam, bo świętowałam sukces duńskich"

(z korespondencji na linii T. - Lill)

Wniosków z dnia dzisiejszego w całości przedstawiać nie zamierzam, bo starczyłoby na epopeję co najmniej. Na dodatek przytaczanie historii pewnego kłamstwa, które stało się podwaliną "afery rysunkowej", mogłoby się skończyć wbiciem mojej głowy na pal, co mi osobiście niezbyt podchodzi. Mniejsza o to.

Zaliczyłam wreszcie przeklętą geografię i jestem z siebie niesamowicie dumna, bowiem z moją znajomością rzek polskich (znam całe trzy - Wisłę, Odrę i Wisłok) to nie lada wyczyn. W ramach systemu autonagradzania postanowiłam uszczuplić finanse, które w przeciwnym razie i tak przegrałabym u bukmachera... Tegoż samego dnia, czyli dziś, udało mi się wywalczyć sześć z plastyki i napisać przezarąbisty sprawdzian, na którym dało się korzystać ze wszystkiego, z podręcznikiem włącznie. Kocham sprawdziany... z plastyki!

W tak zwanym międzyczasie miałam zadzwonić do X. i poniformować, że lekcje kończę później, co oczywiście zrobiłam dopiero, gdy zdałam sobie sprawę, że X. i Rudolfina czekają już pod szkołą. Wypędziłam ich na spacer do parku i tu punkt dla mnie, bowiem w przeciwnym razie nigdy nie udałoby nam się odkryć, że Holendrzy to przemiły naród. Dobra, ściemniam maksymalnie, bo w końcu spotkali tylko jednego Holendra, ale za to jakiego! Według słów X. (całą drogę do domu się tym przechwalał...) - samego Leo Beenhakkera, który ponoć się mu ukłonił, a potem w milczeniu podziwiał Rudkę.

Swoją drogą, dobra metoda na zaistnienie w świecie - chodzić wszędzie z Rudą. Bo wiecie, ja może nie jestem zbyt reprezentacyjna, ale z psem o takiej aparycji góry można zdobywać... Przynajmniej dopóki nie rozhuka się zwierzątko za bardzo - bo wtedy to klops. Klops, którym można by wykarmić pułk wojska.

Na koniec dobra wiadomość: jeszcze 62 dni! Cudownie, nie sądzicie?
I jeszcze lepsza: mam szanse na stypendium, sialala... Oby!



Lill, ta fioletowa 18/05/2007 15:37:34 [komentarzy 8] Jakieś pytania?

23.Czerwone maki dwa, czyli rozterki hazardzistki

- Nie wiem, na kogo postawić...
- Dlaczego?
- Bo jak postawię na Nickiego, to on na pewno nie wygra. A jak postawię na Crumpa, to do końca życia będę sobie pluć w brodę...

(z rozmów u bukmachera)

Było rewelacyjnie, przywiozłam Wam tysiąc historii z podróży i nawet nie wiem, co opowiedzieć. Grunt, że skończyło się o północy, kiedy wykończona do granic (wyłazi niedosypianie przez ostatnie dwa tygodnie) wtarabaniłam się z tobołkami na dziesiąte piętro, bowiem winda postanowiła odmówić współpracy. Sześć godzin później obudził mnie huk godny bez mała nalotu bombowego. Przez chwilę zastanawiałam się - zupelnie irracjonalnie - czy to Niemcy, Rosjanie, USA czy Irak. Okazało się, że nic z tych rzeczy, to po prostu burza.

Co było wcześniej? Niech pomyślę...

Oglądanie nagranego żużla, wprawdzie bez GP, bo mnie eurosport oszukał z godziną transmisji, ale i tak było na co popatrzeć [Lill uśmiecha się znacząco]. W tak zwanym międzyczasie udało mi się przyjrzeć półfinałowi Eurowizji i stwierdzić, że przy "Molitvie" chodzą mi ciarki po plecach, co zazwyczaj jest oznaką skrajnego zachwytu. Cóż, jak się później okazało, sporo Europejczyków miało podobne odczucia.

Piątek, jak to dzień szkolny, nie odznaczył się niczym szczególnym, może poza rozmową z ksM, która mi wiele dała. I uciekaniem ze szkoły w największą burzę, kiedy drzwi nie dało się otworzyć z powodu wiatru, a w ciągu dziesięciu minut ulice zmieniły się w rwące potoki. Zmokłam, zmarzłam, ale się nie przeziębiłam. Jedynie strach mnie ogarnął, kiedy Pan-Co-Się-Z-Choinki-Urwał obwieścił, że "dziewczyny nie weszły do kina" w momencie, gdy z Av naradzałyśmy się, na co pójść do Cinema. Czyżby pan S. też był wysłannikiem The Vanish Incorporation?

Do kina, wbrew zapowiedziom, dotarłyśmy, może dlatego, że w ostatniej chwili zmieniłyśmy film i godzinę. O tym nie zamierzam się produkować, chociaż filmidło było ze wszech miar ciekawe ("Ma mną rządzić ektoplazma?"), zamiast tego chciałam nadmienić, co zdarzyło się wcześniej. Mianowicie, Niula odkryła w sobie żyłkę hazardzisty i postanowiła na ową żyłkę założyć haczyk w trybie natychmiastowym. Skończyło się u bukmachera, pierwszy raz w moim życiu, jak też w życiu Niuli.

Joanna Chmielewska zawsze podkreśla, że za pierwszym razem nigdy się nie przegrywa. I ma, kobita, rację.

Nietrudno się domyślić, że cały wieczór siedziałam jak na szpilkach, niepokojąc się podwójnie i przeżywając fakt, że ręka mi zadrżała, przez co wpisałam zły numer i dlatego na pewno przegram, nie zdobędę siedmiu dych, posypie się na mnie dziesięć plag egipskich i ogólnie będzie kocioł. A kiedy się okazało, że ręką drżącą prowadziła jakaś siła wyższa, wszystko poszło jak należy etc., wystrzeliłam z kanapy z taką siłą, że wyrżnęłam głową w sufit. I tak czuję się cudownie, zatańczyłam kankana na środku pokoju, zawyłam "Go west" w wersji popoperowej i uznałam, że "life's so beautiful".

Niedziela również upłynęła pod znakiem speedway'a. Żal piętnastego biegu ("to były machlojki! Oni mu specjalnie to pole zbronowali!", jak oznajmił po meczu X>), ale cała reszta była najprzezarąbistsza. Obok wprawdzie nie stał ani mój znajomy menel, ani Lesio, ani Starszy, tylko jakiś podstarzały zrzęda, zniesmaczony moim zachowaniem, ale w obecności X. w vanishowskiej koszulce i rozbawionej Avil to umykało bez echa. Ucierpiał nieco program, w którym widnieje teraz kilkanaście różnej maści napisów, a na tyle okładki Zagar straszy domalowaną brodą. Ucierpiała również strona z "Wybiórczej" (si, moi państwo, już nawet Niula powiedziała, że to wazeliniarstwo do kibiców, ale co tam - jak piszą o speedway'u, to ja chętnie poczytam), o którą walczyłyśmy przez cały powrót do domu.

I, rzecz jasna, ucierpiałam ja, bo o osiemnastej już chwiałam się na nogach. Na drugi raz walnijcie mnie czymś ciężkim, jak zapragnę siedzieć przed telewizorem do pierwszej w nocy...






Lill, ta fioletowa 14/05/2007 11:51:46 [komentarzy 13] Jakieś pytania?

22.Panie, panowie i inni dewianci

Tekst tygodnia: "Gollob, pomimo prowadzenia, zajął ostatnie miejsce"
W głośnikach: "Bakerman"

Dusza mi ćwierka, chociaż na ślepego Kret-Yna nadal jestem zła i zdania nie zmienię, że jest zadem wołowym. Kuniec w tej sprawie, bo co ja się będę... Dusza ćwierka odkąd rozum podpowiedział, że nie ma co się fatygować na "wułef" o wpół do ósmej, bo go nie będzie. I, zaiste, nie było. Podobnież jak dwóch późniejszych.

Potem nastąpił koniec świata pod tytułem celujący na koniec z polskiego, ścięło mnie z nóg, wymamrotałam coś w stylu "ty i ja, samotni jeźdźcy gwiazd..", czego oczywiście nikt poza mną nie usłyszał, ale to newermajnd. Potem był drugi koniec świata, tym razem na prawie-biologii z panem profesorem Kornelem, jak go ładnie Krzyś kiedyś nazwał. Otóż p.p. Kornel, usłyszawszy moje wątpliwości, wyśmiał mnie zwyczajnie i podsunął pod nos oceny. Umilkłam.

Inna sprawa, że mam jeszcze jakieś pięć przedmiotów, z których trzeba rozmaite kretyństwa pozaliczać. Kij im wszystkim w oko, ja już się czuję wakacyjnie.


Z rzeczy innych, bo nie mogę o tym nie wspomnieć: po zobaczeniu "Man with a rose", zaczęłam wątpić, czy więź między pewnym osobnikiem a mną jest tylko urojeniem. Przecież ja, gdybym go miała opisać baaardzo długi czas temu (kiedy go jeszcze nie znałam za dobrze), wcisnęłabym mu tę "rose" i powiedziała, że to taki ukryty romantyk. I, obym skisła, miałam rację! Inna sprawa, że cholernik jeden czasem mnie wpienia jak nie wiem co. Przywaliłabym mu czymś ciężkim, tylko się boję, że by oddał.

Jak ja kocham bliźniacze charaktery!

Jutro idę walczyć z tranzystorami, W-O-Janem i brakiem oceny z języka towarzysza N. z Wolverhampton. Życzcie sukcesów!


Lill, ta fioletowa 8/05/2007 19:37:54 [komentarzy 6] Jakieś pytania?

21."Pieeeroooniee!", czyli jak Lill się wyśnił koniec świata

"A ja wciąż pytam się
Czy to jawa jest czy sen?
Czy idiotyzm to czy nie?
Pytam się - to źle?"

(JL, "Pytam się")

Historia lubi się powtarzać.
Przed czwartym wyścigiem spoglądałam ponuro na szaro-białe mazy, skaczące mi przed oczami, i ze ściśniętym gardłem objaśniałam babci, co właśnie widać.
Po trzech seriach startów pozwoliłam sobie na łagodny uśmiech.
Po pięciu ryknęłam: "Pieeeroooniee! Co ty wyprawiasz?!"
Po pierwszym połfinale się śmiałam.
Po finale zawyłam triumfalnie: "Wszyscy, wszyscy na kolana!"
Śpiewałam do północy.

Następnego dnia wieczorem penetrowałam komórkę, gdy przyszedł sms od Martyny
"O kim mówili w sportowych wiadomościach? O nikim szczególnym /lol/
Lonigo duńskie"
Odpisałam:
"Lonigo odczarowane!"

I tak, zaiste, wyglądała cała historia pewnej sobotniej nocy, która była drugim dniem euforii. Nie zamierzam opowiadać, co działo się przedtem i potem, bo starczyłoby materiału na pięćset stronicowe dzieło. W ramach podsumowania, powiem krótko.

Za co kocham ostatnie dni?
- za "akcję mafijną" przed GTSem i podejrzenia jakoby pani Z. była agentką korporacji "Zniknij"
- za Jaśka Fasolę
- za wracanie z kina przez miasto i moknięcie po drodze
- za przeczekiwanie autobusów
- za wygraną pana N. w Lonigo
- za wygraną Torunia w Czewie
- za dwa komplementy najcudniejsze na świecie
- za ukończenie "Siedmiu"
- za "such a blustery day" i rocka w kaplicy
- za spanie do dziesiątej
- za dożywotni zakaz wchodzenia do księgarni dla Niuli i dla mnie
- za odkopanie Bocelliego
- za "Sposób na Szczupaka"
- za wizytę Avil
- za dodatek sportowy do "Nowości"
- za naszywkę Apatora, której w końcu nie kupiłam
- za piętnasty bieg meczu Rzeszów-Tarnów
- za Comet 2007
- za kangury w zoo
- za pierwsze zdanie "Nawet gdyby świat"
- za wczorajszy sen o jeździe z Torunia do Wrocławia przez Australię, który zresztą po prostu MUSZĘ opowiedzieć:

Zaczęło się od tego, że był rok 2012 Niula wymyśliła sobie, że pojedziemy na EURO do Wrocka. Po czym wysłała mnie busem z Avil i Yenem. Po drodze mieliśmy kilka przygód, między innymi wizytę na uniwersytecie, spotkanie z tańczącymi krowami i urodziny wariatki. Wreszcie trafiliśmy do Australii, a tam Yen chciał koniecznie sfotografować kangury. Wysiedliśmy, a bus po prostu odjechał. W chwilę później od strony lasu (las? w AUSTRALII?) nadeszła... Dominika! Nie wiem, skąd ona w moim śnie, od sześciu lat się nie widziałyśmy. W każdym razie Dominika szła w niezwykle zacnym towarzystwie Franka Topoli (fanatyk ze "Sposobu", niedługo go poznacie), menela z pomysłu Avil, a także... Grzesia Walaska (w tym momencie zastanawiam się, czy moje sny nie świadczą przypadkiem o uszczerbku na zdrowiu psychicznym)! Z bliżej mi nieznanych przyczyn, ów ostatni uczepił się mnie jak rzep psiego ogona i nieudolnie próbował demonstrować swoje nadprzyrodzone moce.
Finał był taki, że do Wrocka dojechaliśmy autostopem, a Niula zdecydowała, że wobec braku kulktury na meczach piłkarskich, pójdziemy w zamian na mecz żużlowy. Cóż, ja już nic nie mówię...

PS: Jeśli ktoś przeczytał to wszystko i nie zasnął, to już go kocham

Lill, ta fioletowa 4/05/2007 21:58:32 [komentarzy 14] Jakieś pytania?

Stare papierki
2015
Marzec
2014
Czerwiec
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2013
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2012
Wrzesień
Lipiec
Czerwiec
Kwiecień
Marzec
Styczeń
2011
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2010
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2009
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2008
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2007
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń

Galeria twarzy
Kiimi
Ziemo
Jah
Avil
An-Nah
Garcinda
Ada
Schmittka
Cineva
Mal
Mestari

Autobiografia
(klik)

Notka
Zdjęcie na szablonie własne. Słowa też moje. Szablon przejściowy. Czcionka z Serwisu.
Chcesz coś? Poproś.